W nocy

Glüna Plaina po retoromańsku oznacza „księżyc w pełni”. Ale na Diavolezzie niedaleko St. Moritz wcale nie wyją do niego wilki, tylko śmieją się ludzkie oczy - w piątkowy wieczór znowu ruszają kolejki, co pozwala szusować na świeżo przygotowanych stokach. Pod warunkiem, że nie zagapimy się na świat na górze, bo panorama okolicznych gór wygląda bajkowo. Albo - jeśli chcecie nadal po retoromańsku - „fabulus”.

fot. Switzerland Tourismfot. Switzerland Tourism Markus Eichenberger

Nocą można się też wybrać na wyprawę na rakietach śnieżnych – np. w okolicach Jeziora Maggiore w Ticino – przejechać ratrakiem, pofrunąć z instruktorem na paralotni nad doliną Simmental niedaleko Berna albo po kozacku zignorować hotel i zostać pod gołym niebem do rana. Na leśny biwak przedzieramy się z przewodnikiem przez śniegi w regionie Les Près d’Orvin w zachodniej części kraju.

fot. Switzerland Tourismfot. Switzerland Tourism 

Na sankach

Czego to ludzie, a konkretnie Szwajcarzy, nie wymyślą. Sanki co prawda są ich narodową tradycją, ale żeby się nie znudziła, proponują ją w różnych wydaniach: można więc śmigać na podobnym do materaca tzw. airboardzie (uwaga: tylko dla orłów), Yoonerze, czyli lekkim i świetnie amortyzującym siedzisku z płozą, na oryginalnym velogemelu z Grindelwaldu w Berneńskim Oberlandzie – drewnianym „rowerze” sprzed wieku, olimpijskich bobslejach albo sankach jadących nie po śniegu, tylko nad śniegiem, za to po rurze jak tramwaj po torach. Jedno jest pewne: nie tylko pojazdów, ale i tras jest pod dostatkiem – w końcu to w Szwajcarii znajduje się najdłuższa w Europie, bo aż 11-kilometrowa, trasa saneczkowa.

fot. Switzerland Tourismfot. Switzerland Tourism Salome Nf

Na lodzie

Nie zdziwcie się też, co można robić na lodzie poza jeżdżeniem na łyżwach – i tak mało banalnym, bo śmigamy np. po zamarzniętym jeziorze albo jednej z najwyżej położonych ślizgawek świata (Alp Raguta w Gryzonii, 1952 m n.p.m.). Na szwajcarskich lodowych taflach pogracie też w hokeja albo w curling. Wykujecie w nich przerębel i będziecie łowić ryby – prawie jak za kołem podbiegunowym, a przecież to serce Europy – albo zanurkujecie z instruktorem w krystalicznie czystej wodzie. Jeśli jezioro całkiem nie zamarznie, popływacie na nim kajakiem (np. jezioro Brienz niedaleko Berna), a gdzieś na brzegu wykujecie bryły i zbudujecie własne igloo. Noc w ciszy, z dala od cywilizacji pod niebem pełnym gwiazd – tego się nie zapomina.

fot. Switzerland Tourismfot. Switzerland Tourism Lorenz Richard

W lepszym towarzystwie

Przebywanie ze zwierzętami uspokaja do tego stopnia, że niektóre linie lotnicze pozwalają je zabrać na pokład jako tzw. wsparcie emocjonalne. Relaksują już same wędrówki po śniegu – tak jest, w czasie szwajcarskiej zimy śnieg sięga pach – a spacery w towarzystwie czworonożnych przyjaciół to relaks do kwadratu. Można się wybrać na trekking z lamami, jakami albo kozami. Można karmić wiewiórki, zastanawiając się, czemu są takie brązowe, albo pomyśleć, że trafiliśmy z Alicją do krainy czarów, owce mają czarne pyszczki (w Zermat żyje największe stado owiec czarnonosych, pociesznych jak wielkie maskotki). Albo pokonać górskie bezdroża z fasonem jak dawni traperzy – psim zaprzęgiem.

fot. Switzerland Tourismfot. Switzerland Tourism 

Relaks

Wędrówki po wiszących mostach, zjazd w śniegu na fatbike’ach, jazda w puchu poza trasami – po dawce adrenaliny potrzebujemy relaksu. Skołatane nerwy najlepiej koi joga na śniegu albo śnieżne spa. No, prawie śnieżne, bo białe widoki podziwiamy z przyjemnie bulgocących basenów z ciepłymi wodami mineralnymi (np. Rigi Kaltbad pod Lucerną albo romantyczne drewniane balie w schroniskach górskich). Potem wybieramy się na raclette do jaskini albo na fondue na jakiś górski szczyt. A po nich dokądkolwiek: wystarczy odejść jedną z tras spacerowych pół godziny za miasto, żeby znaleźć się w pustce i w ciszy jak w bajce.

fot. Switzerland Tourismfot. Switzerland Tourism 

Więcej pomysłów na zimowy wypoczynek znajdziesz na MojaSzwajcaria.pl.