Wiktor Kotowski – profesor na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, ekolog, współzałożyciel Centrum Ochrony Mokradeł.

Aleksander Gurgul: Czy bobry wspierają polską gospodarkę?

Prof. Wiktor Kotowski: – O ile im nie przeszkadzamy, to zdecydowanie.

W jaki sposób?

– Naprawiają retencję wody, którą my zniszczyliśmy przez lata. Nie dość, że robią to bardzo dobrze, to jeszcze za darmo. Większość przetamowań i rozlewisk, które budują bobry, powstaje na terenach leśnych i rolnych, które człowiek kilkadziesiąt lat temu przekopał rowami melioracyjnymi. Bobry z lubością właśnie tam spiętrzają wodę, odtwarzając mokradła. Podnoszą wodę nie tylko w samej rzece czy rowie i hamują jej odpływ, ale podnoszą też poziom wody na terenie przyległym. Liczy się nie tylko ta woda na powierzchni, którą widzimy gołym okiem, ale przede wszystkim ta glebowa. To przekłada się na bardzo duże zasoby zretencjonowanej wody podziemnej.

Czy skuteczność pracy bobrów jest mierzalna finansowo?

– Jeśli porównać efekty ich działalności z naszymi wydatkami na retencję sztuczną, okaże się, że dzięki pracy bobrów zyskujemy bardzo dużo. Policzył to prof. Mateusz Grygoruk z SGGW. Okazało się, że średni koszt zretencjonowania metra sześciennego wody w niewielkich sztucznych zbiornikach to ok. 2 zł!!! Oznacza to, że hektar rozlewiska bobrowego może być wart kilkanaście tysięcy zł. W skali kraju daje to kwoty rzędu setek milionów złotych rocznie.

Ile liczy populacja bobrów w Polsce?

– Mówimy o ponad 100 tys. Bobry są trudne do policzenia, migrują. Czasem siedzą w jednym miejscu tylko kilka lat, dopóki dookoła rozlewiska nie zjedzą wszystkich młodych pędów drzew. Potem się przenoszą, ale wracają, jeśli ludzie im nie przeszkadzają, bo znów mają co jeść, kiedy drzewa po kilkunastu latach odrosną.

Fot. Archiwum

Słysząc to, leśnik pewnie złapie się za głowę.

– Zwykle nie są to drzewa wykorzystywane do pozyskania drewna przez leśników. Bobry najchętniej jedzą osiki i wierzby. Ale oczywiście rowy melioracyjne, o których wspomniałem, powstały po to, by uproduktywnić lasy i uprawiać drzewa na deski. Zwykle to były sosny. Bobry spiętrzając cieki wodne, przywracają na terenach leśnych dawne bagienne warunki. To ludzie zawłaszczyli ich tereny, a bobry tylko próbują je odzyskać.

Kilka procent na retencję

Mimo mokrego roku mamy w Polsce suszę.

– Spowodowana jest ona m.in. gigantycznym spływem wody uregulowanymi rzekami i systemami melioracyjnymi. Potrzebujemy je pozatykać i oddać z powrotem niegdysiejsze tereny bagienne wodzie. Bobry nam w tym pomagają.

Czy są jakieś szczególne tereny w Polsce, które powinniśmy oddać bobrom, żeby wykonywały swoją pracę?

– Polska nizinna przychodzi mi pierwsza na myśl, ale nie ma sensu wskazywać konkretnych rejonów. Zresztą nawet w polskich górach bobry się już zadomowiły. Wszędzie musimy odejść od spuszczania wody uregulowanymi rzekami i systemami melioracyjnymi, zwiększając retencję krajobrazową. Sami też aktywnie zatykajmy te rowy odwodnieniowe w leśnictwie i rolnictwie.

Skoro mowa o rolnikach, to ciągle słyszymy, że bobry są ich „wrogami”. Zbudują tamę, przez co rzeka zaleje uprawy na polach.

– Pytanie, kto na tym terenie jest „u siebie” i jaki jest interes społeczny. Największy jest taki, żeby nie było suszy. Jeśli rolnik wyniesie się z kilkudziesięciometrowego pasa przyrzecznego, który jest w zasięgu działania bobra, to na polu albo łące będzie miał lepsze warunki wodne. Bóbr podpiętrzy wody podziemne. Rozlewiska przez parowanie powodują, że powietrze wokół jest wilgotniejsze i chłodniejsze, a dzięki temu robi się korzystniejszy mikroklimat. Łąki i pola mniej będą wysychać, a to leży w interesie rolnika. A w dużej skali mamy w tym interes społeczny. W Polsce nie mamy mało jedzenia, za mało rolników i terenów rolnych. Naszym problemem jest susza. Wrażliwe na suszę rośliny stają się w Polsce bardzo drogie, bo plony się nie udają. Należy więc oddać kilka procent obszarów rolnych na retencję wody. W Polsce jednak rolnictwo traktujemy, niestety, jako priorytetowy sposób użytkowania ziemi. Nawet jeśli rolnik jest właścicielem gruntu, nie znaczy to, że każdy kawałek swojej ziemi musi zaorać, a potem skosić. Mógłby dostawać rekompensaty za usługi ekosystemowe na rzecz społeczeństwa.

Czyli za to, że na jego ziemi żyją np. bobry?

– Usługi ekosystemu to jest coś, co dostajemy od przyrody, a za co nie płacimy. Regulacja klimatu, przeciwdziałanie suszy, oczyszczanie wody.

Jak bobry oczyszczają wodę?

– Zanieczyszczona nawozami rolniczymi woda nie trafia przecież z pola rurami do kanalizacji, tylko wraz z nawozami spływa do rzeki. Dzięki rozlewiskom bagiennym między polem z uprawami a rzeką tworzy się strefa buforowa. Azot jest usuwany przez bakterie w procesie denitryfikacji, jest też wchłaniany wraz z fosforem przez rośliny bagienne. Pewnie zwrócił pan uwagę, że bagna nadrzeczne to bardzo żyzne tereny. Strefa buforowa o szerokości kilkudziesięciu metrów usuwa azotany i fosforany nawet o 90 proc., a bywa, że i w całości. To jedyny możliwy sposób na radzenie sobie z rozproszonymi zanieczyszczeniami wód na terenach rolniczych. Co roku czytam nagłówki w mediach, głównie branżowych rolniczych, że z powodu bobrów „straty” wyniosły dziesiątki milionów złotych. Zwykłego śmiertelnika te kwoty przyprawiają o zawrót głowy.

Wypłaca je rolnikom skarb państwa.

– Wtedy powiedzmy ludziom, że te „odszkodowania” nam się bardzo opłacają. Znacznie większe straty byłyby, gdybyśmy bobrów w Polsce nie mieli. Tracilibyśmy więcej wody i susza byłaby większa. Musimy przedefiniować nasz stosunek do bobrów. Mówmy raczej o dopłatach w ramach gospodarstwa rolnego. Rolnik powinien dostać nie tyle rekompensatę, co zachętę, żeby bobry u siebie utrzymać do czasu, aż skończy im się pożywienie na jego terenie i pójdą w inne miejsce.

Żeremie bobrów na MiędzyodrzuŻeremie bobrów na Międzyodrzu Andrzej Kraśnicki jr

Skąd pieniądze dla rolników na „dopłaty do bobrów”?

– Dziś dopłacamy do upraw z Unii Europejskiej, więc opłaca im się mieć jak największą powierzchnię terenu w użytkowaniu rolnym, a jak najmniej oddawać bobrom. Trzeba to odwrócić i wykazać, że z funduszy rolnych UE pieniądze powinny również iść na tereny, które pokrywa (m.in. dzięki pracy bobrów) trzcina albo pałka wodna. Przecież potem też można je zebrać i wykorzystać (to bardzo cenna biomasa do wykorzystania jako surowiec energetyczny albo w budownictwie naturalnym). Rolnik powinien także otrzymywać pieniądze za to, że np. bobry ścięły drzewa na jego działkach, a także dopłatę za wodę zretencjonowaną na terenie jego gospodarstwa (zamiast budować olbrzymie zbiorniki wodne, zapory etc.). Mówmy więc raczej o wynagrodzeniu dla rolników. Z drugiej strony za płoszenie bobrów i pozbywanie się ich powinna być wtedy kara. Czasem, niestety, regionalne dyrekcje, mimo że bobry są pod ochroną, wydają zezwolenia na ich odstrzał.

To chyba żadne trofeum dla myśliwego?

– Myśliwi wcale nie lubią prowadzić odstrzałów bobrów i one w bardzo niewielkim procencie są realizowane. Nie mam na to dowodów, ale odnoszę wrażenie, że część z robi się tylko na papierze. W zezwoleniach, o jakich mówiło się w ostatnich latach, np. na Mazowszu (na kilkaset albo i kilka tysięcy bobrów) raczej widzę odpowiedź urzędników na to, że wpływa do nich wiele wniosków o odszkodowania. Chodzi więc raczej o to, by wypłacić jak najmniej pieniędzy rolnikom.

Kiedy płonęły pola i mokradła w Biebrzańskim Parku Narodowym, to o czym pan myślał?

– Bałem się, że zacznie się palić odwodniony torf. Pożar zniszczył środkową część parku narodowego, która pocięta jest dawnymi rowami i kanałami melioracyjnymi. Mimo że Biebrzański Park Narodowy kojarzymy z torfowiskami, to musimy pamiętać, że blisko 50 proc. z nich jest odwodniona. Torf nasycony wodą w warunkach bagiennych się nie pali. Taka gleba w 90 proc. składa się z wody. Po usunięciu wody w celu uzyskania suchej łąki albo terenu pod uprawę, np. kukurydzy, pojawia się ryzyko pożarowe. Torf, czyli martwa materia roślinna, bardziej się żarzy, niż płonie otwartym ogniem. Ale za to potrafi palić się bardzo długo. W tym roku, ku zaskoczeniu wielu, udało się tego uniknąć. Bobry nad Biebrzą żyją, ale w wielu miejscach ich tamy są regularnie niszczone przez rolników, którzy uprawiają łąki. Rolnik chce wjechać na taki teren ciągnikiem, przez bagno nie przejdzie, łatwiej mu jechać po odwodnionym terenie. Jeśli pozwolimy bobrom spiętrzać wodę w kanałach, o których wspomniałem wcześniej, to ryzyko pożaru, a zwłaszcza pożaru torfowisk zmaleje. Pożary w nadziemnej części roślinności na bagnach są czymś naturalnym. Trzciny i trawy łatwo się zapalają. Wtedy jednak mieliśmy do czynienia z olbrzymim pożarem powierzchniowym, który w dodatku szybko się rozprzestrzeniał.

Czy jest finansowy pożytek z bobrów dla innych branż, np. turystyki?

– Są bardzo ciekawym gatunkiem do podpatrywania. Oferują to m.in. przewodniczy biebrzańscy. Zwłaszcza poza ptasim sezonem te wycieczki są popularne. Niedaleko Starego Sącza w widłach Dunajca i Popradu bobrowisko zaprojektowali architekci krajobrazu. Można z niego obserwować życie całego bagiennego ekosystemu.

Projekt był tak udany, że dostał nagrodę.

– Ciekawy edukacyjnie projekt, bo i bobry są interesującymi zwierzętami, które zajmują się w pewnym sensie inżynierią środowiska. Miłośnicy przyrody przekonują, że rozlewiska są malownicze i turyści będą nad nie przyjeżdżać ze względów krajobrazowych.

Można zakochać się w rozlewisku?

– Myślę, że tak. Rozlewiska wyglądają dziko, ściągają dzikie ptactwo, co przyciąga ornitologów, pojawiają się rzadkie i piękne rośliny.

embed