Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Szwajcaria w pigułceSzwajcaria w pigułce Źródło: Switzerland Tourism

Prosto z lotniska w Zurychu koleją udajemy się do Lucerny. To doskonałe miejsce wypadowe do pieszych wycieczek na okoliczne szczyty – Rigi, Stanserhorn czy Pilatus. Promem przez Jezioro Czterech Kantonów udajemy się do Vitznau, skąd wjedziemy kolejką (to dobra wiadomość dla tych, którzy z jakiegoś powodu nie przepadają za trekkingiem) na szczyt Rigi. I nie będzie to zwykła kolejka, a tzw. kolejka zębata. Historyczna konstrukcja – pierwsza taka w Europie, zbudowana w 1846 roku – działa dzięki trzeciej szynie umieszczonej pośrodku torowiska, będącej drabiniastą zębatką. To sprawia, że pociąg może wspinać się na stromy stok i nie grozi mu niekontrolowany zjazd.

Wagon, którym jedziemy, pozwala na swobodne podziwianie widoków – okna kolejki nie mają szyb, pozwalają nacieszyć się mijanym krajobrazem. Poza bajkowymi widokami na łąki, Jezioro Czterech Kantonów, góry, wspaniale po prostu poobserwować to, co z torowiskiem sąsiaduje – przydomowe ogródki, spokojnie pasące się stadka kóz i krów.

Widok ze szczytu Rigi, SzwajcariaWidok ze szczytu Rigi, Szwajcaria Fot: Krystian Buczek

Na stacji końcowej na wysokości 1797 m n.p.m. pozostaje już tylko spacerkiem wejść po łagodnie wznoszącej się ścieżce. Jeśli ma się szczęście, tu również można spotkać kojarzone ze Szwajcarią alpejskie krowy rasy braunvieh. Co zaskakujące, choć dotarcie tutaj jest dość łatwe, Rigi nie jest oblężona przez turystów. Naprawdę można się tu wyciszyć i nacieszyć pejzażem. Ze szczytu widać trzy wielkie jeziora – Czterech Kantonów, Zug i Lauerz, w oddali wyłaniają się Alpy i Wyżyna Szwajcarska. Nic nie stoi na przeszkodzie, by położyć się na trawie. Kolejka powrotna odjeżdża co godzinę. Zjeżdżamy inną trasą - do Goldau. Dzięki temu mamy nowe widoki, a kolejka w tę stronę nierzadko przeciska się tuż obok stromych skalnych ścian.

Made in Heaven. Przystanek: Montreux

W trasie pociągiem z Lucerny zatrzymujemy się na krótko w Interlaken. To miejscowość położona 51 kilometrów od Berna, na co wskazuje już sama nazwa, między dwoma jeziorami: Thun i Brienz. Woda w nich i w przepływającej przez miasteczko rzece Aare ma zadziwiająco turkusowy kolor za sprawą swojego źródła, czyli lodowca Oberaar. W centrum miasteczka rozciąga się bezkresna łąka Höhematte. Nad otwartą zieloną przestrzenią i niskimi zabudowaniami w oddali rysują się doskonale widoczne Alpy. To raj dla lądujących tu paralotniarzy. Na prawie każdym zdjęciu tego miejsca na niebie spostrzeżemy kolorowe skrzydło paralotni.

Park Hohemate, InterlakenPark Hohemate, Interlaken Fot: Krystian Buczek

Po kilkudziesięciu minutach podróży, w Zweisimmen, przesiadamy się do pociągu "Belle Epoque", który wygląda, jakby miał nas zawieźć prosto do Hogwartu. W środku drewniane wykończenia, zielone obicia wygodnych i szerokich foteli, lustra, ozdobne szyby, wielkie panoramiczne okna. Choć wagon wygląda jak słynny Orient Express z lat 30. XX wieku, od technologii uciec nie sposób - i tu znajdziemy gniazdka elektryczne i porty USB. Tym pociągiem jedziemy do Montreux, w którym panuje zupełnie inny klimat niż ten, do którego do tej pory przyzwyczaiła nas Szwajcaria.

Wydaje się, że przekraczamy nie tylko granicę językową (wjeżdżamy do części francuskojęzycznej), ale także klimatyczną. Brzeg Jeziora Genewskiego, nad którym leży miasto nie bez powodu nazywany jest riwierą. Palmy, klomby kolorowych kwiatów, klimat nadmorskiego kurortu, a także znane kasyno mogą przywodzić na myśl skojarzenia np. z Monte Carlo. Idąc zatłoczonym deptakiem, na którym mimo początku września wciąż panuje nastrój wakacji, docieramy do pomnika Freddiego Mercury’ego. Pomnik frontmana Queen z wyciągniętą w zwycięskim geście ręką został uwieczniony na okładce wydanego po śmierci muzyka albumu „Made in Heaven". Warto zobaczyć rzeźbę o świcie albo podczas zachodu słońca, gdy monumentalna sylwetka odcina się na tle pomarańczowego nieba. W dniu, w którym odwiedzamy Montreux, wokalista Queen kończyłby 75 lat. Był częstym gościem miasta i nagrał tu siedem z 15 albumów grupy.

Pomnik Freddiego Mercury'ego, MontreuxPomnik Freddiego Mercury'ego, Montreux Fot: Krystian Buczek

Nad kasynem Barrière Montreux wciąż można odwiedzić studio nagraniowe Mountain Studios, które w latach 1979-93 należało do zespołu, a teraz mieści się w nim małe muzeum z bezcennymi pamiątkami. Wejście do środka jest niepozorne, ukryte przed ciekawskimi spojrzeniami. Do studia przechodzi się antresolą znajdującą się nad kasynem, a wstęp, co może zaskoczyć, jest bezpłatny. O dziwo, nawet tego szczególnego dnia nie ma tu tłumów. W środku oprócz odręcznych notatek Freddiego, okładek płyt, strojów scenicznych w gablotach znalazła się także replika konsolety mikserskiej, na której kompozycje Queen nabrały ostatecznego kształtu. Można przy niej usiąść i samemu operować kilkoma suwakami, wpływając na brzmienie legendarnych utworów. 

Kilkanaście minut spacerem wzdłuż deptaku i wkraczamy w zupełnie inny świat. To pięknie prezentująca się na tle Jeziora Genewskiego średniowieczna twierdza Chillon. Było to miejsce niezwykle ważne dla XIX- i XX-wiecznych artystów – natchnęło Byrona do napisania poematu "Więzień Czyllonu" i wyrycia swojego podpisu w podziemiach.

Autentyczność tego podpisu wydrapanego na filarze od samego początku była dyskusyjna, ale nie zaszkodziła legendzie. Po Byronie pielgrzymowali tu inni pisarze (m.in. Mikołaj Gogol, Charles Dickens czy Mark Twain), także by zostawić swoje sygnatury. Dziesiątkom lat romantycznego i przekornego wandalizmu położyło kres współczesne muzealnictwo.

Filar w Zamku Chillon, na którym rzekomo podpisał się ByronFilar w Zamku Chillon, na którym rzekomo podpisał się Byron Fot: Krystian Buczek

Ponad 50 komnat i pomieszczeń pokazuje nam, jak walczono, jadano, dbano o higienę i spano w średniowieczu.

Zamek Chillon nad Jeziorem Genewskim, MontreuxZamek Chillon nad Jeziorem Genewskim, Montreux Fot: Krystian Buczek

Oczy i obiektywy na Matterhorn

Riwierę zamieniamy na górskie miasteczko - z Montreux jedziemy koleją do Zermattu u podnóża Matterhornu, najbardziej malowniczego alpejskiego szczytu. Zermatt jest ciekawe z wielu powodów – jednym z nich jest całkowity brak samochodów spalinowych. Jeżdżą tu w niedużej liczbie (ich posiadanie jest ograniczone – nie mogą ich mieć osoby prywatne) nieduże elektryczne samochody, których nie spotkamy nigdzie indziej. Produkuje je w większości jedna lokalna firma - Stimbo. Więcej o tych niezwykłych pojazdach i proekologicznym podejściu władz miasteczka przeczytacie w tekście Michała Jamroża.

Z hotelu ruszamy prosto do kolejki, która zawiezie nas na skalisty grzbiet Gornergrat – doskonały punkt widokowy na Matterhorn. To podobnie jak Rigi-Bahn kolejka zębata – tym razem poruszająca się po jednej z najbardziej stromych tras na świecie. W czterdzieści minut zawozi nas na wysokość 3089 m n.p.m. Po drodze oglądamy nie tylko alpejską supergwiazdę, czyli Matterhorn, ale także bardzo malownicze szczyty Alp Pennińskich po przeciwnej stronie grani (m.in. Zinalrothorn i Dent Blanche). Mijamy także stadka czarnonosych owiec walliserskich, które wyglądają jak kudłate pluszaki i spokojnie pasą się przy trasie kolejki.

W ciągu tych kilkudziesięciu minut pstrykamy dziesiątki zdjęć. Matterhorn w blasku słońca ze swoją charakterystyczną, zawieszoną koło szczytu chmurą orograficzną (to obłok, który powstaje od zawietrznej strony wierzchołka) w miarę jak zostawiamy za sobą Zermatt, jest coraz bardziej okazały i monumentalny.

Z tyłu głowy kołacze myśl, że szczyt jest kruchym gigantem i kto wie, jak długo jeszcze będziemy mogli oglądać go w takim stanie, w jakim przez wieki podziwiali go nasi przodkowie. Przez globalne ocieplenie gigantyczna skała kruszeje.

MatterhornMatterhorn Fot: Krystian Buczek

Tego olbrzyma nie można lekceważyć. W centrum Zermattu dobitnie świadczy o tym mały cmentarz, na którym spoczywa kilkudziesięciu alpinistów, których pokonała góra. Warto ruszyć dalej, minąć kościół, tablicę poświęconą legendarnemu przewodnikowi Ulrichowi Inderbinenowi, który w ciągu 104 lat swojego życia wspiął się na Matterhorn ponad 370 razy. Za rzeką trafimy do najstarszej części miasta Hinterdorf, wyglądającej baśniowo, jak scenografia z „Nieustraszonych pogromców wampirów" Romana Polańskiego. Stłoczone, mikroskopijne chatki i spichlerze są poczerniałe od słońca, pogody i setek lat, niektóre z nich liczą ponad pięć wieków! Ustawiono je na palach i potężnych płaskich kamieniach, by do środka nie mogły dobrać się szkodniki. O tym, że nie jesteśmy w średniowiecznej wiosce, przypomina nam wyłaniający się zza węgła elektryczny samochód.

Panoramiczna podróż Ekspresem Lodowcowym

Z Zermattu ruszamy w drogę powrotną "Ekspresem Lodowcowym". To najsłynniejszy ze szwajcarskich pociągów, który przejeżdża przez serce Alp. Wyjeżdżamy z miasteczka, w którym ruch samochodów spalinowych jest zabroniony, ale przecież kolej w Szwajcarii również jest w stu procentach zelektryfikowana (dla porównania: w Polsce to 62 proc.), a energia zasilająca pociągi jest w głównej mierze czerpana ze źródeł odnawialnych. Szwajcarzy są światowymi liderami w wytwarzaniu zielonej energii. W tym momencie 56 proc. szwajcarskiego prądu pochodzi z elektrowni wodnych, 35 proc. źródeł to elektrownie atomowe (ostatnia ma zostać wygaszona do 2035 roku).

Cała podróż "Ekspresem Lodowcowym" z Zermattu do St. Moritz trwa osiem godzin. My wysiadamy trochę wcześniej, po pięciu godzinach w miejscowości Chur, skąd przesiadamy się do Zurychu. Swoją trasę "najwolniejszy ekspres świata", jak żartobliwie nazywają go Szwajcarzy, pokonuje już od ponad 90 lat! Godziny spędzone na podziwianiu widoków mijają niepostrzeżenie. Tory wiją się wśród idyllicznych górskich miasteczek i wsi, potężnych łańcuchów górskich, dolin i tuż obok stromych ścian skalnych. Cała trasa prowadzi przez 291 mostów i 91 tuneli. My na swojej drodze mijamy m.in. głęboki wąwóz Renu i Wielki Kanion Szwajcarii.

Zwycięzcy konkursu, ekipa Wyborczej i Adriana Czupryn ze Switzerland TourismZwycięzcy konkursu, ekipa Wyborczej i Adriana Czupryn ze Switzerland Tourism Fot: Arkadiusz Dalak

W idei szwajcarskiego Grand Tour świetna jest kompleksowość i wyjście naprzeciw potrzebom turysty, który ceni sobie komfort podróżowania i nie chce martwić się biletami, taryfami, różnymi operatorami tras i ich zasadami.

Przyzwyczailiśmy się do tego, że ceny biletów, sposoby ich zakupu różnią się od siebie znacznie w zależności od miasta, ba, w wielu krajach mogą być różne w jednym mieście i w jednym środku transportu.

Swiss Travel Pass to podróż bez stresu. Ten uniwersalny bilet czasowy pozwala na korzystanie z każdego środka publicznej lokomocji w Szwajcarii (nieważne, czy to będzie pociąg, prom czy miejski autobus). Mnogość połączeń i kursów sprawia, że brak zarezerwowanego miejsca również nie jest problemem - nie uświadczymy tu ścisku i wysiadywania w korytarzach. Możemy naprawdę, jeśli mamy taki kaprys, „wsiąść do pociągu byle jakiego". Uniwersalną przepustkę w postaci Swiss Travel Passa mamy w smartfonie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.