Jeszcze dwa lata temu nic nie wskazywało na to, by czekała nas taka katastrofa ze śmieciami. W 2018 r. ceny wywozu wzrosły zaledwie o 3,8 proc. A w 2019 r. rozpoczęła się lawina – gospodarka odpadami dla gospodarstw domowych zdrożała średnio o 21,4 proc. Już wtedy był to olbrzymi problem, a ubiegły rok tylko go pogłębił. Ceny wywozu śmieci wzrosły o kolejne 51,9 proc. Był to główny, obok wzrostu cen usług bankowych, motor napędowy zeszłorocznej inflacji.

Na pytanie, dlaczego tak jest, odpowiedzi można wskazać wiele. Każdy może znaleźć coś dla siebie.

– To zjawisko absolutnie skandaliczne, że mamy w Polsce do czynienia z bezprecedensowym, o ponad 50 proc. rok do roku, wzrostem cen wywozu śmieci. To jest ewenement na skalę europejską, nie wiem, czy nie światową. To podbija nam bardzo inflację – powiedział na początku roku prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński.

W maju 2018 r. państwa członkowskie przyjęły szereg regulacji w sprawie gospodarowania odpadami. Celem jest zmiana gospodarki na obieg zamknięty. Czyli innymi słowy, ma się marnować jak najmniej. A najlepiej wcale.

Do 2025 r. recykling odpadów komunalnych ma wzrosnąć do 55 proc. Pięć lat później ma to już być 60 proc., a w 2035 r. – 65 proc. Stopniowo mają znikać tzw. odpady zmieszane, czyli takie, które teoretycznie do recyklingu się nie nadają. Do 2035 r. współczynnik składowanych na terenie Wspólnoty odpadów ma nie przekraczać 10 proc. wytwarzanych śmieci.

Mają do nas wracać

Europa jest w tej kwestii forpocztą zmian, bo to bardzo ambitny projekt. Latami problemu śmieci się pozbywano, eksportując je do biedniejszych krajów, głównie Azji Południowo-Wschodniej.

– Ale rynki na odpady w tamtym rejonie zaczęły się zamykać, w tym największy, czyli chiński. Nie mamy wystarczającej mocy przerobowej w naszych instalacjach, by poradzić sobie z wytwarzanymi odpadami – mówi Maciej Kiełbus, wspólnik w Kancelarii Prawnej dr Krystian Ziemski & Partners w Poznaniu, która doradza samorządom w sprawach gospodarowania odpadami.

Jednak gdy pyta się ekspertów o przyczyny wzrostu cen wywozu śmieci, które tak uderzają nas po kieszeni, to twierdzą oni, że jednej odpowiedzi nie ma. Jest to po prostu wynik wielu czynników, a długofalowa (z założenia słuszna przecież) polityka unijna jest tylko jednym z nich.

Na początek trzeba sobie powiedzieć szczerze: śmieci to problem lekceważony w Polsce. Panuje przekonanie, że mamy jeszcze czas, aby się do tego przystosować, a najpierw powinniśmy dołączyć do grupy najbogatszych państw w Unii. Tymczasem, jeśli chodzi o duże miasta, w których poziom życia osiągnął ten znany z Zachodu, to w produkcji śmieci już je wyprzedziliśmy. W Berlinie jeden mieszkaniec łącznie wytwarza ok. 392 kg odpadów. Tymczasem w Warszawie w 2018 r. były to aż 454 kg.

Ponadto przez długi czas nasza gospodarka komunalna była nastawiona na pozbywanie się odpadów, a nie na ich redukcję i ponowne wykorzystanie.

– Najtańszy śmieć to taki, który nie powstaje – podkreśla Kiełbus.

Tymczasem my odpadów wytwarzamy coraz więcej. Dynamika wynosi w tym wypadku ok. 3 proc. rocznie.

Aż do zeszłego roku obowiązku segregowania śmieci w zasadzie nie było. Polegał on tylko na deklaracjach mieszkańców, a zachętą miały być niższe ceny za wywóz. Jednak plan nie wypalił. Na dziś tylko nieco ponad 30 proc. śmieci idzie do recyklingu. – Ponad 60 proc. to odpady zmieszane, które generują ogromne koszty. Proporcje powinny być odwrotne – mówi Paweł Głuszyński, były ekspert Komisji Europejskiej, Światowej Organizacji Zdrowia, Banku Światowego i ONZ, który specjalizuje się w gospodarce odpadami.

Śmieci są drogie

Ale nadszedł czas wdrożenia ustawy dostosowującej nas do standardów unijnych i wprowadzenia obowiązku selektywnej zbiórki śmieci. Od 2020 r. gminy mają obowiązek osiągnąć poziom recyklingu papieru, szkła, metali i tworzyw sztucznych na poziomie 50 proc. Do 2035 r. 65 proc. wszystkich odpadów komunalnych ma wrócić na rynek w postaci do ponownego wykorzystania.

Obowiązek segregowania odpadów siłą rzeczy musiał wpłynąć na koszty gospodarki odpadami. To zwyczajnie kosztuje. Ale oprócz tego konkurencja na rynku jest za mała. Albo mówiąc wprost: firmy z branży śmieciarskiej oskarża się o praktyki oligopolu. Przełomem dla rynku okazała się zmiana prawna z 2012 r. Od tego czasu właściciele nieruchomości nie mogą już sami wybrać odbiorcy swoich odpadów. Teraz to obowiązek gminy. W efekcie przetargi zdominowały mające większe możliwości firmy, stopniowo opanowując rynek. Na problem ten zwracał uwagę m.in. ówczesny szef Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Marek Niechciał.

Same samorządy też jak najdłużej starały się ukryć problem, doskonale zdając sobie sprawę z tego, przed jakim stają wyzwaniem w obliczu nowych śmieciowych regulacji. – Gminy ustawiały pierwotnie bardzo niskie stawki. Ale nie można tak długo trzymać w szafie trupa, jakim jest koszt przetwarzania odpadów – mówi Kiełbus. – Stawki trzeba było urealnić. W niektórych gminach poszły w górę aż o 300 proc.

Co na to samorządy? Spójrzmy na Warszawę. Stołeczny ratusz też w pierwszej kolejności zaznacza, że koszty gospodarowania śmieciami to efekt „wielu czynników”. „Większość z nich to konsekwencje nieprzemyślanych decyzji podejmowanych przez rząd i większość w parlamencie” – pisze w odpowiedzi na zapytania „Wyborczej” Karolina Gałecka, rzeczniczka prasowa ratusza. Twierdzi, że w związku z nowelizacją ustawy śmieciowej liczba kursów, które wykonują operatorzy śmieciarek, wzrosła dwukrotnie. A to dodatkowe koszty paliwa i pracy, które musi pokryć miejski budżet.

Ponadto Gałecka wskazuje, że w latach 2016-20 ceny paliwa wzrosły o 40 proc., prądu o 67 proc. (kolejne podwyżki obowiązują od tego roku), a płaca minimalna została podniesiona o 25 proc. W dodatku miasta nie zarabiają już na recyklingu. „Ceny np. papieru czy plastiku spadły poniżej zera” – zaznaczają warszawscy urzędnicy. Przykład? „Kiedyś stolica otrzymywała za tonę sprzedanej foli 240 zł, obecnie miasto dopłaca firmie 240 zł” – obrazuje Gałecka.

Inny przykład wzrostu kosztów po stronie samorządów to znacząca podwyżka opłaty środowiskowej, tj. za gazy oraz pyły wprowadzane do powietrza oraz umieszczenie odpadów na składowisku. Przedtem stawka wynosiła 24,15 zł za tonę. W zeszłym roku było to już 270 zł.

Ale po drodze była jeszcze plaga pożarów na wysypiskach śmieci. Przez cztery miesiące Ministerstwo Środowiska naliczyło ich aż 62. Polska po zamknięciu się na śmieci przez Chiny stała się jednym z importerów odpadów, a poza tym sami nie mogliśmy wysyłać ich dalej.

Odpowiedzią rządu były nowe regulacje. Od 2019 r. firmy zajmujące się odpadami muszą np. instalować na swoim terenie monitoring wizyjny o wysokiej rozdzielczości i instalacje przeciwpożarowe. Poza tym musiały znowu się starać o zezwolenie na działalność oraz nie tylko ponieść związane z tym koszty, ale także wnieść gwarancję bankową.

– System został wręcz przeregulowany. W dodatku to przecież w pierwszej kolejności uderza w legalny biznes. W konsekwencji koszty działalności musiały pójść w górę, aby dostosować przedsiębiorstwo do nowych norm. Czy to jednak powstrzymało pożary „dzikich wysypisk”? Mam poważne wątpliwości – ocenia Kiełbus.

Płaci więc Kowalski

Inne problemy? Infrastruktura do gospodarowania odpadami, która jest w zapaści. Weźmy pod lupę odpady bio, tj. głównie resztki po owocach i warzywach. Nie mamy możliwości, by skutecznie je utylizować zgodnie z założeniami unijnymi. Do tego potrzeba infrastruktury. – Odpadów tego rodzaju wytwarzamy blisko 5 mln ton rocznie, a dysponujemy instalacjami tylko na 800 tys. ton, które mogą wytworzyć kompost spełniający wymagania jakościowe i który może być zakwalifikowany do recyklingu. Tu potrzeba bardzo szybkich działań inwestycyjnych, ale niestety ich nie widać, mimo iż już minęły ponad dwa lata od czasu wprowadzenia przez Unię zaktualizowanych przepisów i celów gospodarki o obiegu zamkniętym – przekonuje Głuszyński.

W kwestii śmieci wychodzi też zwykłe cwaniactwo. Kiedy samorządy wprowadzały opłaty uzależnione od wielkości gospodarstwa domowego, to nagle się okazało, że Polaków jest znacznie mniej, niż wynikałoby ze statystyk. W kilku województwach nie można było się doliczyć od aż 40 do nawet 55 proc. mieszkańców! W ubiegłym roku, kiedy pracowano nad przepisami mającymi ukarać tych, którzy od opłat za wywóz odpadów się wymigują, liczbę osób, które znajdowały się poza systemem, oceniano na mniej więcej 5 mln.

Jest jeszcze jedna sprawa, o której rząd głośno nie mówi, a jej rozwiązanie mogłoby bardzo odciążyć nasze kieszenie. W Polsce koszty gospodarowania odpadami spadają na gminy, a w konsekwencji na ich mieszkańców, czyli nas. Bo de facto jedynym źródłem pieniędzy dla gminy są właściciele nieruchomości.

Odpowiedzialność po stronie producentów za odpady, które powstają z ich produktów, jest niemal zerowa. Nie ma w Polsce systemu rozszerzonej odpowiedzialności, który zmusiłby przedsiębiorców do wzięcia na siebie części kosztów gospodarki odpadami. A takie rozwiązanie także przewidują unijne regulacje w sprawie śmieci. Tymczasem całość kosztów przerzuca się na zwykłych obywateli. A tworzenie przepisów o rozszerzonej odpowiedzialności potwornie się ślimaczy. – Tylko to będzie realnym odciążeniem dla przeciętnego Kowalskiego – podkreśla Kiełbus.

W tej sytuacji liczba Polaków uchylających się od opłaty za wywóz śmieci dziwi trochę mniej.

Jak podaje GUS, w 2019 r. przeciętny Polak odpowiadał za wytworzenie 332 kg odpadów komunalnych. Jedynie co czwarty kilogram z tej liczby trafiał do recyklingu.

System depozytowy, czyli jak uzdrowić recykling

Jacek Wodzisławski, prezes Zarządu Fundacja na rzecz Odzysku Opakowań Aluminiowych RECAL

Na początku chciałbym zdecydowanie podkreślić, że obecnie poziom recyklingu dla aluminiowej puszki napojowej przekracza 80 proc., a dla całości opakowań aluminiowych to ok. 60-65 proc. Oznacza to, że osiągane wyniki odzysku aluminium w Polsce już przewyższają normy wymagane prawem unijnym w 2030 r. Obecnie krajowi producenci puszek we współpracy z przetwórcami aluminium z powodzeniem zamykają tzw. „recycling loop”, urzeczywistniając założenia gospodarki obiegu zamkniętego. Wypracowane rozwiązania są powszechnie dostępne oraz efektywne ekonomicznie i środowiskowo, a co ważne, aktualny system finansuje się sam dzięki wysokiej wartości surowca – złomu puszki napojowej, tworząc przy tym tysiące miejsc pracy. Dlatego też nowe regulacje dotyczące wdrożenia systemu depozytowego w Polsce, wraz z planowaną reformą ROP, nie mogą negatywnie wpływać na wypracowane już efektywne rozwiązania.

Rozważane dziś wprowadzenie systemu depozytowego dla wszystkich opakowań w Polsce powinno w pierwszej kolejności obejmować opakowania, które są trudne w wydzieleniu ze strumienia odpadów z gospodarstw domowych i nie osiągają wymaganych poziomów odzysku z powodu braku opłacalności. Dla tych opakowań projektowany system depozytowy może być jedyną drogą do realizacji wyższych celów recyklingu. Trudno jest mi się zgodzić z retoryką, że system depozytowy powinien obejmować wyłącznie łatwe w recyklingu rodzaje opakowań, których zbiórka i ponowne zagospodarowanie nie nastręcza trudności.

Systemem depozytowym należy objąć te rodzaje opakowań, których aktualne poziomy recyklingu są dalekie od unijnych wymagań, a ich zagospodarowanie jest kosztochłonne. Zbyt mało dyskutuje się o systemie depozytowym, który obejmowałby niezwykle trudne technologicznie w zagospodarowaniu opakowania wielomateriałowe oraz opakowania inne niż do napojów. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby wprowadzić depozyt np. na kosmetyczne puszki ciśnieniowe, których selektywnego zbierania wiele gmin zakazuje w instrukcjach segregacji przekazywanych mieszkańcom.

Nowoczesny system depozytowy winien być oparty o różne stawki opłat w zależności od pojemności opakowania. Niższe stawki depozytu powinny obowiązywać dla opakowań o mniejszej pojemności, a wyższe dla opakowań większych, co uchroniłoby przed wypieraniem mniejszych opakowań z rynku.

Docelowo jednak nowy system depozytowy, traktowany jako uzupełnienie dobrze działającego modelu ROP, powinien być zaprojektowany z myślą o możliwości jego rozszerzenia w przyszłości na inne opakowania, które dziś nie muszą walczyć o poziomy odzysku, gdyż z nadwyżką już je realizują, jak np. aluminium. Jednocześnie nadwyżki generowane ze sprzedaży cennych surowców, jak np. aluminiowe puszki po napojach nie mogą wspierać finansowo pozostałych, deficytowych opakowań jak np. kartony do soków czy opakowania z tworzyw sztucznych.