Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wentylator za jego plecami terkotał monotonnie. Poruszyłem się w krześle.

– Widzi pan, mam tu raport patologa z 94 roku. – Jork przerzucił papiery. Zasinienia na szyi Moniki Sowik niespecjalnie pasują do dłoni dorosłego mężczyzny. Danielowi Kotlerowi zadano ciosy narzędziem innym niż to, którym poderżnięto gardło Monice. Może i Malczak by się nie wywinął, ale gdyby chciał, mógłby pociągnąć Kamilę i Artura za sobą. Tymczasem pozwolił, żebyśmy szukali trupów zamiast żywych ludzi. Wolał być oskarżony o poczwórne morderstwo. Dlaczego?

Wzruszyłem ramionami.

– Mnie pan pyta? To szaleniec.

– A jednak początkowo nic na to nie wskazywało, prawda? Powszechnie szanowany, odpowiedzialny wychowawca. Był lubiany?

Przez moment udawałem, że się zastanawiam.

*

Za bardzo rozbiegane oczy, za bardzo spocone ręce. Nie rozumiał pojęcia przestrzeni osobistej, lazł ci z twarzą pod sam nos, dotykał bez pytania, łapał za rękę, błądził wzrokiem po piersiach, tyłkach, dziewczyn, chłopaków, bez różnicy. Kiedy się podniecił w rozmowie, pianka śliny zbierała mu się w kącikach ust. Najbardziej na świecie chciał być naszym kumplem.

Ile on wtedy miał lat – dwadzieścia siedem, trzydzieści? Może więcej. Był jednym z tych dziwnych, jakby eunuchowatych kolesi bez wieku, takich, co to nie wiesz: już łysieje czy jeszcze mu włosy porządnie nie wyrosły.

Wyglądał, jakby taki już się urodził – tłustawy, z wadą wzroku, od razu podtatusiały, w przykrótkich portkach i koszulce opinającej się na sterczącym brzuchu, stary bobas. I tak się starał! Zrobiłby wszystko, żeby się nam przypodobać, pokazać, jaki to z niego klawy gość (nikt już wtedy nie używał tego wyrażenia, ale on jeszcze się nie zorientował). No hejka, macie tu piwko, jak nie możecie, no przecież ze mną możecie. Pokażę wam nóż myśliwski i kalendarz z gołymi babami, tylko mnie lubcie, tylko się ze mną bawcie.

Kamila wyczuła go od razu. Mówiła, że jest jak jeden z tych zboków wyciągających miękką faję gdzieś na tyłach szkolnego boiska i pomajtujących nią w nadziei, że ktoś się przejmie. Albo jeden z tych kolesi, którzy podglądają dziewczyny w krzakach na plaży i zanim zaczną się brandzlować, opuszczają spodnie aż do kostek. Przyłapani, usiłują biec i wypierdalają się w piach.

Tak właśnie powiedziała, „wypierdalają się w piach”, a potem ze śmiechem popchnęła mnie na piasek.

– Któregoś dnia – dodała bez przejęcia – Wojtek kogoś zgwałci. Albo zabije. Albo jedno i drugie.

Sądziłem, że przesadza. Dla nas, wtedy, Malczak był przede wszystkim obleśnym frajerem, którego naciąga się na fajki i wódkę, a potem spławia pod byle pretekstem. I trochę jednak pilnuje, żeby nie podchodził za blisko młodszych dzieciaków. Bo gdzieś tam, podskórnie, czuje się, że coś jest z nim bardzo nie tak.

Moja siostra jako jedyna potrafiła nazwać te przeczucia, nieuchwytne wrażenia, wydobyć je na powierzchnię. Skłamałbym, gdybym powiedział, że mnie to dziwiło.

Poczułem natomiast pewne zdziwienie, kiedy okazało się, że Kamila jest jedną z ofiar.

 *

– Tak, chyba tak. Miał wdzięk. Potrafił zaimponować: doświadczeniem, luzem.

– Najweselszy wujek na obozie, co? A pan? – Drgnąłem, zaskoczony. – Był pan dobrym wychowawcą?

– Na pewno za młodym. Nie umiałem… nawet nie chciałem stworzyć dystansu między sobą a podopiecznymi. Byłem za blisko.

– Dlatego tamtej nocy zaniedbał pan swoje obowiązki?

– Nie usprawiedliwiam się. Ale tak, pewnie dlatego.

*

Nauczyłem się żyć, chroniąc innych. Mam do tego talent. I mam doświadczenie. Przez większość dzieciństwa uważałem na moją siostrę, po jej śmierci i odejściu matki (albo odwrotnie) uważałem na ojca – żeby nie udusił się własnymi wymiocinami, wrócił na noc do domu, nie zasnął na mrozie. Chroniłem żonę przed cierpieniem, chronię córkę przed zbyt wczesną utratą niewinności, chronię szwagierkę, płacąc za to karierą. Nawet zawód wybrałem sobie odpowiedni. Laura mówi, że to obsesja kontroli, parentyfikacja, syndrom zbawcy, syndrom DDD, cała masa syndromów. Ja wolę o tym myśleć jak o misji. Każdy rodzi się do czegoś.

A jednak tamtej nocy zapomniałem o swoim obowiązku. I wszyscy za to zapłaciliśmy.

*

– Kolejna sprawa… Dlaczego dwie dorosłe kobiety, jedna z wyższym wykształceniem, uznały, że dla ich dzieci lepsze będzie wieloletnie ukrywanie się niż przyznanie, że padły ofiarą manipulacji psychopaty?

– Nie wiem, co myślały moja matka i Perkowska. Możliwe, że działały pod wpływem impulsu.

– I pozostawały pod tym wpływem przez… – Jork znów zerknął w papiery – dwadzieścia pięć lat? Nie, oczywiście, że nie – dodał, nim zdążyłem się żachnąć. – Przepraszam. Przecież pana matka zniknęła rok po zaginięciu pańskiej siostry. Ale Bożena Perkowska…

– Perkowskim zależało na utrzymaniu status quo. Gdyby wyszło na jaw, że Artur żyje, Dawid Goldsztajn mógłby oskarżyć ich o wyłudzenie.

– Owszem. Ale dlaczego pani doktor i Perkowscy nie spróbowali przekonać dzieci do ujawnienia się, jak tylko Wojciech Malczak został zatrzymany? To było jeszcze przed procesem o odszkodowania, prawda?

– Moja matka odeszła… zaginęła… kilka dni po aresztowaniu Malczaka. Co do Perkowskich… może sam pan ich zapyta? Życzę powodzenia.

– A pana rówieśnicy, prokuratorze? Nie zdziwiło pana, że Artur, niemający jak dotąd żadnych konfliktów z prawem, nie chciał opowiedzieć przed sądem o nieszczęśliwym wypadku w lesie? Że tak pełna życia dziewczyna jak pana siostra wolała iść do klasztoru, niż zeznać, jak Malczak wrobił ją w swoją chorą grę?

*

Lubię wspominać ją uśmiechniętą, zadowoloną, przyjazną światu. Jak skubie słonecznika, plując pestkami daleko przed siebie. Jak kiwając się ze słuchawkami na uszach w rytm turkocącej w walkmanie kasety T.Love, pokazuje mi faka ze swojego bujanego fotela. I jest spokojnie. Jest zwyczajnie.

Taką ją postanowiłem pamiętać, kiedy myślałem, że umarła.

*

– Byli przerażonymi dziećmi i czuli się winni. To chyba naturalne, że zdali się na dorosłych.

Jork pokiwał głową. Ale jakby bez przekonania.

– Wie pan, usiłuję to sobie jakoś poukładać. To wszystko, co pan odkrył w trakcie swojego prywatnego śledztwa. I wciąż mam kilka wątpliwości.

– Na przykład?

– Potrafi pan mniej więcej określić, ile czasu minęło od chwili, gdy usłyszał pan krzyk, do momentu, gdy natknął się pan na Malczaka i Goldsztajna?

– Dwadzieścia minut? – Starałem się, żeby mój głos brzmiał pewnie.

Jork uniósł brwi.

– Kawał czasu jak na przejście kilkudziesięciu metrów. Chociaż dla Malczaka trochę mało. Zaszlachtować Monikę, uciec pana siostrze i Perkowskiemu – wyliczał, odginając po kolei palce – albo ich zastraszyć, sam już nie wiem… ukryć zwłoki, wrócić do obozu, umyć się, zapewne przebrać… podrzynanie gardeł to nie jest czysta robota… Przekonać Goldsztajna do natychmiastowego poddania się innym czynnościom seksualnym… A to wszystko w dwadzieścia minut. – Położył rękę na stole i popatrzył na mnie przenikliwie. – Jest pan pewien, że to było tamtej nocy? Jest pan pewien, że to był Malczak?

– Zarzuca mi pan kłamstwo?

– Mam mówić wprost? Tak. Nie kupuję tej historii z Malczakiem i Goldsztajnem. Dziwi mnie, że nie wspomniał pan o tym podczas przesłuchań w 94 roku.

– Już mówiłem. Goldsztajn mnie zaatakował, groził mojej rodzinie. Bałem się.

– Laury Goldsztajn też? Byliście blisko, dlaczego nic jej pan nie powiedział?

– Chodziło o jej ojca, na litość boską. Jak pan to sobie wyobraża?

– Nie wiem. Jakoś bez większych oporów podzielił się z nią pan przeświadczeniem, że jej ojciec, owszem, romansuje, ale z pańską matką.

Otworzyłem usta. I zaraz je zamknąłem.

– Proszę powiedzieć… – ciągnął Jork – Goldsztajn pobił pana już w Warszawie, ale jeszcze podczas trwania śledztwa, prawda?

– Tak.

– Brutalnie?

– Dość brutalnie, owszem.

– Po twarzy?

– Jakie to ma znaczenie?

Jork odchylił się w krześle, przejechał dłonią po łysej głowie. Westchnął.

– Wie pan, ja bardzo nie lubię stereotypów. A już szczególnie nie lubię, jak ktoś gra na tych stereotypach tak, żeby się prostemu gliniarzowi spodobało. Ten Goldsztajn, co za postać! Nie dość, że Żyd, to jeszcze pederasta. No więc nie wiem, może chciałby mi pan zasugerować, że był również ubekiem i w związku z tym pobił pana dotkliwie, ale tak, żeby nie zostawić śladów?

Milczałem. Gdzie się podział uprzejmy inspektor „to ja dziękuję panu” Jork?

– No więc jak, prokuratorze Kopiński? Jak bił pana Goldsztajn? Normalnie czy po ubecku?

– Normalnie.

– Ciekawe, że prowadzącego śledztwo nie zainteresował fakt, że jeden ze świadków – na pewnym etapie, zdaje się, nawet podejrzany – przychodzi na przesłuchanie z rozbitym nosem. Może i Lubelski chciał mieć spokój, może i nie lubił się przemęczać. Ale że nie wpadł na pomysł, że to może mieć związek ze sprawą? Naprawdę nigdy nie zapytał pana, co się panu stało w twarz?

– Nie pamiętam. Może zapytał.

– Na co pan odpowiedział, że wszedł po ciemku w drzewo. A komisarz panu uwierzył i nie umieścił wzmianki na ten temat w raporcie. Panie Kopiński, szanujmy się. – Jork z nieco teatralnym zgorszeniem pokręcił głową. – Widzi pan, rozmawiałem niedawno z komisarzem Lubelskim. Proszę nie robić takiej miny. Owszem, jest stary, ale żyje. Ma osiemdziesiąt sześć lat i umysł wciąż jak brzytwa. Choć może pamięć już nie ta. Zupełnie sobie na przykład nie przypomina, żeby miał pan podczas przesłuchań jakiekolwiek ślady pobicia.

Koszula lepiła mi się do pleców. Terkot wentylatora wgryzał się w mózg.

– Wie pan, co mi się wydaje? – zagaił Jork.

– Nie.

– Wtedy, w 94 roku, Dawid Goldsztajn nawet pana nie tknął. Nie tylko dlatego, że był spokojnym, lękliwym pacyfistą. Zwyczajnie nie miał powodu. W najmniejszym nawet stopniu nie był zainteresowany mężczyznami i nigdy nie utrzymywał żadnych kontaktów seksualnych z Malczakiem. Więcej… – zawiesił głos. – Uważam, że nie tknął pana również teraz.

*

Nie wiem, na co liczyłem. Że ta historia z atakiem Dawida na pielęgniarkę uwiarygodni jego nagłe mordercze skłonności? Powiedzieli mi, jak to było: popchnął ją, a potem zaczął bić się po głowie. Sam pomysł, że strzela do Artura (i trafia) wydawał się absurdalny. Po co miałby to robić?

Owszem, w końcu strzelił. Kiedy doprowadziliśmy go do ostateczności, kiedy nie wiedział już, kto jest żywym człowiekiem, a kto duchem.

Mówił, że przyszła do niego nocą, we śnie. Że wyglądała jak anioł.

Pistolet zostawiła w samochodzie. Kiedy wcisnąłem go Dawidowi do ręki, popłakał się. Każdy, kto go znał, wie, że to właśnie by zrobił.

Potem jednak nacisnął spust.

*

– Oszalał pan, inspektorze? Mam dziurę w boku. I świadków.

– Jednego świadka, nie całkiem obiektywnego i w szoku. Poprosiłem wczoraj o raport z pana obdukcji. Bardzo dziwny kąt wejścia kuli. Niesłychana precyzja w ominięciu wszystkich ważnych organów. Pięć minut w szpitalu, gazik, wacik i pacjent jak nowy.

– Dość tego. – Podniosłem się z krzesła.

– Niech pan siedzi. Nie skończyliśmy – usadził mnie. – Zacząłem się zastanawiać, wie pan? Po co to panu było. Ta historyjka o lodzie w krzakach. Na początku myślałem, że chce pan dać alibi Malczakowi. Ale przecież to by nie miało żadnego sensu, prawda? Więc może nie o Malczaka chodziło?

– Nie rozumiem.

– Ależ rozumie pan, prokuratorze. Przecież pan nie jest głupi. Nawiasem mówiąc, ja też nie. Komisarz Lubelski bardzo chciał zamknąć sprawę. Ja natomiast bardzo chciałbym poznać prawdę. I nie… – Uniósł dłoń. – Nie chodzi mi o zastąpienie jednej dziurawej historii drugą, tą, którą pan mi tu podaje na tacy.

– To ja zidentyfikowałem Perkowskiego – warknąłem. – Robiłem wszystko, żebyście w końcu raczyli przyznać, że on to on. Ja odkryłem, że wylazł ze swojej nory, skuszony pieniędzmi Dunaj-Szafrańskiego. Że nachodził Goldsztajna w domu opieki. Ja znalazłem wam nagranie z monitoringu. Więc proszę mi nie opowiadać o dziurawych historiach.

– Nie, panie prokuratorze – Złośliwy uśmiech zniknął z twarzy Jorka, jakby nigdy go tam nie było. – Dość tego pierdolenia.

Wentylator terkotał, poruszając papiery na biurku, ale nie dawał chłodu. Mielił tylko w kółko gorące powietrze.

*

Ktoś cię odwiedził ostatnio, Dawidzie. Czego chciał? Gdzie poszedł? Mogę pożyczyć twój samochód? I, Dawidzie, wiesz, że mnie tu nie ma, prawda? Umarłam wiele lat temu – przez ciebie. Więc nie opowiadaj nikomu tego snu. Bo inaczej będę musiała przyjść w nocy do twojej córki. Przyłożyć długi nóż do jej szyi. Pamiętasz Monikę, Dawidzie? Laura będzie wyglądała tak samo. Naga. Biała. Cała we krwi. Ona też jest winna.

*

– Wie pan, co pan zrobił nie tak? Przesadził pan z liczbą morderców. Monikę w pana opowieści zabiły aż dwie osoby – trochę pana siostra, z zazdrości, chociaż jednak tak jakby bardziej Malczak – bo go to kręciło i był z gruntu zły. Artur zabił Daniela, bo myślał, że to Malczak, i po ciemku, cytuję, „podziurawił go jak sito” – swoją drogą dość spektakularnie jak na bronienie się na oślep w krzakach. To już troje zabójców. Czwarty będzie Goldsztajn, splątany staruszek, który  nieoczekiwanie uciekł z domu opieki, żeby zastrzelić Artura Perkowskiego, ponieważ… w zasadzie chuj wie. Czyli czwórka zabójców, dobrze liczę? A nie, przepraszam. Jeszcze pana ojciec. Zabijający pańską matkę z powodu niezgodności charakterów. Chyba tym razem nikogo nie pominąłem?

– Mój ojciec – wysyczałem przez zaciśnięte zęby – zabił matkę, ponieważ chciała nas opuścić.

Głos Jorka był niemal łagodny.

– Przecież pan wie, że to nieprawda.

*

Lubię wspominać ją uśmiechniętą. Wolałem zapomnieć napady szału i siniaki na własnych nadgarstkach. Zapomnieć, jak chowaliśmy noże w najwyższej szafce i zamykaliśmy kuchnię na klucz. Jak tłumaczyliśmy w nowej szkole, że z tą dziewczynką, która w poprzedniej wypadła przez okno na parterze – to był wypadek. Jak postanowiliśmy, że już nie będziemy mieć więcej chomików. Nie rozmawialiśmy o tym za wiele, po prostu robiliśmy, co było trzeba, z rezygnacją, niemal mimochodem.

Przyglądała się naszym działaniom obojętnie, znad „Bravo Girl”, znad ruskiej gierki elektronicznej. A później znajdowała nowy sposób.

*

– Słodka, niewinna Kamila – mówi Malczak, oblizując wargi, z rozkoszą, niemal ekstatycznie. A potem chichoce. – Twoja siostra była cudowna. I bardzo hojna. Wiedziała, że Monika mi się podoba, że chciałbym ją mieć, chciałbym zobaczyć ją nagą, chciałbym zobaczyć, co ma pod skórą. Więc się ze mną podzieliła. Pozwoliła mi dokończyć. I była ze mnie zadowolona. Nigdy bym jej nie podpierdolił. Dla mnie było już za późno, dałem się złapać. Ale wiedziałem, że ona gdzieś tam jest, że robi to dalej – i to mi wystarczało. Wiesz, że kiedyś mnie tu nawet odwiedziła? Jako siostrzyczka szarytka, pocieszycielka grzeszników. W habicie. Myślałem, że zabrandzluję się po tym na śmierć.

*

– Podejrzewamy, że uciekła z zakonu niedługo po pańskiej wizycie. Szarytki potwierdzają, że faktycznie u nich była. Przez ostatni rok. I, wie pan, ciekawa sprawa. Ktoś mógłby pomyśleć, że będą wstrząśnięte, zaniepokojone jej zniknięciem, że będą domagały się jej odnalezienia. Ale wie pan co?

Wiedziałem. Doskonale znałem to uczucie, którego teraz musiały doświadczać siostrzyczki. Ulga.

– Nie mam pojęcia. Co?

*

Wiedziałem, kim była moja siostra. Wszyscy wiedzieliśmy. Ojciec, matka, ja. Ta wiedza łączyła nas bardziej niż więzy krwi. Myślicie, że po co moja matka pojechała z nami na obóz?

 „Miałaś pilnować dzieci!” – wrzeszczał ojciec, ale przecież nie o mnie mu chodziło. I choć czułem się zraniony, rozumiałem, dlaczego uważał, że wraz ze śmiercią córki jego życie się skończyło. Ponieważ sensem jego życia – naszego życia – było chronienie świata przed Kamilą. Bez tego nasza rodzina traciła rację bytu, stawała się wydmuszką, tworem istniejącym po nic.

Morderstwa w lesie spadły nam jak z nieba. Przez krótki czas matka myślała, że dzięki nim uda się wszystko zmienić. Miała plan, dobry plan: odejść z Kamilą, wywieźć ją jak najdalej, ukryć. (Nie powiedziała niczego mnie i ojcu i dziś myślę, że zrobiła to z miłości). Kiedy jednak aresztowano Malczaka, uznała, że lepiej będzie się ujawnić. Opowiedzieć wszystko przed sądem, pozwolić, żeby Kamila znalazła się z dala od nas, bezpieczna w jakimś zakładzie, domu bez klamek. Tak podejrzewam. I podejrzewam, że ten pomysł się Kamili nie spodobał.

Mój ojciec pochował moją matkę w lasach. A potem postanowił zakopać tam również pamięć, schować głowę w piasek, uwierzyć w wymyśloną historię i całe życie modlić się do panny wódki, żeby jego córeczka nie powróciła i nie zamordowała we śnie także i nas dwóch. Z urządzenia matce godnego pogrzebu złożył Kamili ofiarę. Wiedział, że jej się to spodoba. Zawsze lubiła miłe gesty. I dobre historie. Potrafiła nagradzać nas za właściwe zachowania.

*

– To był wypadek – powiedziałem, stojąc nad tym, co zostało z małego białego pieska. – Wpadł pod samochód, przeze mnie, nie uważałem.

– No tak – westchnęła matka – ty nigdy nie uważasz. Jesteś taki nieodpowiedzialny.

Kamila zrobiła smutną minę i objęła matkę. Wieczorem, przechodząc obok mojego tapczanu, bez słowa wcisnęła mi w dłoń piracką kasetę, "Tatę Kazika" Kultu. I poklepała mnie po łopatce. Dobra robota, brachu, mówiły jej oczy, spisałeś się.

*

Nauczyłem się od rodziców, co robić, żeby jej nie rozdrażnić, jak się jej przypodobać, jakie jej składać ofiary. Ojciec już nie żył, mogłem obciążyć go winą za śmierć matki. Zmarli wezmą na siebie dowolne ciężary. Składałem Kamili ofiarę ze zmarłych.

Chociaż, trzeba uczciwie przyznać, na śmierć Goldsztajna nie zaczekałem. Nie mogłem czekać. Pocieszałem się myślą, że właściwie już prawie nie żył, pogrzebany żywcem we wspomnieniach, w domu dla starców i wariatów. Że Laura, owszem, będzie go opłakiwać, ale w końcu przecież odetchnie z ulgą.

Zresztą nie mogłem zwlekać. Grunt już palił mi się pod nogami. Moja siostra żyła, a ja musiałem ją chronić – znowu. I musiałem chronić przed moją siostrą siebie, swoją rodzinę, Laurę. Łudziłem się, że kiedy opowiem nową historię – taką, w której Kamila jest prawie niewinna, w której, zmanipulowana przez Malczaka, tylko trochę, troszeczkę, odrobinkę poddusza Monikę, a potem całe życie za to pokutuje, wiodąc cnotliwe życie mniszki – jakoś ją tą historią nakarmię, jak smoka dziewicami. Że jej się spodoba, jak złemu bóstwu, ta ofiara przebłagalna złożona u jej stóp, spodoba jej się talent brata do kłamstw. Że da nam spokój, nie zrobi z nami tego, co zrobiła z Arturem. („Musiałam go przed nią chronić – wyszeptała Perkowska – i siebie, i Bogdana, przecież mnie rozumiesz”). Że nie podpali domu mojemu szwagrowi i szwagierce, nie podziurawi Laury nożem, nie podejdzie w nocy do łóżka Kai i nie skręci jej karku jak kurczakowi, z jednym cichutkim chrupnięciem.

*

Postawią mi zarzut składania fałszywych zeznań i utrudniania śledztwa. Zacznie się postępowanie w sprawie śmierci Goldsztajna. Będą też szukać mojej siostry.

Nie znajdą.

*

Czasem, tuż przed świtem, kiedy przewracam się bezsennie w łóżku, dociera do mnie, że jestem zaburzony mniej więcej tak samo jak cała moja rodzina. Kłamię, manipuluję, bywam agresywny. Być może ja też mam w sobie coś z psychopaty. Czy gdybym nie miał, usiadłbym pewnego dnia przed komputerem i zapisał te słowa?

To się zdarzyło, kiedy miałam szesnaście lat… W tej historii będę nazywała go P.

Chciałem jakoś ostrzec Laurę, przypomnieć jej o sobie i tamtej historii. Być może, gdybym był normalny, znalazłbym lepszy sposób.

Ale nie jestem.

Od zawsze chronię świat przed zwyrodnialcami, tak jak umiem. Właśnie dlatego spotkałem się z Kamilą. Opowiedziałem jej moją historię, tę, w którą nie chciał uwierzyć Maciej Jork. O przerażonych dzieciach, dobrych matkach, potworach, zboczeńcach i morderczym Żydzie. Bardzo się śmiała. Nawet mi pogratulowała. To chyba wtedy podjąłem decyzję.

Nikt nie szukał martwej dziewczyny wśród żywych. Nikt nie będzie szukał żywej kobiety wśród martwych.

Po wszystkim spaliłem jej habit i swoje ubrania. Jeszcze później wziąłem łopatę ojca i zakopałem ciało mojej siostry niedaleko klasztoru.

W głębi lasu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.