Polskie miasta próbują ekscytować mieszkańców hasłem smart city. Ale ta odchodzi chyba w zapomnienie. Przeciwko budowie miasta naszpikowanego technologią zaprotestowali m.in. mieszkańcy w Toronto. I wiele osób koniec projektu przyjęło z ulgą.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pomysł stworzenia w Toronto nowoczesnej technologicznej dzielnicy zrodził się kilka lat temu. Najpierw Alphabet (firma-matka Google’a) ogłosił nowy projekt pod nazwą Sidewalk Labs, za pomocą którego ekipa technologiczna giganta chciała naprawiać miasta. Szefowie koncernu nie kryli ekscytacji na myśl o rzeczach, „które mogliby zrobić, gdyby ktoś przekazał im kontrolę nad jakimś miastem". Padło na dzielnicę Quayside w Toronto. Nieco zapuszczone tereny blisko nabrzeża miały przejść „rewitalizację".

Wszystko tam miało być zautomatyzowane i zarządzane przez algorytmy. Zaplanowano nowe budynki, które łatwo miały zmieniać funkcję, wytyczano trasy dla pojazdów autonomicznych, które miały dowozić mieszkańców do pracy, piesi i rowerzyści mieli mieć pierwszeństwo, a chodniki miały być bezpieczne nawet zimą, bo podgrzewane. Mało? Śmieci w kubłach miały się same segregować, czytniki monitorować i regulować zużycie prądu. Do tego obowiązkowe kamery, czujniki, czytniki, które przez dwadzieścia cztery godziny na dobę miały śledzić ulice, place, chodniki. Smart city stworzone w Toronto nie byłoby jednak przyjazne dla przypadkowych osób. Mieszkańcy mieli się bowiem posługiwać „bezpiecznymi i spersonalizowanymi kontami", które dawałyby im dostęp do miejskich usług. Wszystko to brzmiało śmiało i tak samo szybko, jak wzbudziło zachwyty, wywołało też sprzeciw.

Część mieszkańców Toronto uznało, że Google chce sobie tu zrobić poligon masowej inwigilacji i z dominacji w internecie chce przejść do dominacji w realnym świecie. „Kiedy dobrowolnie instalujesz Alexę, wirtualną asystentkę, w swoim domu to coś zupełnie innego, niż kiedy publiczna infrastruktura: ulice, mosty, parki i place po prostu stają się Alexą" – napisał w „Washington Post" Brian Barth, obserwator nowych technologii.

Protest przeciwko smart city

W 2019 roku, dwa lata po ogłoszeniu wizji Sidewalk Labs, mieszkańcy powołali grupę „Block Sidewalk Labs". Szybko odkryli, że projekt może obejmować większy obszar, niż zapowiadano. Sprawą zainteresowało się też Kanadyjskie Stowarzyszenie Swobód Obywatelskich. Jego szefowa Brenda McPhail mówiła BBC, że zbieranie danych na taką skalę zaszkodzi ludziom. Przedstawiciele Sidewalk Labs starali się zarzuty odpierać. W przekonaniu do projektu nie pomogła jednak dymisja Ann Cavoukian, która w projekcie Sidewalk Labs odpowiadała za zachowanie prywatności mieszkańców. – Wyobrażałam sobie, że tworzymy inteligentne miasto prywatności, w przeciwieństwie do inteligentnego miasta inwigilacji – można było przeczytać w jej liście pożegnalnym. Zwolennicy i przeciwnicy projektu pozostali przy swoich stanowiskach. Gdy wybuchła pandemia koronawirusa, wizja cyfrowej dzielnicy została jednak zamrożona. Sidewalk Labs stwierdziło, że trudno realizować drogą i skomplikowaną dzielnicę w czasie gospodarczej niepewności. Ostatecznie władze Toronto ogłosiły, że zamiast dzielnicy pełnej czujników, kamer, procesorów i czytników, powstanie tu prawie tysiąc niedrogich mieszkań na wynajem, las, farma i centrum sztuki.

Smart city to ryzyko

Wydarzenia w Toronto pokazały, że smart city rozumiane wyłącznie jako miasto wszechobecnej technologii budzi sprzeciw i obawy. Prof. Klaus Kunzmann, jeden z czołowych specjalistów w zakresie planowania przestrzennego w Europie, założyciel Association of European Schools of Planning, podczas swojego wykładu w Katowicach mówił, że ucyfrowienie społeczeństwa jest widoczne na poziomie lokalnym i globalnym. Podkreślał, że zapewnia to wygodę w codziennym życiu i korzystaniu z rozmaitych usług. Ale – zdaniem naukowca – kosztem cyfrowej rewolucji jest prywatność. – Zbyt szybko się jej pozbyliśmy. Popchnęła nas do tego wygoda i wymogi środowiska naturalnego oraz koncepcje rozwoju miast. Rozwój smart cities to przede wszystkim biznes – przekonywał. Dodał, że wizje smart city świetnie wyglądają na papierze, ale nie ma w nich ludzi. Można powiedzieć, że to miasta widma. – Tam nie mówi się o ludziach, tylko o technologii. A jeśli architekci zapomną o ludziach, to będzie czekało nas rozczarowanie – wieszczył.

Wyliczał też swoje główne obawy dotyczące cyfrowych miast. Po pierwsze, to miejsca pracy. Czy przejmą je roboty? Czy ludzie będą tracili pracę, bo zastąpią ich lepiej wykształcone osoby, które będą nadzorować roboty? Ci inżynierowie będą jednak musieli korzystać z usług społecznych, turystyki, kultury czy rozrywki. Druga sprawa to wspomniana już prywatność. – Rządy będą wykorzystywać dane, by kontrolować ludzi. Chodzi np. o kamery w przestrzeniach publicznych. Problem w tym, że młode pokolenie nie przejmuje się kwestiami prywatności. Młodzi pytani o to w Chinach mówią, że tak po prostu jest – dodał prof. Kunzmann. Zastanawiał się też nad bezpieczeństwem systemów (ataki hakerskie), a także stresem użytkowników. I najważniejsze pytanie, jakie postawił: Kto sprawuje władzę w cyfrowym świecie? Samorząd albo rząd? A może korporacja lub administrator systemu?

Lepiej mieć mądre miasto

Jednak krytyka wobec smart city - zdaniem ekspertów - wynika z tego, że zostało ona niewłaściwie zrozumiane. Utarło się bowiem, że to miasto oparte na technologii. Takie rozumienie jest wciąż obecne np. w polskim miastach, gdzie za rozwiązania smart uważa się naszpikowanie ulic kamerami monitoringu czy miejsc parkingowych czujnikami.

Dlatego wspierany przez Unię Europejską projekt MAtchUP, który łączy ze sobą kilka europejskich miast, firmy oraz uczelnie i jednostki badawcze, skupia się na innym przedstawieniu smart cities. Głównym celem jest zaprzęgnięcie innowacyjnych rozwiązań i technologii w służbę lokalnych społeczności. To pojedynczy mieszkaniec ma pozostać w centrum działania i być ich podmiotem. „Smart city to nie tylko miasto zdominowane przez technologię, ale miejsce, w którym promuje się uczestnictwo, kreatywność i edukację. Zaangażowanie obywateli i ich udział w podejmowaniu decyzji idą w parze z rozwojem technologicznym" – czytamy na stronie projektu. Innymi słowy: człowiek ma być w centrum, a technologia ma być tylko dodatkiem. Miasta mają być więc mądre, a nie inteligentne (smart vs. wise). Mądre miasto myśli o swoich mieszkańcach, chce być ekologiczne, niwelować zmiany klimatu, myśli o obecnych i przyszłych pokoleniach oraz stara się być odporne na kryzysy. Technologia ma tylko pomóc w realizacji takiej wizji miasta, a nie być jej namiastką.

Czy da się to pogodzić? Raport firmy Think Co, który traktował o miastach szczęśliwych, przywołał przykład Kalasatama, jednej z dzielnic Helsinek. Na dawnych terenach portowych powstały tam mieszkania dla ok. 3 tys. osób, a do 2040 roku dzielnica ma mieć 25 tys. mieszkańców. „W ramach projektu Smart Kalasatama poprawie mają ulec przede wszystkim wykorzystanie przestrzeni wspólnych, zarządzanie energią elektryczną oraz gospodarka odpadami. Mieszkańcy dzielnicy współdzielą samochody i miejsca parkingowe za pomocą aplikacji, a inteligentne zamki w nowych budynkach umożliwiają udostępnianie ich ograniczonej liczbie osób bez potrzeby stałego nadzoru" – czytamy.

Podobnych przykładów wykorzystania technologii w codziennym życiu miast jest więcej. Sukces smart city jest możliwy, ale musi być to być projekt oparty na współpracy z mieszkańcami. Wtedy jest szansa na budowę mądrego miasta. Same jedynki i zera nie sprawią, że życie w miastach będzie lepsze.

Supermiasta 2022
CZYTAJ WIĘCEJ
icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Jeszcze żadne polskie miast nie osiągnęło statnu pół-wariata - więc nie ma się co martwić o "smart" city.
już oceniałe(a)ś
0
0