embed

Tomasz Ulanowski: Wreszcie popadało.

Zbigniew Kundzewicz: Aż za mocno. W Wielkopolsce, gdzie mieszkam, w wielu miejscach zanotowano potężne ulewy powodujące podtopienia i straty. Podniósł się poziom wody w rzekach – gdzieniegdzie sięgnął nawet strefy stanów wysokich.

Ale jednocześnie według ostatniego raportu suszowego Instytutu Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa w Puławach od 11 kwietnia do 10 czerwca w województwach lubuskim, zachodniopomorskim i wielkopolskim susza mocno dała się we znaki rolnikom uprawiającym zboża, zwłaszcza jare.

Niestety, moje obawy się potwierdzają. W tym samym roku możemy mieć zarówno straty suszowe, jak i powodziowe. I to nawet w tym samym regionie!

Kiedy rozmawialiśmy na początku lutego, narzekał pan, że nie ma śniegu.

- Widziałem jakieś płatki 31 marca. Ale natychmiast stopniały. Podobno i zimą trochę poprószyło, ale musiałem przegapić, tak mało tego śniegu było. Nie poleżał nawet chwili. Zimę mieliśmy w Polsce bezśnieżną (oprócz rejonów górskich).

Natomiast już po naszej rozmowie zaczął mocno padać deszcz i koniec końców luty okazał się bardzo wilgotny. W Poznaniu był rekordowo mokry – spadło nam z nieba aż 76 mm wody. Taki wysoki byłby słup wody opadowej, gdybyśmy przez cały luty łapali ją do jakiegoś naczynia.

I mimo to nadal pan narzeka?

- Zimą powinien padać śnieg. Gruba zimowa pokrywa śnieżna to naturalny magazyn wody, który wiosną, kiedy przyroda budzi się do życia, powoli nasącza glebę.

A deszcz, który spadł w lutym, wyparował, spłynął do rzek i… zasilił wegetację. Bo tej zimy przyroda właściwie nie zasnęła. W okolicach Poznania mieliśmy w lutym tylko cztery noce z przymrozkami.

Był to więc miesiąc bardzo ciepły. Rosła trawa. Po raz pierwszy ligustr, który z rodziną posadziliśmy dziesięć lat temu, zachował zimą liście. Dlatego kiedy przyszła wiosna, pozimowy magazyn wody był pusty.

Co gorsza, w marcu już niewiele padało. Kwiecień też był okropnie suchy.

Susza szybko stała się widoczna w polskich rzekach. Na przełomie kwietnia i maja ich stan był niski, najwyżej średni, a nigdzie – wysoki. Nawet 19 czerwca stan wody w polskich rzekach układał się głównie w strefach wody niskiej i średniej. Choć lokalnie był wysoki, zarówno w dorzeczu Odry, jak i Wisły.

Jak zmierzyć suszę?

Co to właściwie znaczy, że jest susza? Dla naukowca?

- Jest wiele wskaźników, które ją opisują. Pierwszym jest susza meteorologiczna, czyli niewielkie opady atmosferyczne albo wręcz ich brak.

Długotrwała susza meteorologiczna wywołuje tę hydrologiczną, podczas której stan wód w stawach, jeziorach i rzekach jest niski. Przykładowo 5 maja na stacji pomiarowej Warszawa-Bulwary Wisła miała ledwie 56 cm głębokości.

Gdyby po zimie została nam gruba pokrywa śnieżna, to wiosenna susza meteorologiczna nie byłaby taka straszna. A że śniegu było tyle co kot napłakał, to wystąpiła najgroźniejsza z susz – glebowa, zwana też rolniczą.

Jak się ją mierzy?

- Piotr Djakow, autor bloga pogodowo-klimatycznego „Meteomodel”, który bardzo cenię, prezentuje mapy parowania potencjalnego i klimatycznego bilansu wodnego. Pokazują one, ile wody mogłoby wyparować do atmosfery. Im bardziej suche i ciepłe powietrze, tym parowanie potencjalne jest wyższe.

Okazuje się, że w marcu i kwietniu ze znacznego obszaru Polski mogło uciec do atmosfery aż 140 mm wody (dla porównania: średnie opady atmosferyczne w naszym kraju sięgają rocznie 630 mm). A ponieważ nie było ani opadów, ani pokrywy śnieżnej, to woda parowała z gleby. Nie wyparowało jej aż 140 mm, ale wystarczająco dużo, żebyśmy mieli suszę glebową.

Mierzy się ją, badając procentową zawartość wilgoci w glebie. Wiosną na znacznej powierzchni Polski gleba była przesuszona.

Procentowa wilgotność gleby na głębokości 7-28 cm 28 maja 2020 r.Procentowa wilgotność gleby na głębokości 7-28 cm 28 maja 2020 r. (IMGW)

To źle?

- Rośliny o płytszym systemie korzeniowym nie miały skąd czerpać wody. Na szczęście ostatnio popadało i w płytkiej podpowierzchniowej warstwie gleby trochę wody jest.

Wracając do bilansu wodnego. Zwykle parowanie przewyższa opady dopiero latem. W tym roku negatywny bilans wodny mieliśmy już wiosną.

I co dalej?

- Nie wiadomo. Prognozy pogody sprawdzają się na dziś i kilka najbliższych dni. Atmosfera to system tak złożony, że uchodzi za chaotyczny. Nie da się postawić wiarygodnych prognoz pogody średnio- czy długoterminowych. Takich, których sprawdzalność byłaby wysoka.

Wiemy za to z obserwacji prowadzonych od co najmniej kilkuset lat, że klimat poszczególnych miesięcy jest w Polsce bardzo zmienny, a jeszcze bardziej zmienna jest pogoda.

Przykładowo w Poznaniu średnia temperatura czerwca w latach 1981-2010 to 16,6 st. C. Ale w 1985 roku średnia czerwcowa sięgnęła tylko 14,2 st. A w 1992 roku – 19,3 st. O wiele bardziej rozstrzelone są temperatury dobowe. 9 czerwca 2005 roku mieliśmy ledwie 1,5 st., a 21 czerwca 2000 r. – aż 36,5 st. C.

Dlatego nie możemy powiedzieć, jak się rozwinie pogoda w kolejnych tygodniach i miesiącach. Może będzie słońce, a może będzie deszcz.

A jeśli będzie padało przez resztę czerwca i w lipcu?

- Ten deszcz nie zrekompensuje kilkuletniego deficytu bilansu wodnego – bo suszę mieliśmy i w roku ubiegłym, a także w latach 2018 i 2015 – ale na pewno pomoże, choć już nie tym roślinom, które wyschły w kwietniu.

W ubiegłym roku lało przez cały maj. A latem i tak mieliśmy suszę.

- Już pierwszy miesiąc ubiegłego lata, czyli czerwiec, był bardzo gorący i suchy. W Poznaniu przyroda wyrównała wtedy rekord najniższego opadu czerwcowego z 1992 roku. Spadło ledwie 3,4 mm deszczu!

Czerwiec ubiegłego roku był też rekordowo upalny. W Poznaniu temperatura maksymalna, a więc ta notowana zwykle po południu, aż dwanaście razy sięgnęła albo przekroczyła 30 st. C. W tym dwa dni mieliśmy niezwykle gorące. Jednego temperatura przekroczyła 37 st. C, a drugiego – 38 st.

To był czerwiec nad czerwcami. Tak upalnych i suchych dni w tym miesiącu nie pamiętają najstarsze Pyry. Obecny czerwiec nie jest na szczęście aż tak gorący.

Czy te ubiegłoroczne upały były normalne?

- Normalne? To słowo niespecjalnie nadaje się do opisu zjawisk klimatyczno-pogodowych. Zamiast o normie klimatolodzy i meteorolodzy mówią o średniej wieloletniej.

Jak wielo?

- Najlepiej z ostatnich 30 lat. Na razie Światowa Organizacja Meteorologiczna ciągle zaleca, aby porównywać anomalie pogodowo-klimatyczne ze średnią z lat 1981-2010. Ale niedługo przeskoczymy do cieplejszej średniej z lat 1991-2020.

Obecnie klimat zmienia się tak szybko, że średnia 30-letnia, choć bardziej satysfakcjonuje statystyków, nie jest już odpowiednim miernikiem tych zmian. Właściwie lepiej by było odnosić anomalie do średniej dwudziesto- czy dziesięcioletniej.

Normą jest u nas raczej to, jak już wspomniałem, że wahania klimatu są bardzo znaczne. Zwłaszcza w przypadku opadów. W tym roku mieliśmy bardzo mokry luty, suchy marzec i jeszcze bardziej suchy kwiecień. Popadało dopiero w maju – opady były zbliżone do wartości średniej z wielolecia, a w czerwcu zanotowano lokalnie bardzo ulewne deszcze, prowadzące do podtopień. Natomiast w ubiegłym roku bardzo mokry był maj, a czerwiec – rekordowo suchy. Taki mamy klimat. Niezwykle zmienny.

Podtopienia w Łapanowie po ulewachPodtopienia w Łapanowie po ulewach Fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta / / Agencja Gazeta

Rozchwialiśmy klimat

Mimo to przeliczamy tę jego zmienność na rozliczne średnie. Na przykład średnioroczne opady.

- Pewnie, dzięki temu możemy mierzyć trend.

W Poznaniu w latach 1951-2019, czyli w okresie, dla którego dysponujemy wiarygodną serią pomiarową, średnioroczne opady wyniosły 521,6 mm. Maksymalny opad roczny sięgnął aż 772 mm. Minimalny – w 1982 roku – ledwie 275 mm. Także rok 1983 był bardzo suchy. Susze, jak widać, czasem nawiedzają nas parami w kolejnych latach. Jeśli zdarzyłaby się trójka suchych lat, straty suszowe bardzo by wzrosły.

Susza z początku lat 80. była jeszcze bardziej ekstremalna niż ta z lat 2018-19 (kiedy spadło odpowiednio blisko 372 mm i 392 mm wody), ale nie było wówczas aż tak upalnie. W ostatnich dekadach klimat bardzo nam się ocieplił.

To jaki jest ten trend?

- Ano taki, że mamy obecnie częstsze susze. W dekadach 2010-19 i 2000-09 mieliśmy w Polsce po cztery lata z głęboką suszą, a w latach 90. i 80. – po dwa.

To wszystko przekłada się na rosnące straty w plonach.

I co to oznacza dla klimatologa?

- To dowód czarno na białym na to, że rośnie zmienność naszej pogody, a co za tym idzie – plonów. Jednego roku możemy mieć wspaniałe zbiory, a kolejnego – niezwykle marne. Odchylenia od średniej wieloletniej są, niestety, coraz większe. Rozchwialiśmy sobie klimat. Choć, oczywiście, żaden klimatolog nie wskaże panu palcem, że za tegoroczną wiosenną suszę odpowiada globalne ocieplenie. Dziennikarze lubią takie uproszczenia, ale naukowcy nie bardzo.

Dlaczego nie?

- Bo to nienaukowe. Klimat jest systemem złożonym, mierzalnym w bardzo długiej perspektywie czasowej. Dlatego zmian klimatu nie można obwiniać o żadne pojedyncze ekstremalne zjawisko pogodowe. Przecież susze i powodzie zdarzają się nam „od zawsze”. Także w średniowieczu bywały lata, kiedy Wisłę można było przejść w bród.

Tyle tylko, że teraz ekstremalne zjawiska pogodowe pojawiają się częściej i są bardziej intensywne. Innymi słowy – ekstrema zrobiły nam się bardziej ekstremalne.

A do tego susze częściej przeplatają się z ulewami i powodziami. Tak było choćby w sierpniu 2015 roku. Po wielotygodniowej suszy jednego dnia tak lunęło, że przyroda wyrobiła miesięczną normę deszczu.

Dawne ekstrema to nasza nowa norma. I to już jest jeden z efektów zmian klimatu.

Co możemy na to poradzić?

- Przede wszystkim musimy chronić klimat przed dalszymi zmianami. Stąd paryskie porozumienie klimatyczne z 2015 roku, którego sygnatariusze zgodzili się przyhamować globalne ocieplenie do nie więcej niż 2 st. C, a najlepiej do 1,5 st. do końca XXI wieku.

Żeby to zrobić, musimy ostro ograniczyć światową emisję gazów cieplarnianych – o 45 procent do 2030 roku. A do połowy wieku musimy ściąć ją do zera.

Trzeba więc „odwęglić” energetykę, bo ciągle aż 81 procent energii świat uzyskuje z paliw kopalnych.

To realne?

- Trudne. Prezydent Donald Trump wycofał USA z porozumienia paryskiego. W Unii Europejskiej hamulcowym jest Polska, która mając energetykę opartą na węglu, nie chce się zgodzić na ambitne cele redukcji emisji gazów cieplarnianych.

Chiny - chłopiec do bicia

Skoro Stany Zjednoczone, drugi po Chinach największy emitent gazów cieplarnianych, wycofują się z porozumienia – a Chiny, USA i UE odpowiadają za ponad połowę globalnej emisji dwutlenku węgla – to czy ma ono jeszcze sens?

- To ogromny problem, ale wiele stanów i miast w USA postanowiło realizować założenia porozumienia paryskiego. Miasta gromadzą większość ludzi, mają największe zużycie energii i przyczyniają się do największego odsetka emisji gazów cieplarnianych. To w nich trzeba więc przede wszystkim wprowadzać termomodernizację, czyste źródła energii i elektryczne środki transportu, najlepiej publicznego.

Jednak co z tego, że mielibyśmy nawet milion samochodów elektrycznych, skoro byłyby to auta na prąd z węgla? To prawda, powietrze w miastach byłoby mniej zanieczyszczone, ale globalnego ocieplenia w ten sposób nie przyhamujemy.

Wspomniał pan o Chinach. Współpracuję trochę z chińskimi naukowcami, napisaliśmy razem kilkanaście publikacji naukowych. W 2018 roku w tygodniku „PNAS” ukazały się wyniki naszych badań o suszy. Porównywaliśmy efekty ograniczenia globalnego ocieplenia do 1,5 st. C i do 2 st. Okazało się, że ledwie 0,5 st. różnicy może spowodować w Chinach dwukrotny wzrost strat z powodu suszy.

Elektrownia Bełchatów (na zdjęciu) to największa na świecie elektrownia  na węgiel brunatny, a także największy truciciel w całej UE.  Odkrywka węgla brunatnego w Złoczewie, położonym 50 km na zachód od Bełchatowa,  przedłuży życie elektrowni do mniej więcej 2060 r., za cenę ok. 17 mld złElektrownia Bełchatów (na zdjęciu) to największa na świecie elektrownia na węgiel brunatny, a także największy truciciel w całej UE. Odkrywka węgla brunatnego w Złoczewie, położonym 50 km na zachód od Bełchatowa, przedłuży życie elektrowni do mniej więcej 2060 r., za cenę ok. 17 mld zł Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Panie profesorze, ale przecież i te 2 st. są zupełnie nierealne. Od drugiej połowy XIX w. do 2019 roku średnia temperatura Ziemi podniosła się o 1,2 st. C. Nawet gdyby wszystkie państwa zrealizowały swoje obietnice obcięcia emisji, które wpisały do porozumienia paryskiego, to jak wyliczyli klimatolodzy, i tak globalne ocieplenie sięgnęłoby pod koniec wieku ok. 3 st. C. To porozumienie było bajką już w momencie, gdy je podpisywano.

- Projekt Nowego Zielonego Ładu, w ramach którego Unia Europejska zamierza przestawić swoją gospodarkę na tory bezemisyjne, pokazuje, że nie musimy się zderzyć ze ścianą. UE chce być prymusem, dać przykład innym.

Także Chiny, które na Zachodzie są uważane za chłopca do bicia, bardzo się zmieniają. W prowincji Xinjiang widziałem farmę wiatrową ciągnącą się po obu stronach autostrady przez 40 km pustyni. Kiedy wyraziłem swoje uznanie, moi chińscy koledzy powiedzieli mi, że w tej samej prowincji prąd z wiatru produkuje też farma o długości 100 km.

Przecież globalne ocieplenie uderza w Chiny z każdej strony. Oni ten problem mocno studiują. W ubiegłym roku opublikowaliśmy z chińskimi naukowcami pracę w tygodniku „Nature Communications”, w której wykazaliśmy, że wzrost średniej temperatury Ziemi o 2 st. C zamiast o 1,5 st. pociągnie za sobą kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych ofiar śmiertelnych w samych Chinach. Z powodu fal upału wzmożonych przez globalne ocieplenie.

Ale to prawda, globalne ocieplenie już w tym wieku może przekroczyć obie te wartości.

I co wtedy?

- Może jestem naiwny, ale mimo że jestem starszy od pana i powinienem być realistą, to jestem umiarkowanym optymistą.

Uważam, że jeszcze nie jest za późno, żeby uczynić świat przyszłości zdatnym do życia. To nie jest tak – jak czasem krzyczą media i organizacje pozarządowe – że zostało nam jeszcze ledwie kilka lat albo dekada, żeby ocalić naszą cywilizację, a wiele gatunków fauny i flory uratować wręcz przed zagładą.

Choć rzeczywiście: im później zaczniemy ostro zmniejszać emisję i przestawiać gospodarkę na zielone tory, tym trudniej będzie nam ograniczyć globalne ocieplenie do znośnego wymiaru.

Możemy to zrobić tylko wtedy, kiedy zaczniemy się samoograniczać. Może obecna pandemia pomoże nam zmienić styl życia?

'Wyborcza na Zielono''Wyborcza na Zielono' 

Łapmy wodę, gdzie się da

Naprawdę pan w to wierzy?

- Mam czworo kilkuletnich wnucząt, więc chciałbym wierzyć. Chciałbym, żeby żyły w znośnym klimacie.

Można znaleźć dobre przykłady zachowań proklimatycznych. Znam budynek hotelowo-imprezowy, który niegdyś opalany był tak zwanym ekogroszkiem. Jest to myląca nazwa, bo ekogroszek nie ma nic wspólnego z ekologią, wręcz przeciwnie. Teraz wykorzystuje się tam dwie pompy ciepła. Planowana jest też inwestycja w panele fotowoltaiczne, a więc we własny zielony prąd. Kiedy to nastąpi, właściciele rozważają symboliczne zakopanie tony węgla, która im jeszcze została. Idź, węglu, z powrotem pod ziemię!

Widziałem też budynek pod zielonym i świetnie izolującym (zarówno przed chłodem, jak i ciepłem) dachem. Deszczówki nie odprowadza się z niego do kanalizacji ściekowej, tylko rozsącza w glebie. Są też oczka wodne.

Modelowa gospodarka wodna.

- Trzeba łapać wodę tam, gdzie pada. To tak zwana mała retencja. Znakomicie pomocna, kiedy leje – bo jest dokąd wodę odprowadzać – i wtedy, kiedy pada mało, bo zmagazynowana woda bardzo się przydaje.

Taka zielona mała retencja powinna być standardowym elementem gospodarki wodnej także w miastach. Dziś są one w dużej mierze betonowymi pustyniami, które deszczówkę odprowadzają do kanalizacji, a z niej do rzek i dalej do morza.

Hołdujemy fatalnej zasadzie – z chmury do rury. Cała polska gospodarka wodna jest nastawiona na to, żeby wodę jak najszybciej wyrzucić do Bałtyku. W dzisiejszych czasach – kiedy coraz częściej albo leje, albo jest sucho – to zbrodnia. W niektórych polskich miastach, m.in. w Bydgoszczy czy Wrocławiu, już to zrozumieli.

We wsi, w której mieszkam, w ubiegłym roku wybetonowano rowy odprowadzające wodę.

- Po co? W efekcie woda nie wsiąka w glebę, tylko wam odpływa. Trzeba zmienić sposób myślenia o wodzie. Polskie słowo „melioracja” pochodzi od francuskiego oznaczającego ulepszenie. A więc chodzi o ulepszenie stosunków wodnych. Rowy melioracyjne powinny być poprzecinane zastawkami, dzięki którym nie tylko odprowadzałyby wodę, ale i ją łapały, kiedy trzeba.

Musimy też, powtarzam, dbać o zachowanie jak największej powierzchni terenów zielonych – łąk kwietnych, krzewów i drzew.

Poza miastami trzeba odtwarzać tereny podmokłe, które od setek lat zabieramy pod uprawy i zabudowę.

Choć w czasie suszy nawet te, które się ostały – jak Biebrzański Park Narodowy – są narażone na pożary.

To samo może spotkać Puszczę Białowieską, której polska część jest sucha, bo przez ostatnie dekady była mocno odwadniana.

- Niestety, od ponad półwiecza gospodarka wodna w Polsce jest prowadzona nie długoterminowo, tylko doraźnie – akcyjnie. Reagujemy, kiedy coś się dzieje. Były powodzie, to budowaliśmy i wzmacnialiśmy wały, bo przecież trzeba było coś zrobić. Kiedy nadeszła susza, Państwowe Gospodarstwo Wodne „Wody Polskie” zapowiadało ogromne inwestycje w zbiorniki retencyjne. Według planów do 2027 roku nasza zdolność do magazynowania tak zwanego rocznego odpływu rzecznego ma się zwiększyć z obecnych 6,5 do 15 procent.

Obawiam się, że to mało realne, raczej słomiany zapał. No i zamiast dużych, bardzo kosztownych zbiorników, które przede wszystkim służą żegludze, a z walką z suszą mają niewiele wspólnego, wolałbym widzieć skuteczną promocję działań spowalniających odpływ wody w całym kraju.

Hydrolog prof. Zbigniew KundzewiczHydrolog prof. Zbigniew Kundzewicz PIOTR SKORNICKI

*Prof. Zbigniew Kundzewicz pracuje w Zakładzie Klimatu i Zasobów Wodnych Instytutu Środowiska Rolniczego i Leśnego PAN w Poznaniu, ma formalny status gościa w Instytucie Badania Konsekwencji Zmian Klimatu w Poczdamie (PIK). Był współautorem trzeciego (w 2001 roku) i czwartego (w 2007 roku) raportu ONZ-owskiego Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC), a także specjalnego raportu IPCC o zmianach klimatu i wodzie z 2008 roku oraz specjalnego raportu IPCC o ekstremalnych zjawiskach pogodowych z 2012 roku.