Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przyciemniane szyby blokują widoczność. Nie ufam nikomu. Jestem roztrzęsiony i muszę uważać, żeby nie spowodować wypadku. Niewiele brakowało, a przed chwilą wjechałbym pod koła tira.

Nie wierzę, że w końcu zobaczę moją siostrę. Minęło dwadzieścia pięć lat. Dwadzieścia pięć lat życia w kłamstwie. Każdy już dawno postawił na niej krzyżyk, ale ja wiedziałem swoje. Czułem, że gdzieś jest. Byłem pewien, że przeżyła tamtej nocy w lesie. Wciskam pedał gazu tak mocno, że palą mnie mięśnie łydki. Muszę znaleźć Kamilę, zanim będzie za późno.

Włączam radio w nadziei, że poleci piosenka, która odwróci moją uwagę. Wyobrażam sobie, że ta historia wyglądała jednak inaczej. Mam przeczucie, że matka Artura nie była ze mną do końca szczera. Powiedziała jedno zdanie, które cały czas mnie męczy:

– Rodzice są naprawdę w stanie zrobić wszystko, żeby uchronić swoje dzieci.

Co to oznacza? Czyżby Bożena również miała krew na rękach? Kto jeszcze wiedział, co wydarzyło się w głębi lasu? Kto jeszcze wtedy zginął?

Moja matka.

To ponoć ojciec ją zamordował. Miał ciężką rękę. Cud, że kieliszki, które opróżniał jeden za drugim, nie pękały pod jego palcami. Wszystko pasuje do siebie idealnie. Kłótnia małżeńska to książkowy przykład. Tylko dlaczego w to nie wierzę? Może dlatego, że Bożena powiedziała coś jeszcze.

Zamierzała wyjawić prawdę na policji, jednak matka postawiła się i ucięła temat. Co, jeśli Bożenie puściły nerwy? To prosta kobieta. Nie wiedziała, jak się zachować. Liczyła, że system sprawiedliwości okaże się łaskawy. Skąd mogła wiedzieć, że Temida jest nie tylko ślepa, ale i głucha? Matka miała rację. Nikt by ich nie wysłuchał, a Artura i Kamilę spotkałoby jeszcze gorsze piekło.

Nie chcę zamykać oczu, bo wyobrażam sobie, jak Bożena rzuca się na moją matkę. Łapie ją za gardło i ściska mocno. Jest silna, jej dłonie noszą ślady fizycznej pracy. Nie myśli o nikim innym, tylko o swoim synu. Chce dla niego jak najlepiej, dlatego nie puszcza, nawet gdy matce zaczyna brakować powietrza i dostaje drgawek. Wszystko trwa dosłownie chwilę. Bożena zakopuje ciało w tym samym lesie. Najpierw przysypuje oczy. Widać w nich przerażenie. Zamarło w źrenicach w momencie, gdy matka pożegnała się z życiem.

Dźwięk klaksonu wyrywa mnie z rozmyślań. Jestem pewien, że to znowu kierowca tira, ale się mylę. Przechodzi mnie dreszcz, gdy zdaję sobie sprawę, że to czarna skoda. Czuję oddech kierowcy na swojej szyi. Podjeżdża coraz bliżej. Mam wrażenie, że muska mnie zderzakiem. Mruga rytmicznie światłami i rży silnikiem.

Wiadomość jest jedna. Ustępuję. Auto przyspiesza i mnie wymija. Wychylam się, żeby dojrzeć, kto jest w środku. Widzę tylko oczy i czuję, jak moje serce staje. Przez ułamek sekundy myślę, że matka ożyła.

– Uspokój się – mówię sam do siebie. – Jak tak dalej pójdzie, to zwariujesz.

Reguluję oddech, żeby zapanować nad emocjami. Zdaję sobie sprawę, że umysł płata mi figle. Nie jadłem od kilku godzin. Jestem wycieńczony. Rana postrzałowa jeszcze się nie zagoiła. Mam wrażenie, że kula nadal we mnie tkwi. Mimo wszystko próbuję się rozluźnić, zanim wrócę myślami do wydarzeń tamtego lata.

Jestem pewien, że układanka nie jest kompletna. Brakuje mi spoiwa. Jednej osoby, która połączy ze sobą nitki historii. Kto opłacił piękną Azjatkę i zlecił napisanie opowiadania, żeby nastraszyć Laurę? W jakim celu Artur udał się do Goldsztajna? Dlaczego stary dyrektor go zabił, a potem strzelił do mnie? Czyżby i on skrywał jakąś tajemnicę, którą zabrał do grobu?

Tyle myśli, tak dużo pytań, a odpowiedzi wciąż brakuje. Zmieniam stację i słyszę prognozę pogody:

– Kochani słuchacze, jak już pewnie dobrze wiecie, nadciąga nawałnica stulecia. Będzie wiało, będzie lało, będzie grzmiało. Z tej okazji radzimy, żebyście zostali w domu i nadal nas słuchali. Będziemy was informować na bieżąco o zbliżającym się armagedo…

Wyłączam radio, zanim irytujący spiker dokończy zdanie. To jakieś brednie. Przecież teraz jest tak pięknie. Nie widać ani jednej chmury na niebie. Zupełnie jak wtedy na koloniach. Spoglądam w stronę słońca i słyszę śmiech Kamili. Jest młoda, promienieje, nie myśli o jutrze. Uwielbia się ze mną droczyć. Udaje zadziorną, ale ja wiem, że tak naprawdę jest krucha. Niewinna. Moja młodsza siostra.

Łzy zalewają mi oczy. Walczę z nimi od dwudziestu pięciu lat i za każdym razem przegrywam. Próbuję odgonić obrazy, które atakują mój umysł. Wyobraźnia szaleje i widzę Kamilę. Została sama. Bez rodziny, bez przyjaciół, bez wsparcia. Rzucona na głęboką wodę nie wie, jak sobie poradzić. Jest bezbronna.

– Jeszcze chwila – pocieszam się. – Jeszcze chwila i znowu będziemy razem.

Wycieram twarz i skupiam się na drodze. Nie chcę, żeby cokolwiek wyprowadziło mnie z równowagi. Zjeżdżam z autostrady. Mijam coraz mniej aut. Okolica wygląda na spokojną, ale czuję, jak zimny pot spływa mi po karku. Z każdym kilometrem moje serce bije wścieklej i głośniej.

Muszę zwolnić, bo kocie łby wyrosły na drodze. Atakują opony ostrymi krawędziami. Zupełnie, jakby chciały powstrzymać intruzów. Na końcu drogi stoi krzyż. Spoglądam na niego i czuję, że pali mnie rana. Wiem, że jestem blisko. Podjeżdżam pod klasztor i mam ochotę krzyknąć ze złości.

Czarne chmury już tu są. Skoda też.

Zaczynam szybciej oddychać. Przecieram dłonią wilgotne skronie.

– Jakim cudem tu dotarli?! – Opadam z sił. Patrzę w kierownicę i nie ruszam się przez chwilę. W końcu biorę głęboki oddech i próbuję się podnieść. Teraz jestem pewien, że znowu mnie oszukała.

– Bożena – mówię przez zaciśnięte zęby i wyskakuję z auta.

Muszę się śpieszyć. Nie mogę pozwolić, aby zabrali moją siostrę. Dobiegam do żelaznej bramy. Zapieram się nogami, żeby ją otworzyć. Dziwię się, gdy nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Wygląda na zadbaną. Przecieram oczy, bo zdobienia na furtce przypominają mi walczące amazonki. Strach obezwładnia moje ciało. Wewnętrzny głos podpowiada, żebym zawrócił.

– Co się z tobą dzieje? – upominam sam siebie i przechodzę na drugą stronę.

Jestem na dziedzińcu, przed którym rozpościera się sad. Przy prawie każdym drzewie stoi zakonnica. Coś jest nie tak. Kobiety udają, że pracują, jednak dookoła panuje złowroga cisza. Nie zastanawiam się dłużej i ruszam naprzód.

Jest tylko jedna ścieżka. Prowadzi wprost do klasztoru. Czuję, jak zakonnice kąsają mnie wzrokiem. Stawiam krok za krokiem, aż w końcu zaczynam biec. Jestem coraz bliżej, gdy jedna z kobiet wyrasta tuż przed moją twarzą. Hamuję gwałtownie i macham rękoma, ratując się przed upadkiem.

W tym czasie pozostałe zakonnice formują mur nie do przejścia. Chyba znowu mam omamy, bo wydaje mi się, że ich habity są szyte na miarę. Idealnie przylegają do ciała, uwydatniając mięśnie. Kobiety milczą, a ja czuję, jak narastają we mnie emocje. Jestem przestraszony i podekscytowany zarazem. Zauważam, że każda z nich się pomalowała. Makijaż jest ostry i wyzywający. Przełykam głośno ślinę i karcę się w myślach. Nie przyjechałem tu przecież fantazjować o postępowych zakonnicach.

Nagle cztery z nich wychodzą przed szereg. Chyba są najstarsze, bo widzę, że inne kobiety ustępują im miejsca. Najstarsze i najsilniejsze. Stają ramię w ramię i lustrują mnie wzrokiem. Nie pozostaję im dłużny i odwzajemniam spojrzenie. Rozgrywamy pojedynek na śmierć i życie.

Pierwsza kobieta wydaje się bielsza od śniegu. Przyglądam jej się uważnie i widzę plamy na skórze. Mam wrażenie, że jest chora. Posyła mi uśmiech. Wzdrygam się i boję, że właśnie mnie czymś zaraziła.

Druga kobieta straszy ustami czerwonymi niczym krew. Z jej oczu leje się żar. Cmoka w moim kierunku. Wiem, że to zaproszenie do tańca z wojną.

Trzecia kobieta trzepocze rzęsami ciemniejszymi od węgla. Ten dźwięk powoduje, że skręca mnie w żołądku. Głód daje o sobie znać i na chwilę mnie rozprasza.

– Odejdź, bo tego pożałujesz – odzywa się czwarta kobieta i wyrywa mnie z transu. Po tonie głosu wnioskuję, że to ona tu rządzi. Chociaż widzę ją pierwszy raz w życiu, to wiem, że nie toleruje sprzeciwu. Jest władcza i niebezpieczna.

Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale zakonnica podnosi rękę i powtarza:

– Odejdź, bo tego pożałujesz.

Dopiero teraz widzę, że wszystkie kobiety trzymają różaniec. Przysiągłbym, że wykonano go ze złota. Krzyżyk i paciorki są większe niż zwykle.

– Muszę kogoś znaleźć – mówię.

– Odejdź, bo spotka cię kara.

Nie zamierzam się poddać. Nie teraz. Zbyt długo czekałem na ten dzień.

– To ważne!

– Odejdź.

Kobieta nie musi krzyczeć. Jest przekonująca w swojej prostocie. Gdyby nie Kamila, już dawno bym stąd uciekł. Postanawiam działać i robię krok do przodu. Zakonnica zachodzi mi drogę. Przewiduje każdy mój ruch. Nie jestem w stanie jej obejść. Ma więcej siły niż się spodziewałem. Aby uniknąć konfrontacji, wyciągam moją legitymację i mówię:

– Jestem z prokuratury.

– Na tym terenie obowiązuje inna jurysdykcja – odpowiada. Jest blada niczym trup. Nie mam złudzeń. Stanąłem oko w oko ze śmiercią.

Chowam dokumenty. Wiem, że zakonnica nie odpuści. Ja też nie. Dotarłem tak blisko. Albo teraz, albo nigdy.

– Nie mam czasu na dyskusję.

– Ostrzegałam.

Jednym ruchem dłoni rozpuszcza różaniec. Krzyż opada ciężko na ziemię. Zakonnica podnosi rękę i robi zamach. Otrzymuję pierwszy cios. Przejeżdżam palcem po rozciętym czole. Chcę coś powiedzieć, jednak kobieta znowu atakuje. Za każdym razem celuje w głowę. Zasłaniam się i padam na kolana.

Zamykam powieki. Mieszanka krwi i potu napływa mi do oczu. Próbuję wyczuć kolejne uderzenie. Gdy krzyżyk zbliża się do mojej twarzy, łapię za łańcuszek i pociągam mocno. Zakonnica puszcza broń i poddaje się bez walki. Mam ochotę krzyknąć z radości. Łatwo poszło. Za łatwo.

Otwieram oczy i zastygam. Wyczytuję z uśmiechu kobiety, że tylko sobie ze mną pogrywa.

– Wiecie, co macie robić – mówi i się wycofuje.

Jej podwładne reagują na komendę bez wahania. Nie pudłują. Nie jestem w stanie policzyć, ile uderzeń otrzymałem. Próbuję się bronić, ale nic nie działa. W końcu jedna z zakonnic podcina mi nogę. Upadam na plecy i widzę niebo. Czarne chmury zaraz wybuchną i poleje się krew. Jeszcze moment i nastanie apokalipsa.

Przez chwilę nic się nie dzieje. Wiem, że to cisza przed burzą. Kobiety nigdzie nie poszły. Czuję je.

– Celujcie w brzuch – słyszę rozkaz i znowu się zaczyna. Różańcowy deszcz. Raz po raz zakonnice smagają mnie krzyżem. Moje ciało zamienia się w krwawą mozaikę. Próbuję przewrócić się na bok, żeby osłonić ranę. Boję się, że pękną szwy. Stękam i przetaczam się na lewą stronę. Wyginam się, gdy któraś z zakonnic uderza prosto w nerkę. Czuję, jak ból rozlewa się po lędźwiach. Zaciskam zęby, żeby nie krzyknąć.

– Przytrzymajcie go.

Kobiety rzucają się na mnie. Siadają na rękach i przyciskają do ziemi. Ich przełożona nachyla się nade mną i mówi:

– Ostrzegałam, że spotka cię kara.

Robię coś wbrew sobie. Kopię ją w krocze. Dwa razy. Kobieta ani drgnie. Nadal stoi w tym samym miejscu. Przygląda mi się z zaciekawieniem. Widzę błysk w jej oku. Zaczyna się śmiać, a po chwili dołączają do niej koleżanki. Włosy stają mi dęba. Hieny świętują zwycięstwo.

– Przytrzymajcie mu nogi.

Kobieta o poplamionej skórze puszcza do mnie oczko i łapie za kostki. Wbija pazury i dociska mocno. Czuję, jakby zalewała mnie trucizną. Chcę zaatakować jeszcze raz, ale jestem sparaliżowany.

Śmiercionośna zakonnica zrywa ze mnie koszulę. Chwyta różaniec i przykłada krzyż do skóry. Wydaje mi się, że jest gorący. Przejeżdża ostrzem po brzuchu. Gdy tylko zbliża się do rany, wycofuje rękę. Przygryza wargi. Widzę, że jej się to podoba. Powoli zaczynam odpływać. Adrenalina już nie działa i powieki opadają coraz częściej. Mam wrażenie, że zaraz zasnę, i w tym momencie zakonnica rozcina szwy.

Krzyczę, aż pali mnie w gardle. Miotam się na ziemi jak poparzony. Kobieta nachyla się nade mną. Wiem, że zaraz wbije krzyż prosto w mój brzuch.

Przegrałem.

Zamykam oczy i się poddaję. Myślę o Kamili, którą znowu zawiodłem.

Zakonnica bierze zamach i w tym momencie słyszę, że ktoś krzyczy:

– Wystarczy!

Kobiety poluzowują ucisk. Nie mogę w to uwierzyć. Z pewnością znowu się ze mną droczą.

– Zabierzcie go do środka, zanim zacznie padać – słyszę ten sam głos, który mnie uratował.

Dziwię się, kiedy zakonnice mnie podnoszą i prowadzą do klasztoru.

– Kto to jest? – pytam i próbuję złapać oddech.

– Matka przełożona – odpowiada kobieta, która właśnie chciała mnie zabić.

– Matka przełożona? Kim ty w takim razie jesteś? Kim wy jesteście?

Zakonnica uśmiecha się i pozostawia mnie bez odpowiedzi. Po chwili wchodzimy do klasztoru. Rozglądam się i widzę pozłacane meble. Antyczne kusze wiszą na ścianach. Żyrandol zbudowany z setki mieczy straszy spod sufitu. Moja wybawczyni stoi na marmurowych schodach. Jest odwrócona i zakrywa twarz.

Serce wali mi jak szalone. Podpowiada, że wiem, kto to jest.

– Kamila?

– Matka przełożona – poprawia mnie.

Czy to może być ona? Chyba tak, chociaż się zmieniła. Emanuje z niej aura pewności siebie. Nie tylko ja to czuję. Pozostałe zakonnice spuściły głowy i wbiły wzrok w ziemię. Czekają na sygnał od swojej pani. Boję się, jednak chcę do niej podbiec. Nie mogę, bo kobiety nadal mnie trzymają.

– Po co przyjechałeś?

– Chciałem cię uratować.

– Czy wyglądam, jakbym potrzebowała pomocy? – Wyczuwam ironię w jej głosie. – Rozejrzyj się. Chyba przyznasz, że nieźle się urządziłam.

Nie mam pojęcia, co odpowiedzieć, więc mówię:

– Wiem, kto zabił naszą matkę.

– Nic nie wiesz.

– Wiem! To była Bożena! Powiedziała, że rodzice są w stanie zrobić wszystko, żeby uchronić swoje dzieci. Zabiła naszą matkę, bo kryła Artura!

Zakonnica zaczyna się śmiać.

– Jakoś jej się to nie udało. Artur był głupi i zginął, bo się mnie nie posłuchał.

– Nie posłuchał?

– Mówiłam mu, że Goldsztajn nie działa sam i żeby uważał, ale w ogóle się nie zmienił. Był tak samo porywczy jak dwadzieścia pięć lat temu. Wszystko szło zgodnie z moim planem, ale Artur się wyłamał i spotkała go kara.

Robi mi się słabo na dźwięk tego słowa. Kara? Czy to ta kobieta nasłała na Artura swoje amazonki? Wolę nie wiedzieć.

– Co ty mówisz? Jak to nie działał sam?

– Pawcio… – zmienia ton głosu, a ja czuję, jak niewidzialna ręka ściska mnie za gardło. To ona! Moja młodsza siostra! Teraz nie mam już żadnych wątpliwości. Tylko Kamila mnie tak nazywała. Po chwili znowu się odzywa: – Kto jeszcze był wtedy w lesie?

Nie rozumiem, dlaczego pyta. Przecież doskonale zna odpowiedź.

– Jak to kto? Ty, Artur, Malczak… – wymieniam, jednak Kamila mi przerywa.

– Kto jeszcze był wtedy w lesie? – ponawia pytanie z naciskiem na „jeszcze”.

Myślę szybko. Analizuję wydarzenia pechowej nocy tysięczny już raz, aż w końcu to do mnie dociera. Cały ten czas nosiłem w sobie odpowiedź, ale nie słuchałem. Głuchy jak Temida. Nic dziwnego, że się z nią związałem.

– Byłem jeszcze ja – przerywam, żeby wziąć oddech – i była jeszcze Laura.

W tym momencie rozumiem, co Bożena miała na myśli. Goldsztajn zabił Artura, żeby uchronić swoją córkę. Nie chciał, żeby prawda wyszła na jaw.

Moja siostra podnosi dłonie. Nie dziwię się, gdy dostrzegam, że trzyma różaniec. Zaczyna klaskać, a echo odbija się od szklanych gablotek, w których stoją srebrne puchary.

– Przyjechałeś, żeby mi pomóc?

Przytakuję i widzę, że Kamila zaciska pięści.

– Czas pokazać, że dzieci są naprawdę w stanie zrobić wszystko, żeby pomścić swoich rodziców – mówi to jednym tchem, po czym zwraca się do podwładnych: – Przygotujcie samochód.

– Który?

– Na pewno nie skodę. Nie lubię nią jeździć, kiedy pada.

Kamila odwraca się i patrzy prosto na mnie. Zamieram. Znam to spojrzenie. Znam te oczy. Już raz je dzisiaj widziałem.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.