Każdego roku statystyczny Polak wyrzuca w powietrze ok. 8 ton dwutlenku węgla pochodzącego ze spalania węgla, ropy i gazu podczas produkcji energii elektrycznej i cieplnej. Według danych Międzynarodowej Agencji Energii wszyscy mieszkańcy Polski odpowiadają razem za 306 mln ton rocznych emisji CO2*.

Dwutlenek węgla to jeden z najważniejszych gazów cieplarnianych, które utrzymując się w powietrzu i okrywając Ziemię niczym niewidzialna pierzyna, zatrzymują ciepło na naszej planecie. Klimatolodzy dowiedli też, że to CO2 jest cynglem prowokującym globalne ocieplenie (kiedy jego stężenie w atmosferze rośnie) i ochłodzenia (kiedy jego atmosferyczna koncentracja maleje).

Niestety, jest też gazem bezbarwnym. Niewidoczny ucieka więc z naszych kominów i rur wydechowych, ulatując do atmosfery, którą traktujemy jak ściek bez dna (choć dym i spaliny, pełne widocznych brudów i trucizn, też wielu nie przeszkadzają).

Emisje poza pojęciem

Trudno nawet sobie wyobrazić, ile to jest 8 ton lub 306 mln ton CO2. Obie liczby brzmią równie nierealnie.

Te większe, dotyczące całej Unii Europejskiej, USA, Chin czy świata, zupełnie uciekają naszemu intuicyjnemu pojmowaniu rzeczywistości. Ale dla porządku je podajmy, zmuszając nasze emocjonalne umysły do rozumowego wyrachowania.

W 2019 r. z rur wydechowych i kominów na całym świecie uleciało w sumie blisko 33 mld ton dwutlenku węgla (według wstępnych szacunków w tym roku, z powodu pandemii COVID-19, globalna emisja CO2 pochodząca z produkcji energii spadnie do ok. 30 mld ton). 28 proc. uniosło się w powietrze z Chin, 14 proc. z USA, 10 proc. z UE (z Wielką Brytanią), 7 proc. z Indii, a 5 proc. - z Rosji.

Unia chce wyeliminować emisję CO2 do 2050 roku. Polska jednym z czterech krajów, który mówi 'nie'Unia chce wyeliminować emisję CO2 do 2050 roku. Polska jednym z czterech krajów, który mówi 'nie' Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

Co się dzieje z dwutlenkiem węgla w atmosferze?

To akurat można zobaczyć. Stosowną i superostrą wizualizację - do obejrzenia na YouTubie - zawdzięczamy naukowcom z Centrum Badań Kosmicznych NASA im. Goddarda w Nowym Jorku. Uczeni stworzyli ją na podstawie opracowanego przez siebie komputerowego modelu atmosfery Ziemi, który w przybliżeniu odzwierciedla to, co naprawdę się dzieje nad naszymi głowami.

Wizualizacja pokazuje, że zdecydowana większość antropogenicznego (czyli pochodzącego z działalności ludzi) CO2 wędruje w powietrze z półkuli północnej. Zrozumiałe. To na naszej półkuli leży większa część lądów i większość ośrodków przemysłowych świata.

Prądy powietrze roznoszą jednak cieplarniany dwutlenek węgla po całej kuli ziemskiej. CO2, jak mówią fizycy atmosfery i klimatolodzy, dobrze się miesza w atmosferze. Naukowcy obliczyli, że lądy i ocean (w tym biosfera) pochłaniają mniej więcej połowę dwutlenku węgla, wyrzucanego przez ludzkość w powietrzny ściek. Druga połowa zostaje w atmosferze przez ponad 100 lat.

 

Mikroorganizmy i rośliny ciągle wykorzystują więc do fotosyntezy CO2, który ludzkość wyrzuciła w powietrze wiek temu. Niestety, nie nadążają z jego absorpcją, stąd zbiera się go w atmosferze coraz więcej.

Rozwój przemysłu, wybuch emisji

Badania dawnego klimatu, prowadzone m.in. dzięki odwiertom w lodowcach i lądolodach, pokazują, że przed wybuchem rewolucji przemysłowej w połowie XVIII w. stężenie dwutlenku węgla w atmosferze wynosiło ok. 280 ppm. Inaczej mówiąc, na każdy milion cząsteczek różnych gazów, z których mieszaniny składa się powietrze - możemy wyobrazić sobie te cząsteczki jako piłeczki pingpongowe - przypadało wtedy 280 czarnych cząsteczek CO2.

Obecnie, co wiemy już z bezpośrednich pomiarów, koncentracja dwutlenku węgla w powietrzu sięgnęła 413 ppm. Od wybuchu rewolucji przemysłowej wzrosła więc prawie o połowę.

Wykres pokazujący wzrost stężenia CO2 w atmosferze od roku 2005 do chwili obecnejWykres pokazujący wzrost stężenia CO2 w atmosferze od roku 2005 do chwili obecnej NASA/GlobalClimateChange

Jak rosła? To też można zobaczyć na YouTubie. Wizualizacja, pokazująca przeszło dwa i pół stulecia przemysłu, trwa ledwie minutę. Widać na niej rosnącą emisję CO2 w Wielkiej Brytanii, potem w Niemczech, Francji, USA itd. Dane sięgają 2006 r., w którym dwutlenek węgla ulatuje już z kominów i rur wydechowych prawie na całym świecie.

 

Tylko w ostatnim półwieczu wpompowaliśmy do atmosfery tyle dwutlenku węgla, co wcześniej przez dwa stulecia. To jeden z wyznaczników tzw. wielkiego przyspieszenia i antropocenu - epoki człowieka, której oficjalne zaznaczenie w międzynarodowej tabeli stratygraficznej porządkującej epoki, okresy i ery geologiczne w historii Ziemi postuluje część naukowców.

Z badań paleoklimatycznych wiadomo, że tak wysokiego stężenia CO2 w atmosferze Ziemi jak dziś nie było co najmniej od 800 tys. lat.

Jednocześnie, wraz ze wzrostem jego koncentracji w atmosferze, wzrosła średnia temperatura Ziemi. Od drugiej połowy XIX w. do dziś - o 1,28 st. C.

Mały skok, potężne zmiany

Mało?

Tak niewielkie, wydawałoby się, globalne ocieplenie wystarczyło, żeby doprowadzić do wielkich zmian klimatycznych, widocznych już nie tylko mędrca szkiełkiem i okiem, ale też gołym okiem przeciętnego Polaka.

A jedną z najgroźniejszych wśród tych zmian jest obserwowana w ostatnich latach i dekadach tzw. pogoda na sterydach, czyli wzrost mocy i częstotliwości ekstremalnych zjawisk pogodowych, w tym susz i powodzi.

Globalne ocieplenie, sprowokowane wzrostem stężenia dwutlenku węgla w atmosferze, rozregulowało obieg wody w przyrodzie. Cieplejsze powietrze powoduje szybsze parowanie zbiorników wodnych, gleby i oddawanie wody przez organizmy. Może też utrzymać więcej pary wodnej niż to chłodniejsze. A para wodna w powietrzu (sama będąca silnym gazem cieplarnianym, ale bardzo niestabilnym), także ta skroplona w chmurach, to istotny czynnik odpowiadający za klimat, pogodę (w tym opady) i cyrkulację atmosferyczną. - Chmury - jak wyjaśnia fizyk atmosfery prof. Szymon Malinowski - to maszyny parowe napędzające cyrkulacje atmosferyczne. Ciepło przemiany fazowej, kondensacji pary lub zamarzania wody zamienia się w energię kinetyczną ruchu powietrza. To źródło gwałtownych wiatrów podczas burz, a w skali globu źródło energii cyrkulacji globalnej.

Pompując więc w powietrze coraz więcej dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych, doprowadziliśmy do tego, że rozchwialiśmy klimat i dawne ekstrema pogodowe stały się naszą nową normą. Także w Polsce, która od dawna charakteryzuje się bardzo zmiennym klimatem poszczególnych miesięcy i jeszcze bardziej zmienną pogodą, zmienność pogody rośnie.

Odchylenia będą rosły

Tłumaczył to ostatnio na tych łamach klimatolog i hydrolog prof. Zbigniew Kundzewicz: - Odchylenia od średniej wieloletniej są coraz większe. Mamy obecnie częstsze susze. W dekadach 2010-19 i 2000-09 mieliśmy w Polsce po cztery lata z głęboką suszą, a w latach 90. i 80. – po dwa. Ekstremalne zjawiska pogodowe pojawiają się częściej i są bardziej intensywne. Innymi słowy – ekstrema zrobiły nam się bardziej ekstremalne. A dawne ekstrema to nasza nowa norma. Do tego susze częściej przeplatają się z ulewami i powodziami.

Co gorsza, te odchylenia - a więc i związane z zaburzeniem obiegu wody w przyrodzie ekstremalne zjawiska pogodowe, w tym susze i powodzie - będą rosły wraz z globalnym ociepleniem.

Klimatolodzy szacują, że dwukrotny wzrost stężenia dwutlenku węgla w atmosferze oznacza wzrost średniej temperatury Ziemi o średnio 3 st. C. Dwukrotny wzrost atmosferycznej koncentracji CO2 prawdopodobnie osiągniemy jeszcze w XXI w. - bo mimo dwóch traktatów klimatycznych, podpisanych w ostatnich dekadach i mających przyhamować emisję dwutlenku węgla, ta emisja ciągle rośnie.

Zmiany klimatu oznaczają wzrost przemocy

Obecnie jeszcze nie doświadczamy pełnych efektów globalnego ocieplenia o 1,28 st. C, bo z powodu różnych sprzężeń zachodzących w przyrodzie zmiany klimatu są opóźnione w stosunku do wzrostu średniej temperatury Ziemi. Ale kiedy ocieplenie sięgnie 3 st. C, kolejne pokolenia będą żyć w świecie klimatycznie, a nawet geograficznie (wzrost poziomu oceanu) mocno różniącym się od obecnego.

Warto przy okazji przypomnieć, że 20 tys. lat temu podczas szczytu ostatniego zlodowacenia, kiedy lądolód pokrywał połowę terytorium dzisiaj zajmowanego przez Polskę, średnia temperatura Ziemi była "tylko" o 5 st. C niższa od obecnej.

Zmiany klimatu prawie na pewno sprowokują więc mocne zawirowania polityczno-migracyjne i przyczynią się do wzrostu przemocy, zarówno tej zorganizowanej (wojennej), jak i spontanicznej. Ich wielka część będzie związana z dostępem do wody pitnej.

Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta

Jak więc mamy przed nimi się bronić?

Cała ludzkość musi solidarnie ograniczyć emisję gazów cieplarnianych. Przede wszystkim dwutlenku węgla, pompowanego do atmosfery podczas spalania paliw kopalnych (ale także drewna). Solidarnie, a więc niekoniecznie wszystkie kraje naraz i w takim samym tempie. Rolę lidera muszą wziąć na siebie te państwa, które rozpętały rewolucję przemysłową i odpowiadają za historycznie największe emisje CO2 (Wielka Brytania i kraje UE, USA, Rosja). Do nich powinny dołączyć te, których emisje mocno urosły w ostatnich dekadach (Chiny, Indie).

Nie ma ku temu innej drogi jak przestawienie światowej gospodarki na czystsze źródła energii niż węgiel, ropa i gaz. Zielone źródła już mamy, musimy tylko intensywniej z nich korzystać. To źródła odnawialne jak słońce, wiatr czy woda, ale także energia atomowa. W niedługiej przyszłości może je uzupełnić, a może i zastąpić, energia termojądrowa - a więc kontrolowane rozpalenie maleńkich słońc bezpośrednio na Ziemi.

Jednocześnie musimy się przystosować do zmian, które sami sprowokowaliśmy i których w najbliższych dekadach nie uda nam się zatrzymać (możemy je jedynie przyhamować).

Łapać wodę tam, gdzie spadnie

Powinniśmy więc chronić tereny zielone, szczególnie w betonowych miastach, które są o kilka stopni cieplejsze niż tereny wiejskie i o wiele bardziej narażone na efekty zmian klimatycznych - ulewne opady, powodzie, a także fale upałów i susze. Zieleń, przede wszystkim drzewa, to naturalne pułapki na wodę - wchłaniają ją, kiedy jest jej nadmiar, i oddają, kiedy powietrze jest suche.

Jak powtarzają hydrolodzy, musimy łapać wodę tam, gdzie spadnie - zamiast odprowadzać ją czym prędzej do Bałtyku, jak teraz. Co więcej, drzewa zapewniają naturalną klimatyzację. Nie tylko ocieniają, ale chłodzą okolicę także dzięki temu, że są wilgotne (a woda ma - szczególnie w porównaniu z powietrzem - olbrzymią pojemność cieplną).

Kiedy w upalny dzień temperatura asfaltu sięga 52 st. C, chodnika 43 st., odkrytego trawnika 35 st., a powietrza w cieniu 32 st., to pod drzewem panuje znośne 28 st. C.

Niestety, powyższych zmian nie da się wprowadzić w pojedynkę. Oszczędzanie wody i zmniejszenie śladu odbijanego w przyrodzie przez niektórych ludzi jest chwalebne, ale nie zmieni tego, jak na przyrodę, w tym na klimat Ziemi, wpływa cała ludzkość.

Musimy zmienić się w sposób zorganizowany. Przewartościować system, w którym żyje obecnie zdecydowana większość ludzi. I według którego, w skrócie - chciwość jest fajna.

Chciwość nie jest fajna. Jest zabójcza.

Z drugiej strony system sam się nie zmieni. Co - w tym wypadku - pocieszające, zmienić mogą go właśnie pojedynczy ludzie.


 

embed