Wodę trzeba łapać, gdzie się da. Dla rolnictwa ważna jest mała retencja, czyli zatrzymywanie wody na przykład w oczkach wodnych na polach i czy w lasach. Jak czytamy w Alercie Wodnym stworzonym przez think tank Open Eyes Economy, warto też przywrócić funkcje retencyjne na 6,5 mln ha terenów zmeliorowanych w ubiegłych dziesięcioleciach.

"Mamy ponad 250 tys. km rowów melioracyjnych, które odprowadzają stale wodę do rzek, zamiast przytrzymywać ją na polach. Tylko około 10 proc. z nich ma funkcjonujące zastawki umożliwiające zatrzymywanie wody" - czytamy w dokumencie.

Woda w mieście

Wodę powinniśmy zatrzymywać również w miastach. - Generalnie systemy zbierające wodę na nowych terenach przeznaczonych na potrzeby mieszkaniowe buduje się po to, aby odwadniać jezdnie, pozostawiając kwestię zagospodarowania wody deszczowej na posesji w gestii inwestora. Mogą one wspomagać sieci kanalizacyjne, które stają się niewydolne podczas nawalnych deszczy. Wodę można potem powtórnie wykorzystać do nawadniania, zamiast traktować jak coś, co przeszkadza - mówi Agnieszka Wrzesińska, menedżer produktu systemy zagospodarowania wody deszczowej w firmie Wavin zajmującej się produkcją systemów instalacyjnych. 

Znacznie trudniejszym tematem jest duża infrastruktura, jak zbiorniki retencyjne i przegrody na rzekach budowane głównie po to, by piętrzyć wodę dla żeglugi. Ale funkcji mają więcej. Budowle te mają też duże znaczenie w kontekście działań dotyczących suszy i powodzi. Ale spotykają się głównie z krytyką ze względu na negatywny wpływ na środowisko. Grodzenie rzek, choćby budować przepławki, utrudniają na przykład migracje ryb. No i sama infrastruktura, zwłaszcza na tych bardziej dzikich rzekach na wschodzie kraju, w wyobraźni wielu to ekologiczna katastrofa.  

Zły klimat wokół takich inwestycji był już za poprzednich rządów, natomiast najsilniejszy sprzeciw ma miejsce za rządu PiS. Plany dotyczące rozwoju infrastruktury zostały upolitycznione i przeciwko nim są już nie tylko organizacje związane z ekologią, ale też duża część społeczeństwa. Rząd zaproponował bowiem inwestycje na dużą skalę, może nawet przewyższającą ambicje o Centralnym Porcie Komunikacyjnym. Obie inwestycje są bardzo drogie i nie ma przekonujących dowodów o ich ekonomicznym sensie. Co nie znaczy, że na rzekach nie powinno być żadnej infrastruktury.

Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta

Nie wszystko odwrócimy

Przeciwieństwem polityki wodnej, która zakłada, że aby skutecznie kontrolować poziomy wód, konieczne są duże inwestycje, jest zgoda na to, by rozlewały się, gdzie chcą. Naukowcy też są zgodni, że wszędzie, gdzie się da, rzeki powinny móc swobodnie się rozlewać w razie wyżówek, tak by potem nie zalewać terenów zabudowanych.

Są obszary, gdzie można byłoby zlikwidować wały powodziowe, przywrócić tereny zalewowe i odtworzyć meandrowania cieków. Problem w tym, że na wielu terenach w Polsce jest już jednak za późno, by pozwolić rzekom na całkowite rozprężenie. Przede wszystkim zabudowaliśmy brzegi wielu z nich. Gdyby teraz nie regulować poziomów wody infrastrukturą, miejscowości nad rzekami zostałyby zalane. 

W dużej mierze nie da się też cofnąć przegradzania rzek. Prof. Mirosław Wiatkowski z wrocławskiego Uniwersytetu Przyrodniczego tłumaczy, że powinniśmy budować nawet więcej przegród, bo wody z opadów mamy mało. - Nie ma innej rady, niż budować zastawki i stopnie na ciekach, by wodę móc zatrzymywać i dostarczać ją użytkownikom, rolnictwu, energetyce i do spożycia - mówi Wiatkowski. 

Patowa sytuacja jest z kolei na Odrze poprzegradzanej do połowy długości, bynajmniej nie po to, by nawadniać lasy (ta funkcja dzieje się przy okazji), ale po to, by możliwa tam była żegluga. Dla niej Niemcy zbudowali większość odrzańskich stopni wodnych (jazy, czyli przegrody, i śluzy do przepraw łodzi). Rząd PiS chciałby budować kolejne stopnie, by żeglugę przywrócić, choć nie stoi za tym rachunek ekonomiczny – inwestycje w transport rzeczny są znacznie droższe niż np. rozwój transportu kolejowego, a ilość towarów, jaką można przewieźć - minimalna. Głupi pomysł? Według wielu hydrologów budowy przegród nie można zatrzymać. 

Dlaczego? Przegrody na rzece działają tak, że przytrzymują wodę na w miarę stabilnym poziomie. Ale gdy ta kaskada stopni się kończy, za ostatnią z nich poziom wody gwałtownie się obniża. I tam roślinność i lasy w okolicy wysuszają się. Bywa, że trudno przepłynąć tamtędy nawet kajakiem, nie uderzając wiosłem w głazy i pnie drzew na dnie.

– Zupełnie nie zgadzam się z tym sposobem myślenia. Retencja międzykaskadowa jest ubocznym efektem inwestowania w rozwój żeglugi śródlądowej – komentuje Paweł Augustynek z Koalicji „Ratujmy rzeki”. – A inwestowanie w żeglugę w Polsce nie ma sensu, bo może ona przewieźć promil towarów. Zresztą zapora we Włocławku nijak nie rozwiązuje problemu suszy na Kujawach. To pokazuje, że wielkie inwestycje nie są dobrym pomysłem dla rolnictwa.

Tama we WłocławkuTama we Włocławku Fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta

Nie uciekniemy od inwestycji 

Do tego, jeśli obniża się poziom wody, to nie podpiera ona jazu i budowla grozi zawaleniem. Jedynym rozwiązaniem jest budowa kolejnej zapory, która spowolni nurt i podniesie poziom wody. I tak aż do czasu, gdy teren się wypłaszcza, nurt spowalnia i wody w rzece nie trzeba już spiętrzać. Wniosek? Budowa stopni wodnych szkodzi, ale jej brak - też. 

- Od stopni wodnych po prostu nie uciekniemy. Nie ma innego wyjścia, niż kontynuować ich budowę - mówi Wiatkowski. Trudno jednak nie zauważyć paradoksu: trzeba budować drogą infrastrukturę dla żeglugi, której... prawie nie ma.

Że wpływ stopni wodnych na środowisko nie jest jednoznacznie zły, potwierdza też Zbigniew Kundzewicz, hydrolog i klimatolog w Zakładzie Klimatu i Zasobów Wodnych Instytutu Środowiska Rolniczego i Leśnego PAN w Poznaniu. - Wciśnięcie rzek w gorset obwałowań, a czasem w betonowe koryto, z odcięciem obszarów zalewowych, sprawia, że woda spływa szybciej do morza. Stopnie wodne hamują ten spływ, przytrzymując wodę. Tak powstały zbiornik poprawia stosunki wodne, podwyższając poziom wód gruntowych - mówi.

Ale zaznacza, że według niego plany budowy kaskady wodnej na Wiśle to niezbyt dobry kierunek. - Na Odrze żegluga była zawsze. Ale siłą wschodu Polski jest natura. Moim zdaniem nieregulowana Wisła to powód do dumy - mówi. W planach rozwoju jest Warszawa jako port żeglugi śródlądowej. - Ale to planomarzenia. Wody w Wiśle jest za mało - mówi Kundzewicz. 

Na łódki i na suszę 

Wodę gromadzą też zbiorniki retencyjne na rzekach. Często nie wiemy o tej funkcji, a kojarzymy je z tym, że latem kąpiemy się w nich i pływamy na nich żaglówkami. To zbiorniki takie jak Nysa, Solina, Otmuchów i Turawa czy Sulejów. Też mają zapory, dzięki czemu zatrzymują wodę i mogą przeciwdziałać suszy w swojej okolicy, a także zasilać rzeki w wodę. Zbiorniki retencyjne też chronią przed powodzią - mają rezerwę na nadwyżki. Ta funkcja była wykorzystywana w czasie ostatnich nawalnych deszczów. Zbiorniki zbierały wodę, a teraz ją zrzucają do rzek. 

- Gdyby nie przytrzymywały wody i trafiłaby bezpośrednio do rzek, to wystąpiłaby z brzegów i podtopiła okoliczne tereny. Zwłaszcza mniejsze cieki nie poradziłyby sobie. Dzięki infrastrukturze wodę można oddać rzekom dopiero wtedy, gdy ją zretencjonują - tłumaczy Wiatkowski. 

Gdy rezerw potrzeba więcej niż w zbiorniku retencyjnym, buduje się tzw. suche zbiorniki (lub poldery). Wody się w nich nie gromadzi, by rezerwy na falę powodziową były jak największe. Buduje się takie na terenach górskich.  

Jedną z najważniejszych takich budowli jest zbiornik Racibórz zaplanowany po powodzi w 1997 roku. Bez niej aż do teraz nie można było gwarantować bezpieczeństwa powodziowego nadodrzańskich miejscowości aż do Wrocławia. Inwestycja właśnie się zakończyła - otwarcie było we wtorek - po wielu latach opóźnienia. 

Zbiornik Racibórz DolnyZbiornik Racibórz Dolny Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie Gliwice

Jak mówią eksperci, zbiorników retencyjnych i suchych potrzeba więcej, m.in. w zlewni górnej Wisły, a także w Kotlinie Kłodzkiej.

– Na przykładzie Raciborza widać jednak, jak trudno odejść od starego typu myślenia, w którym dominuje przekonanie, że im więcej betonu, tym lepiej – komentuje Paweł Augustynek. – Sama idea budowy suchego zbiornika jest jak najbardziej słuszna. Ale zamiast podwyższać koronę wału, lepiej było zainwestować w wykup gruntów, żeby woda mogła rozlewać się jak najszerzej.

Augustynek jest jednak optymistą. – Obserwuję od lat dyskusję o wielkiej infrastrukturze w innych krajach. Wiedza, że tam, gdzie to możliwe, trzeba rozsuwać wały, budować suche zbiorniki i stosować rozwiązania mniej radykalne niż tamy czy przegrody, jest coraz powszechniejsza. Nigdy nie jest za późno, by oddać rzece jak największy teren. Z niektórych elementów dużej infrastruktury nie zrezygnujemy, powinniśmy jednak szukać za wszelką cenę innych rozwiązań - uważa.

embed