Tomasz Ulanowski: Czy Polska pustynnieje?

Dr hab. Andrzej Mikulski*: W naszej części świata zmiany klimatyczne manifestują się przede wszystkim coraz bardziej rozchwianą pogodą, w tym coraz mocniejszymi ulewami i długimi okresami suchymi. Akurat leje, więc wysychanie Polski może być trudne do zauważenia.

Aby skutecznie przeciwdziałać suszy, trzeba popatrzyć na zmiany zachodzące w dłuższym terminie, w perspektywie kilkunastu-kilkudziesięciu lat.

Modele klimatyczne prognozują, że rosnąca temperatura będzie powodowała coraz większe parowanie wody z powierzchni Ziemi oraz jeszcze większą nieregularność opadów, a w konsekwencji także stepowienie dużego obszaru naszego kraju. Choć opadów będzie prawdopodobnie więcej, to dostępnej wody – coraz mniej, bo ta nadmiarowa wyparuje lub spłynie szybciej do Bałtyku i nie damy rady jej zagospodarować.

Którym rejonom Polski może zabraknąć wody?

- Przede wszystkim tym, które już dziś najbardziej cierpią z powodu suszy, a więc Polsce środkowo-zachodniej. Ale byłem niedawno na Podlasiu i nawet tam – przy dużym zalesieniu, a lasy zatrzymują wodę – wysychają studnie.

Łatwiej odpowiedzieć na pytanie, które rejony naszego kraju prawdopodobnie nie będą w przyszłości się borykać z deficytem wody. Nie powinno jej zabraknąć tylko na południu i na Wybrzeżu. Góry stymulują znaczne opady, a klimat nadbałtycki też jest wilgotny.

Ogromnym problemem będzie również zmiana charakteru opadów zimowych. W Polsce coraz rzadziej będzie prószył śnieg. A to ważny naturalny rezerwuar wody. Zatrzymuje ją wtedy, kiedy rośliny „śpią”, i powoli oddaje wiosną, kiedy budzą się do życia. Ba, całkiem niedawno topniejący w górach śnieg nawadniał przyrodę jeszcze na przełomie wiosny i lata!

W przyszłości zimowe opady – deszczu i szybko topniejącego śniegu – spłyną do morza, niezatrzymywane przez wegetację.

Jezioro Kownackie, przykład katastrofalnie niskiego poziomu wody na Pojezierzu GnieźnieńskimJezioro Kownackie, przykład katastrofalnie niskiego poziomu wody na Pojezierzu Gnieźnieńskim Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta

Czyli będziemy mieli częściej takie zimy jak ta ostatnia? Kiedy najpierw długo nie padało, a potem lało?

- Prawdopodobnie tak. Będziemy więc musieli się zmierzyć, powtórzmy, z dwoma problemami: zwiększonym parowaniem i coraz szybszą ucieczką wody do morza.

Zatrzymujmy wodę w górach

Może przyroda do tych cieplejszych zim się przystosuje? Rośliny nie przerwą wegetacji i zagospodarują dostępną wodę?

- Na pewno częściowo tak. Zbiorowiska roślinne już się adaptują do zmian klimatycznych. Zmienia się struktura naszych lasów. Np. w wielu miejscach wymierają świerki, które źle znoszą suszę. Niedostatek wody od razu ich nie zabija, ale osłabia. Stąd m.in. ostatnia gradacja kornika drukarza w Puszczy Białowieskiej. Osłabione drzewa są bardzo narażone na patogeny czy na wiatr.

Natomiast czy dostosowanie się roślinności do zmian klimatycznych doprowadzi do większego zatrzymywania wody w ekosystemach? Nawet gdyby, to i tak będzie jej za mało, jeśli nie przestaniemy tym ekosystemom przeszkadzać. A najlepiej by było, gdybyśmy im pomogli.

W jaki sposób?

- Musimy zatrzymywać wodę już w górach. Za pomocą odpowiedniej szaty roślinnej.

Lasy Państwowe dużo mówią o retencji, ale często w kontekście budowania różnego rodzaju zbiorników, które nie zawsze mają sens. Tymczasem wystarczy po prostu zachować zdrowy, wielowarstwowy las.

Naturalne górskie lasy zatrzymują praktycznie całe opady. Słabszy deszcz dociera tylko do koron drzew. Ten mocniejszy jest przechwytywany przez niższe piętra lasu – od podszytu po ściółkę – i powoli spływa do wód gruntowych.

I o to chodzi – żeby woda opadowa wsiąkała w grunt, a nie od razu uciekała do rzek, którymi potem pędzi do morza. Podobną rolę w zatrzymywaniu wody spełniają torfowiska górskie czy drobne zbiorniki – ale nie na ciekach wodnych, tylko w bezodpływowych zagłębieniach terenu.

Przeznaczone do wycinki fragmenty Puszczy KarpackiejPrzeznaczone do wycinki fragmenty Puszczy Karpackiej Fundacja EuroNatur

Lasom Państwowym chyba bardziej zależy na drewnie.

- Niestety, podczas wycinki i wywożenia drzew zniszczeniu ulegają wszystkie piętra lasu, w tym gleba. Po takich gołych, porytych rynnami stokach woda płynie potokami.

Dlatego najlepiej by było, gdybyśmy górskie lasy zostawili w spokoju, przynajmniej wprowadzając zakaz wycinania starodrzewów. One mają ważniejszą rolę do spełnienia niż monokulturowe plantacje.

Przede wszystkim więc powinniśmy przestać niszczyć górskie lasy, a tam, gdzie są one zniszczone lub wycięte, pozwalać odnawiać się możliwie naturalnym ekosystemom. Wymaga to też pozostawiania w lesie martwego drewna. Spróchniałe pnie są wilgotne nawet wtedy, gdy wszystko wokół jest suche na wiór.

A poza tym?

- Także na nizinach musimy zrobić wszystko, żeby zatrzymać wodę tam, gdzie spadnie. Również dbając o lasy i mokradła, ale nie tylko. Jednym ze sposobów jest ogłoszony z pompą przed wyborami program „Moja woda”, w ramach którego Polacy mają dostawać dotacje do zakładania oczek wodnych. To bardzo dobry pomysł. Musimy promować wszelkie działania zmierzające do małej retencji. Także w miastach. Kiedy w Warszawie mocno pada, to poniżej Wisła wyraźnie się podnosi, bo deszcz spływa do niej kanałami. Czyste marnotrawstwo.

Przecież deszczówkę można bezpośrednio wykorzystać choćby do podlewania roślin, prania (jest miękka), zmywania czy spłukiwania toalet. Warto też pamiętać, że woda będzie drożeć. Już wkrótce łapanie wody zacznie się opłacać bez dotacji na zakładanie oczek wodnych.

Na olbrzymie zbiorniki retencyjne szkoda pieniędzy

Pan mówi o miliardzie małych działań na wielu poziomach – od indywidualnego do rządowego. Czy nie prościej łapać wodę w kilku dużych zbiornikach retencyjnych?

- Warto przeznaczać miliardy na państwowe programy, które inspirują ludzi do inwestowania i proekologicznych zachowań. Jeśli chodzi o retencję, to najskuteczniejsze są masowe, drobne działania.

Natomiast na olbrzymie zbiorniki retencyjne szkoda pieniędzy. Choć takie wielkie, bijące po oczach projekty dobrze się u wyborców sprzedają. W końcu rząd pokazuje, że intensywnie rozwiązuje nasze problemy.

Ale to tylko pozory. W rzeczywistości to wyrzucanie pieniędzy w błoto i prowokowanie nowych kłopotów.

Przede wszystkim zbiornik wodny nie może dobrze pełnić wielu funkcji jednocześnie – zatrzymywać wody i chronić przed powodzią, a także produkować energii elektrycznej i pełnić funkcji rekreacyjnych. Każda z tych funkcji wymaga innej konstrukcji i innego reżimu wodnego.

Zapora we Włocławku, w której znajduje się największa polska hydroelektrownia, nie zatrzymuje wody w Wiśle?

- Spiętrza ją, ale nie zatrzymuje. Woda przecież musi płynąć – żeby produkować prąd i dlatego, że jest potrzebna w niższym biegu Wisły. Podczas ulew wiele dodatkowej wody w zbiorniku włocławskim się nie zmieści. A podczas suszy zapora we Włocławku wręcz szkodzi. Niżówki, czyli niskie stany wody, są głębsze poniżej zapory niż te powyżej. Niedużo, ale jednak.

Warto też pamiętać o tym, że takie zbiorniki jak włocławski się nagrzewają i mocno parują. Podczas upału i suszy ze zbiornika zaporowego może uciec w powietrze nawet połowa wody, która do niego dopływa. I to w momencie, kiedy jest ona najbardziej potrzebna. To ogromna strata.

W końcu ta para wodna się skropli i wróci na powierzchnię Ziemi.

- Znaczna jej część (o ile nie cała) skropli się poza systemem wodnym, w którym wyparowała, nie wpływając na dotkliwość suszy.

Nawet typowy zbiornik retencyjny – budowany na rzece i monstrualnie drogi – retencjonuje wodę jedynie niewielkim fragmentem swojej objętości. Wyznacza ją różnica pomiędzy maksymalnym i minimalnym stanem wody w zbiorniku. Przy użytkowaniu ukierunkowanym wyłącznie na retencję taki zbiornik ma szansę wspomóc przepływ wody poniżej zapory ledwie przez kilka dni. A przecież my się borykamy z suszami trwającymi tygodnie i miesiące.

Dużo sensowniejsza i tańsza jest budowa wielu mniejszych systemów zatrzymujących wodę w gruncie – na polach, łąkach, w lasach. Państwo musi je wesprzeć, im szybciej, tym lepiej. Jednym z bardzo prostych i skutecznych pomysłów jest dopłata retencyjna dla rolników, połączona z akcją edukacyjną.

No i jest jeszcze kolejna rzecz, której nie powinniśmy robić. Nie powinniśmy wydobywać węgla brunatnego.

Bo to najbrudniejsze i mało energetyczne paliwo?

- Również dlatego. Ale jeśli chcemy przygotować się na problemy z wodą, to nie możemy ich pogłębiać, szczególnie w tych rejonach Polski, którym już zagraża susza. Kopalnie odkrywkowe, w których wydobywa się węgiel brunatny, drenują wody gruntowe na ogromnych obszarach, kierując je na powierzchnię i przyspieszając ich spływ do morza.

M.in. z tego powodu wysycha Pojezierze Gnieźnieńskie, rejon, w którym rodziła się polska państwowość.

*Dr hab. Andrzej Mikulski pracuje w Zakładzie Hydrobiologii Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Działa w utworzonym przez naukowców ruchu społecznym „Nauka dla przyrody”, gdzie zajmuje się wodą i mokradłami.

embed