embed

44 polskie miasta we współpracy z Ministerstwem Środowiska biorą udział w projekcie, którego celem jest opracowanie planów adaptacji do zmian klimatu. Pod koniec maja prezydenci dwunastu największych polskich miast zrzeszonych w Unii Metropolii Polskich podpisali deklarację o priorytetowym traktowaniu redukcji emisji gazów, działań zapobiegających zmianom klimatu oraz przeciwdziałaniu suszy. Susza uznana została za jedno z największych wyzwań: powoduje nie tylko problemy z zaopatrzeniem w wodę, ale i może powodować niedobory energii elektrycznej, wysychanie miejskiej zieleni czy wzrost cen żywności.

Problem został więc zdefiniowany i zauważony na najwyższych szczeblach. Co dalej?

Retencja, retencja i jeszcze raz retencja

- Przede wszystkim retencja. Powie to praktycznie każdy hydrolog i specjalista zajmujący się wodą - mówi dr hab. Andrzej Wałęga z Wydziału Inżynierii Środowiska i Geodezji Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie oraz prezes Stowarzyszenia Hydrologów Polskich. I zaznacza, że to z jednej strony sposób na poradzenie sobie ze skutkami suszy i ograniczenie zużycia wód podziemnych, z drugiej zaś zwiększenie ochrony przed podtopieniami w czasie ulewnych deszczy.

- Wody opadowe to nie odpad, ale zasób, który możemy ponownie wykorzystać. Zarówno w czasie suszy, jak i na co dzień, do podlewania ogródka, mycia samochodu, a po podczyszczeniu nawet do prania czy spłukiwania toalety - tłumaczy. - Z drugiej strony gromadzenie wody opadowej pozwala na złagodzenie negatywnych skutków uszczelniania miast i nieprzemyślanego zagospodarowania przestrzeni. Choć możliwości terenowe są ograniczone, brak odpowiednich regulacji oraz zrozumiała chęć wygodnego mieszkania w mieście powoduje, że obok siebie budują się kolejne osiedla, wielkie betonowe place, parkingi i arterie komunikacyjne. Szczelna zabudowa zastępuje tereny, które od wielu lat pozostawały naturalne, a co za tym idzie zapewniały pewną równowagę pomiędzy ilością dostarczanej w postaci opadów deszczu wody a jej stratami.

Prof. Wałęga porównuje ten mechanizm do gąbki. Jeśli gąbka jest sucha i polejemy ją wodą, większość wsiąknie, wypłynie tylko jej nadmiar. Podobnie zachowuje się ziemia.

- Nieumiejętnie uszczelniając zabudowę tę naturalną gąbkę tracimy. I woda po prostu nie ma gdzie wsiąkać - mówi. - Ten proces trzeba odwrócić, dać możliwość, by ten opad nawet w terenie uszczelnionym miał gdzie być gromadzony i odprowadzony do gruntu. Stąd konieczność retencji.

Wielki projekt deszczówkowy

W porównaniach do gąbki prof. Wałęga nie jest odosobniony. Nie bez przyczyny wprowadzony w Bydgoszczy program małej retencji określa się mianem "tworzenia miasta-gąbki". Bydgoszcz była jednym z pierwszych polskich miast, które zdecydowało się wprowadzić wielki projekt deszczówkowy. Miejskie Wodociągi i Kanalizacja przygotowały zestawienie rozwiązań pozwalających na gromadzenie wody z terenów domów jedno- i wielorodzinnych, ale też parków, placów, dróg i parkingów. Wśród propozycji były m.in.

- przydomowe zbiorniki na deszczówkę,

- stawy hydrofitowe (zarośnięte roślinnością zbiorniki, które zatrzymują nadmiar wody i wychwytują zanieczyszczenia)

- korytka spływowe (odprowadzają wodę do stawów i oczek wodnych)

- skrzynki rozsączające (stopniowo uwalniają wodę do gruntu)

- pasaże roślinne,

- rewitalizacja miejskich cieków

- stosowanie powierzchni przepuszczalnych zamiast asfaltu czy kostki brukowej.

Projekt dostał 130 mln zł dofinansowania, a urzędnicy od początku podkreślali, że sprawa ma niebagatelne znaczenie - nie tylko ze względu na zmiany klimatu, ale i fakt, że kilka lat temu 18 proc. bydgoskich budynków było zagrożonych podtopieniem i zalaniem.

Retencja w Bydgoszczy.Retencja w Bydgoszczy. MWiK BYDGOSZCZ

Łapać wodę każdy może

- To, jakie rozwiązanie wybierzemy, zależy od wielkości działki, warunków wodno-gruntowych oraz tego, z jakiej powierzchni zbieramy wodę, czyli m.in. wielkości dachu - mówi Agnieszka Wrzesińska, menadżer produktu systemy zagospodarowania wody deszczowej w firmie Wavin zajmującej się produkcją systemów instalacyjnych. Jak podkreśla, możliwości jest wiele, a ich koszty wcale nie są duże. Na przykład jeśli mamy niewielki dach, wystarczy nam zwykła beczka.

Obok domu możemy z kolei stworzyć oczko wodne i, jeśli mamy do czynienia z gruntem przepuszczalnym, rozszczelnić jego dno i nasadzić odpowiednią roślinność, która z wody zbierającej się w oczku będzie korzystać. Jak podkreśla Wrzesińska, w internecie z łatwością znajdziemy instrukcje i katalogi roślinności.

Kolejnym rozwiązaniem są oczywiście zbiorniki retencyjne. Agnieszka Wrzesińska:

Tu możliwości jest już bardzo dużo. Trzeba tylko pamiętać, że zbiornik, szczególnie przy deszczach nawalnych, może się przepełnić. Choć to mało prawdopodobne, powinniśmy przygotować się i na taką ewentualność, instalując specjalne pompy lub skrzynki rozsączające. Ważne jest też podczyszczanie wody, nawet jeśli będzie nam służyła wyłącznie do podlewania. Nie jest brudna, chodzi tylko o to, by nie zamuliły się nam skrzynki, a niewielkie zanieczyszczenia nie wpływały na pracę układów nawadniających lub pomp w zbiornikach retencyjnych.

Najpierw deszcz, potem susza

W zeszłym roku ze swoim programem "Złap deszcz" ruszył też Wrocław, proponując swoim mieszkańcom 5 tys. zł dofinansowania na budowę studni, instalacji do gromadzenia wody z dachów, czy ogrodów deszczowych. Dodatkowo w ramach konkursu do wrocławian trafiły specjalne pojemniki do łapania deszczówki.

- Zmieniający się klimat sprawia, że coraz częściej jesteśmy świadkami ekstremalnych zjawisk pogodowych, od ulewnych deszczy po długotrwałe susze. W mocno rozbudowanych miastach generuje to problemy nadmiernego nagrzewania oraz braku wody dla roślin, coraz mniej wody też wsiąka w ziemię - tłumaczył przed startem programu wiceprezydent Wrocławia Adam Zawada.

Własny program opracował też m.in. Gdańsk.

- Gdańsk jest miastem, które pod tym względem w Polsce poszło najdalej, a rozwiązania zarówno z zakresu retencji tradycyjnej, jak i tej "małej", są tam od kilku lat dokładnie planowane i wdrażane - mówi dr inż. arch. krajobrazu Joanna Rayss, współwłaścicielka Zieleniarium Rayss Group. Jak podkreśla, pierwszym krokiem do wdrożeń był panel obywatelski, podczas którego mieszkańcy zdecydowanie opowiedzieli się za tego typu rozwiązaniami. Miasto szybko przeszło więc od słów do czynów, m.in. powołując stanowisko specjalisty ds. małej retencji w miejskiej spółce komunalnej Gdańskie Wody (przez 2 lata pełniła je dr Rayss) i tworząc długoterminową strategię w postaci "Gdańskiej Polityki Retencji Miejskiej".

W ramach programu przeprowadzono kilka działań pilotażowych, stworzono też specjalne poradniki dla mieszkańców. Podstawą do ich stworzenia były własne doświadczenia - miasto wyszło bowiem z założenia, że zanim będzie apelować do obywateli, powinno dać odpowiedni przykład. I tak w Gdańsku zaczęły powstawać tzw. deszczowe ogrody, które nie tylko z powodzeniem mogą zastąpić starannie wypielęgnowane i uporządkowane miejskie grządki, ale i zwiększyć retencję w mieście.

- Taki ogród to po prostu odpowiednio ukształtowana rabatka, w której może zbierać się deszczówka - tłumaczy dr Rayss. - Podstawą jest dobór roślin, które lubią wodę oraz stworzenie niewielkich zagłębień retencyjnych o odpowiedniej pojemności. W ten sposób zieleń nie tylko zbiera wodę, ale przy zastosowaniu kojarzonego zwykle z polami uprawnymi nawadniania podsiąkowego, jest w stanie nawodnić także roślinność znajdującą się w pobliżu.

Staw na osiedlu Beauforta w GdyniStaw na osiedlu Beauforta w Gdyni Rayss Group

Nie tylko trzcina

Jak podkreśla architekt, wbrew pozorom zaprojektowanie ogrodu deszczowego wcale nie jest skomplikowane. Wskazówki co do pojemności zagłębień można uzyskać od zajmujących się meteorologią i wodą służb lokalnych, a roślinność dobrać w zależności od własnego gustu. Paleta roślon lubiących okresowo większą ilość wody jest szeroka. - To naprawdę nie musi być trzcina i naturalizm, mogą to być rośliny i projekty znacznie bardziej eleganckie i dopasowane do otoczenia - mówi dr Rayss.

Jej rozwiązania udało się wprowadzić m.in. na jednym z gdańskich podwórek otoczonym blokami komunalnymi z lat 70-tych na gdańskich Stogach. Około 1,5-hektarowa powierzchnia lata temu została przez mieszkańców zasypana różnego rodzaju materiałami (jak np. gruz), które doprowadziły do uszczelnienia, skutkiem czego każdy ulewny deszcz kończył się błotem i zalegającą wodą. Z pomocą swoich studentów, lokalnych aktywistów oraz przy współpracy miejskiej jednostki zarządzającej podwórkami komunalnymi udało się jednak przestrzeń zagospodarować.

- Tym projektem udowodniliśmy, że istnieje alternatywa, że da się odwodnić podwórka za pomocą zieleni, jednocześnie zapewniając mieszkańcom komfort poruszania się i parkowania. Część powierzchni pokryliśmy kostką brukową, kompensując to utworzeniem przestrzeni zielonych w formie zagłębień i niecek - tłumaczy dr Rayss.

Takie rozwiązania zaczynają też wprowadzać deweloperzy. Przykład - Pogórze na przedmieściach Gdyni, gdzie powstaje kolejny etap osiedla z ogrodami deszczowymi projektu dr Rayss, czy także jej autorstwa Osiedle Zielony Południk w Gdańsku, gdzie z założenia cała ilość przewidywanego statystykami deszczu pozostaje na osiedlu.

- Zastosowane tam niecki z trawą i rabaty wielogatunkowe nie tylko wyglądają estetycznie, ale i skutecznie zastępują podziemną infrastrukturę retencyjną, która jest w dodatku droższa. A nie da się ukryć, że zarówno przy inwestycjach publicznych, jak i prywatnych, koszty odgrywają dużą rolę - mówi architekt.

Nie kosić trawników!

Swoje projekty związane z łapaniem deszczówki i wprowadzaniem małej retencji tworzą też inne polskie miasta, m.in. Kraków, który już od 2014 r. udziela dotacji na ten cel. W ciągu 5 lat na realizację tego programu przeznaczono ponad 3 mln zł, wciąż składane są kolejne wnioski.

Kraków coraz więcej uwagi przykłada też do miejskiej zieleni. Choć często spotyka się to z niezrozumieniem mieszkańców, Zarząd Zieleni Miejskiej podjął m.in. decyzje o ograniczeniu koszenia traw, co pozwala ograniczyć konieczność ich podlewania. - Prosimy o wyrozumiałość. Nasze siły koncentrujemy w tej chwili na przeciwdziałaniu negatywnym skutkom suchej wiosny - mówił na początku czerwca dyrektor jednostki Piotr Kempf, dodając, że najbliższe plany zakładają też zwiększenie retencji wody. - Wszystkie przygotowane i realizowane projekty będą wykorzystywały w jak największym stopniu wodę opadową - zapewnia.

- Musimy pamiętać, że niekoszone trawniki, w porównaniu z tymi nisko koszonymi, bardziej efektywnie chłodzą i nawilżają lokalnie powietrze oraz wyłapują z niego zanieczyszczenia. Są też bardziej odporne na suszę bez konieczności częstego nawadniania - podkreśla dr Zofia Prokop, pełnomocniczka dziekana Uniwersytetu Jagiellońskiego ds. kryzysu klimatyczno-ekologicznego.

Od kilku lat na terenie całego Krakowa powstają też łąki kwietne, które mają być alternatywą dla starannie wystrzyżonych trawników i uporządkowanych kwiatowych rabat.

- Trzeba pamiętać, że równo wycięty zielony trawniczek nie przeżyje bez intensywnego nawadniania, a o to na terenach mocno zurbanizowanych wyjątkowo trudno. Konieczne staje się więc jego samodzielne podlewanie, co, szczególnie w wypadku suszy, jest oczywistym marnotrawstwem wody - podkreśla dr Rayss.

Moda na zielone dachy

Wśród innych rozwiązań coraz częściej spotykanych w polskich miastach są też tzw. ażurowe parkingi umożliwiające wsiąkanie wody w glebę, czy zielone dachy, konstrukcje imitujące naturalne podłoże zastępujące tradycyjnie stosowane dachówki czy blaszane pokrycia. Choć zdawać by się mogło, że tego rodzaju dach to po prostu nowa deweloperska moda, jest to rozwiązanie konstrukcyjnie skomplikowane, a jednocześnie powierzchnia biologicznie czynna. A więc również wchłaniająca wodę, zamiast tylko ją doprowadzać do rynny, a następnie kanalizacji.

- Stosowane są tu różne rozwiązania, które w Polsce intensywnie bada m.in. Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu - mówi prof. Wałęga. - Jak się okazuje, niektóre z nich pozwalają na zatrzymanie nawet ok. 60 proc. rocznej sumy opadów, a więc o taki sam procent zmniejszają też obciążenie systemu kanalizacyjnego.

Łódź. Zielony dach biurowcaŁódź. Zielony dach biurowca Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta

Eksperci podkreślają, że wszystkie te podejmowane przez miasta działania są jak najbardziej pozytywne.

- Tym bardziej, że wiele miast stara się również za pomocą różnego rodzaju broszur i poradników edukować mieszkańców. Ważne jest, by ludzie wiedzieli nie tylko w jaki sposób się to robi, ale i po co. Bo koszty wprowadzania rozwiązań z zakresu małej retencji są niewielkie, a zalety mogą być ogromne - mówi dr Sebastian Szklarek, ekohydrolog z Polskiej Akademii Nauk.

Jednocześnie podkreśla, że skala zastosowania takich rozwiązań musi być duża.

- Sto beczek w takim mieście jak Wrocław niczego nie załatwi. Pytanie więc, czy te kroki są wystarczające, czy nie powinno ich być jednak więcej. Tym bardziej, że są już miasta, które musiały wstrzymać nabór do programów, bo wyczerpały wszystkie przeznaczone na to środki - mówi. - Szkoda też, że zmiany w świadomości samorządów zaszły tak późno. Potrzebujemy kilku dobrych lat, by te drobne działania, ale prowadzone na masową skalę, zaczęły przynosić rzeczywiste skutki.

- Ważne jest sprecyzowanie realistycznych celów, do których można dostosować odpowiednie narzędzia, a także stałe monitorowanie postępów w tym zakresie. Dzięki wprowadzaniu kolejnych rozwiązań retencyjnych do kanalizacji powinien trafiać dopiero przelew nadmiarowy, skutek nawalnych deszczy - mówi dr Rayss. - Osobiście myślę o tym w kategoriach miejskiego krwiobiegu. Zamiast wyizolowanych płatów zieleni należy tworzyć rozwiązania, które je połączą, a zieleń stanie się niezależna od naszego podlewania i samowystarczalna. Przecież niemal każdy system osiedlowy można przełożyć na skalę dzielnicy, dwóch dzielnic, trzech, a w końcu całego miasta.

Prof. Wałęga zwraca z kolei uwagę, że choć wprowadzanie wszystkich tych rozwiązań jest niezwykle ważne, trzeba pamiętać, że żadne z nich nie uchroni nas w stu procentach przed konsekwencjami zjawisk typu susza czy długotrwałe ulewne deszcze.

- Zjawiska naturalne są nieprzewidywalne - mówi. - Ale stosując nawet proste i tanie rozwiązania, możemy znacząco złagodzić skutki ekstremalnych zdarzeń.