Na mapie „Sporów o wodę” tworzonej przez amerykański think tank Pacific Institute jest już zaznaczonych ponad 900 punktów. Za każdym kryje się czas, miejsce konfliktu, czasami liczba ofiar. Od zniszczenia przez króla Asyrii armeńskiego systemu nawadniania, poprzez budowanie fos wokół Babilonu przez Nabuchodonozora, po pozbawienie Galów wody przez wojska Cezara woda już w wiekach przed naszą erą odgrywała strategiczną rolę na polach bitew. Jednakże ponad połowa konfliktów o wodę rozpoczęła się w ciągu minionej dekady.

Więcej ludzi, wody mniej

Dlaczego? Począwszy od 1960 roku, liczba ludności wzrosła z 3 038 mld do 6 895 mld w 2010 roku. W parze ze wzrostem populacji szedł rozwój wodochłonnych gałęzi gospodarki: przemysłu, energetyki czy rolnictwa. To sprawiło, że w ciągu półwiecza zapotrzebowanie na zasoby wodne na świecie  się podwoiło. Jednocześnie coraz częściej dochodziło do sytuacji, gdy w jednym kraju woda napędzała PKB, a w drugim ludność zaczynała borykać się z jej deficytem i umierała z pragnienia.

Naukowcy alarmują, że konflikty o wodę w następnych dziesięcioleciach będą coraz częstsze. Powód? Jak wynika ze wspólnego raportu UNICEF-u i Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) z ubiegłego roku, gwarancji dostępu do wody pitnej nie ma 2,2 mld ludzi na świecie, a 785 mln nie posiada nawet koniecznego do przeżycia minimum. W tegorocznym raporcie „World Water Development” eksperci ONZ wyliczają, że do 2050 r. od 4,8 do 5,7 miliarda ludzi będzie mieszkać na obszarach, na których brakuje wody przez co najmniej jeden miesiąc każdego roku. - Wszyscy wiemy, że niedobór wody może prowadzić do niepokojów społecznych, masowych migracji, a nawet do konfliktów wewnątrz krajów i pomiędzy nimi - zaznacza Audrey Azoulay, dyrektor generalna UNESCO, które współtworzyło raport. - Zapewnienie zrównoważonego wykorzystania zasobów planety jest niezbędne do zapewnienia długotrwałego pokoju i dobrobytu - podkreśla.

O tę równowagę będzie niezwykle trudno z kilku powodów. Po pierwsze, dlatego że będzie nas więcej. Według prognoz ONZ za 30 lat na Ziemi ma żyć już ok. 9,7 mln osób. Wzrost populacji nie będzie jednak równomierny, bo najwięcej ludzi przybędzie w krajach słabo rozwiniętych - tych, które już dziś zmagają się z kryzysem wodnym. Kluczowe znaczenie będzie miało nasilenie się - widocznych już dziś - skutków zmian klimatu. Długotrwałe susze w połączeniu z niszczycielskimi powodziami, podczas których dochodzi do skażenia źródeł wody pitnej, to największe zagrożenia, przed jakimi stanie nawet połowa ludzkości.

Lokalne napięcia, globalne konflikty

Z początku prowadzić będzie to do lokalnych napięć jak na przykład te w Indiach, gdy w 2018 roku z powodu braku wody w kilku miastach dostarczano ją beczkowozem. Wśród oczekujących na nią doszło do zamieszek, w których zginęły dwie osoby. Niedługo potem krwawo stłumione zostały protesty w Iranie wywołane niedoborami wody w południowej części kraju. 11 zabitych i 11 rannych - to z kolei bilans konfliktu „o wodę i ziemię” pomiędzy pasterzami a rolnikami w środkowej Nigerii.

Podobnych wydarzeń w ostatniej dekadzie było ponad 400, ale do międzynarodowych mediów przebijają się informacje o tych, które z lokalnych pojedynków eskalują przynajmniej do międzynarodowej próby sił. Najczęściej dochodzi do niej w rejonach najbardziej zagrożonych deficytem wody - w krajach Bliskiego Wschodu, gdzie na mieszkańca przypada rocznie około 1200 m sześc. wody, a także w Afryce Subsaharyjskiej, gdzie problem ten dotyka prawie jednej czwartej populacji.

Wojna z wodą w tle

Chociaż u podstaw konfliktu izraelsko-palestyńskiego leżą kwestie narodowościowe i religia, to nie bez znaczenia w całym sporze jest kontrola zasobów wodnych przez Izrael. Ten sprzedaje wodę zarówno swoim obywatelom, jak i Palestyńczykom, z tą różnicą, że Izraelczycy mogą liczyć na państwowe dotacje. Palestyńczycy zaś wydają na nią nawet połowę domowego budżetu. Coraz częściej poszukują wody na własną rękę, wykonując nielegalne odwierty. To z kolei prowadzi do zanieczyszczenia - już i tak ubogich - źródeł wody pitnej i kolejnych napięć pomiędzy dwoma narodami. Podobnie jak w przypadku Turcji, Syrii i Iraku, pomiędzy którymi iskrzy także za sprawą pogarszającej się jakości wód Eufratu, który przez nie przepływa. Obrazem, który najlepiej obrazuje nierówną bitwę o zasoby wodne w tym regionie, jest też wysychające Morze Martwe. Kiedyś zasilała go potężna rzeka Jordan, która dziś nadmiernie eksploatowana przez Izrael, Jordanię i Syrię, przez naukowców z Centrum Nauki Morza Martwego nazywana jest „potokiem”.

Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta

„Woda narzędziem pokoju”

Dalej na wschód niepokoje związane ze sporami o wodę są o tyle większe, że uczestniczą w nich tacy gracze, jak Indie, Pakistan i Chiny. "Nasz rząd zdecydował zatrzymać naszą część wód, która zwykle płynęła do Pakistanu. Zawrócimy wodę z rzek i skierujemy do naszych mieszkańców prowincji Dżammu i Kaszmir oraz Pendżabu" - taki wpis na Twitterze indyjskiego ministra transportu i zasobów wodnych Nitin Gadkariego postawił na równe nogi cały Islamabad. To od zasobów wodnych płynących z Indii zależy los rolnictwa, na którym opiera się gospodarka Pakistanu. Zeszłoroczne pogróżki Delhi były odpowiedzią na atak islamskich separatystów w Kaszmirze i jedną z odsłon konfliktu o ten region. Na razie dzielenie się wodą z górskich rzek między Pakistanem i Indiami reguluje traktat z 1960 roku, a Delhi go nie wypowiedziało. Szef ONZ Antonio Guterres zaapelował jednak do obu posiadających broń nuklearną krajów: „Woda musi być narzędziem pokoju, a nie narzędziem konfliktu. Jeśli jeden kraj uważa, że może rozwiązać problem, pozwalając innym znaleźć się w złej sytuacji, w końcu sprawy obrócą się przeciwko wszystkim”.

Indie uwikłane są jednak w konflikt wodny także z Chinami, z którymi dzielą się zasobami rzeki Brahmaputra. Pekin wybudował już na niej trzy tamy i w najbliższej dekadzie planuje postawić kolejne osiem. To budzi podejrzenia, że Chińczycy będą chcieli kontrolować dopływ wody do Indii, sprowadzając na sąsiedni kraj niszczycielskie powodzie albo klęski suszy. Napięcie wzrosło po czerwcowych starciach wojsk na granicy indyjsko-chińskiej. Delhi oskarżyło wówczas Pekin o zmianę biegu rzeki Galwan. W ten sposób Chiny miały powiększyć swoje terytorium kosztem Indii.

Nowe tamy na Brahmaputrze to niejedyna ofensywa Chin w wodnej próbie sił. Zbudowane przez nie 11 tam na rzece Mekong skutecznie reglamentuje dostęp do wody 60 mln osób z w Laosu, Myanmaru, Tajlandii, Kambodży i Wietnamu. Najbardziej katastrofalna od 50 lat susza nawiedziła ten region w ubiegłym roku. O jej wywołanie sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych, które podważają rosnące wpływy Chińczyków w  Azji Południowo-Wschodniej, oskarżył Pekin. Mike Pompeo zarzucił, że Chiny zatrzymały wodę w górze rzeki. Zarówno w sprawie Brahmaputry, jak i Mekongu Chińczycy konsekwentnie milczą lub zarzuty odpierają.

Do kogo należy Nil?

Zarówno Chińczycy, jak i Amerykanie swoje trzy grosze dorzucają także do wodnego sporu, jaki od dekady rozgrywa się na wodach Nilu. Zaczął się w 2010 r., kiedy Etiopia ogłosiła, że na Błękitnym Nilu zamierza zbudować największe w całej Afryce zaporę wodną i elektrownię. Władze z Addis Abeby chciały tym przypieczętować sny o potędze - nie przypadkiem więc wielką zaporę nazwano imieniem Etiopskiego Odrodzenia (GERD). Postawienie 150-metrowej przegrody może oznaczać odcięcie od życiodajnej wody Egiptu, dla którego każda susza oznacza problemy z zaopatrzeniem ludności w żywność. I podwyżki jej cen. Te przed 10 laty  były jedną z iskier zapalnych arabskiej wiosny, która w 2011 roku obaliła rząd Hosniego Mubaraka. To właśnie wtedy, gdy Kair zajęty był rewolucją, Etiopia rozpoczęła budowę tamy. W zeszłym roku miało nastąpić napełnienie nowego zbiornika, ale Egipt chciał, by Etiopczycy rozłożyli ten proces na kilka lat (najlepiej 12, Etiopia godzi się na pięć). Wtedy oba kraje zwróciły się o pomoc do USA i Banku Światowego. W skrócie: negocjacje przy udziale Donalda Trumpa skończyły się jeszcze głośniejszymi wojennymi pomrukami z Kairu i Addis Abeby, które trwają do teraz. „Jeśli trzeba będzie iść na wojnę, możemy wystawić na nią miliony” – zagroził premier Etiopii, pokojowy noblista Abiy Ahmed Ali. Co do tego mają Chińczycy? Firmy z Państwa Środka pomagały budować GERD, a teraz na Białym Nilu budują dla Ugandy nową tamę i elektrownię, która także ma napędzać gospodarkę szybko zaludniającego się kraju. Przy okazji Pekin realizuje plany swojej polityczno-ekonomicznej ekspansji w Afryce.

Kryzys u granic

Dalszą ekspansję - tyle że Rosji - z pomocą wody powstrzymać chce Ukraina. Zanim w 2014 roku doszło do rosyjskiej aneksji Krymu, około 85 proc. zasobów wodnych na ten stepowy półwysep dostarczane było z Dniepru Kanałem Północnokrymskim. Gdy wybuchła wojna, Ukraińcy postawili na kanale tamę. Od tego czasu kryzys wodny na Krymie zaczął się pogłębiać, czemu nie pomaga przestarzała infrastruktura ani tegoroczna rekordowa susza. Narastający deficyt wody zrodził groźbę militarnej próby rozwiązania tego kryzysu przez Rosję, która na Krymie ma swoją bazę wojskową. Na razie stanęło na próbach zdyskredytowania Ukrainy jako niewzruszonej na klęskę humanitarną mieszkańców Krymu oraz sprawdzaniu gotowości wojsk obu stron konfliktu.

Czy spory o wodę mogą pojawić się też Polsce? Prawdopodobieństwo lokalnych konfliktów jest o tyle duże, że nasz kraj jest w gronie tych, którym grozi deficyt wody. Dziś na jednego Polaka rocznie przypada 1800 m sześc. wody, na Europejczyka - 2,5 razy więcej.

embed