Kopalnie odkrywkowe, w których wydobywa się węgiel brunatny, zmieniają krajobraz na pustynny. Złoża trzeba osuszać zarówno przed, jak i w trakcie eksploatacji węgla, przez co tracimy podziemne zasoby wód, zwłaszcza słodkich - czyli tych do spożycia. A Polska zaliczana jest do krajów o małych zasobach: statystycznie na jednego Polaka rocznie przypada ok. 1600 m sześc. wody, czyli trzykrotnie mniej niż w pozostałych krajach UE. 

Potem już prawie nie ma odwrotu: wytwarzają się tzw. leje depresyjne, gdzie poziom wody może obniżyć się na stałe. Okolic kopalni nie da się już wykorzystywać dla rolnictwa. To oznacza osłabienie producentów żywności i straty dla rolników. W szerszej perspektywie pozbywamy się też terenów rolniczych, w przyszłości grozi nam niedobór żywności m.in. ze względu na utratę żyznych gleb.   

Marnowanie gleb

“Czy powinniśmy zamieniać kolejne tysiące hektarów użytków rolnych na cele nierolnicze (w tym górnicze) i leśne, gdy w perspektywie kilkudziesięciu lat podwoi się światowe zapotrzebowanie na żywność, a zmniejszanie się powierzchni dostępnych użytków rolnych jest już stałym trendem?” – pyta we wstępie raportu „Żywność czy węgiel – wpływ kopalń na sektor rolno-spożywczy w regionie Bełchatowa” dr Małgorzata Burchard-Dziubińska z Uniwersytetu Łódzkiego. Autorem dokumentu jest prof. Benedykt Pepliński z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. 

Burchard-Dziubińska martwi się, bo choć znane są negatywne skutki odkrywek, to planowane są kolejne. W nową kopalnię inwestować chce PGE w Złoczewie (Łódzkie), typowo rolniczym regionie. Burchard-Dziubińska przewiduje “postępujące osuszanie okolicznych terenów, utratę ich dotychczasowych ważnych funkcji oraz zmianę charakteru osadniczego i rolnego na tym obszarze”. 

Mimo protestów wielu mieszkańców lokalnym władzom zależy na budowie. Ponieważ decyzja o inwestycji się przeciąga, burmistrz Złoczewa Dominik Drzazga naciska na PGE, grożąc nawet, że grunt zostanie przeznaczony na inne cele.

W przypadku istniejących już kopalń mieszkańcy, aktywiści i rolnicy walczą o ich wygaszanie. Tak jest w przypadku odkrywki PGE Turów leżącej na Dolnym Śląsku, na styku trzech granic. Z badań Czechów wynika, że sucho w kranach z powodu dalszej pracy polskiej odkrywki może mieć nawet 30 tys. mieszkańców przygranicznych miejscowości. 

Walka z odkrywką

– Kopalnia i elektrownia w Turowie nie tylko należą do najgorszych emitentów dwutlenku węgla w całej Unii, ale także naruszają unijne przepisy dotyczące wody, pobierając jej ogromne ilości, co ma niepokojące konsekwencje dla społeczności krajów ościennych – mówi Jeremy Wates, sekretarz generalny EEB, w czerwcu podczas spotkania fundacji Rozwój TAK – Odkrywki NIE, Frank Bold Society i Europejskiego Biura Ochrony Środowiska (EEB).

Na skutek skargi bojących się o utratę wody Czechów Komisja Europejska sprawdza nawet, czy polski rząd naruszył unijne prawo, przedłużając kopalni koncesję. Do Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego trafił też list w sprawie negatywnego wpływu odkrywki podpisany przez kilkanaście tysięcy osób. 

Walka z odkrywkami trwa także w Wielkopolsce Wschodniej. W lipcu młodzi aktywiści z całej Polski protestowali w gminie Wilczyn przeciwko kopalniom firmy ZE PAK. – Mamy kryzys klimatyczny i musimy działać jak najszybciej, żeby odejść od spalania paliw kopalnych. A w tym regionie bardzo szybko postępuje degradacja środowiska. Z powodu kopalni wysychają jeziora i skutki suszy, którą mamy w Polsce, są tam jeszcze bardziej pogłębiane – mówiła Ola Polerowicz, rzeczniczka Obozu dla Klimatu.

Jedna z tamtejszych kopalń, Adamów, została właśnie zamknięta. Teraz obszar ma być rekultywowany z unijnego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Jego beneficjentem może być właściciel kopalni koncern ZE PAK (Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin).

Jak mówi Michał Hetmański z think tanku Instrat, wśród samorządowców i rolników pojawiają się wątpliwości, czy firma, która odwadniała te tereny na potrzeby swoich kopalń, dobrze wykorzysta pieniądze na rekultywację i naprawę wyrządzonych przez siebie szkód.

Kiedy koniec w Koninie?

Natomiast działanie drugiej kopalni, Konin, jest jeszcze przeciągane. – Realnie ma być wygaszona za kilka lat. Właściciel wspomina jednak też o dłuższych możliwych terminach, łącznie z najdalszym, dopiero w 2036 roku. Tymczasem kopalnia powinna być zamknięta jak najszybciej, aby dać zielone światło do rekultywacji terenu – mówi Hetmański.

Jezioro KownackieJezioro Kownackie Fot. Piotr Skornicki / Agencja G

Jak mówi, poziom wody na Pojezierzu Gnieźnieńskim spadł nawet o 4 m, głównie w ostatnich kilku latach. – Im wcześniej kopalnie zostaną zamknięte, tym szybciej będzie można przeprowadzić rekultywację i rozpocząć szereg inwestycji mających na celu przywrócenie stosunków wodnych – mówi.

Nim zobaczymy jednak efekty tej walki, może minąć około 15 lat. Ale w ramach działań tereny pokopalniane zostaną zalane: powstaną tam jeziora. – To pozytywny przykład na zmianę, która będzie szansą dla turystyki i gospodarki. Finalnie wróci też rolnictwo, ale już nie w tym wymiarze, co wcześniej – mówi.

Cyrkulacja wody 

Mariusz Proczek, dyrektor sprzedaży i rozwoju rynku przemysłowego w firmie Xylem Water Solutions Polska, tłumaczy, że odwodnienie kopalni może być wgłębne i powierzchniowe. To pierwsze jest dość rzadko stosowane w Polsce, ale tylko ono daje możliwość zwrócenia wydobytej wody. – W takim rozwiązaniu wokół wyrobiska stosuje się najczęściej wysokosprawne pompy głębinowe, które mają być barierą separującą wody gruntowe od wyrobiska – mówi. 

Prof. Jarosław Kaszubkiewicz potwierdza, że w rejonach budowy i eksploatacji kopalń odkrywkowych dochodzi do zaburzenie stosunków wodnych. Przejawia się to między innymi obniżeniem poziomu wód gruntowych i pogorszeniem zaopatrzenia roślin w wodę. Z kolei na obszarach, gdzie działają kopalnie głębinowe, skutkiem osiadania terenu – nieraz o kilka metrów – dochodzi do jego zawodnienia.

– W jednym i drugim przypadku grunty rolne ulegają degradacji, a zatem przestają pełnić swoją funkcję – mówi.

Złe melioracje

Kopalnie są więc potężnym źródłem utraty wody dla rolnictwa. Innym jest upadek systemów melioracyjnych. Kojarzą się źle, niemal wyłącznie z drenowaniem gleb. Dr Aleksandra Kardaś, popularyzatorka nauki i autorka “Książki o wodzie”, mówiła w czerwcowej rozmowie z “Pismem. Magazynem Opinii”, że w Polsce rozwiązania gospodarowania zasobami wody sprzyjają odwadnianiu, a nie nawadnianiu. – Kiedy kraj stawał na nogi po wojnie, chodziło o to, żeby jak największy obszar nadawał się pod uprawy. Osuszano więc tereny podmokłe i na masową skalę kopano rowy melioracyjne. Woda miała nimi jak najszybciej spływać do cieków i dalej do morza – mówiła dr Kardaś. 

Kaszubkiewicz przyznaje, że popełniono pewne błędy. – Niektóre gleby osuszano niepotrzebnie, na przykład gleby organiczne. Ale prawidłowo zbudowane systemy odwadniająco-nawadniające, w których można sterować wilgotnością gleb, pomagają – mówi ekspert.

W jaki sposób? Melioracje ograniczają erozję wodną gleby. Dzięki drenażowi gleba utrzymuje strukturę i jest lepiej napowietrzona. Ponadto na zdrenowanych glebach rośliny lepiej się korzenią i lepiej wykorzystują wilgoć. – Taka gleba utrzymuje wyższą temperaturę, dzięki czemu wydłuża się sezon wegetacyjny. Dopuszczenie do degradacji istniejących systemów melioracyjnych i ograniczenie nowych inwestycji w tym zakresie to błąd – stwierdza.

embed