Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czas, w którym żyjemy, to okres najtrudniejszej relacji człowieka z przyrodą w historii. W najbliższych dekadach ludzkość będzie się zmagała z planetarnym kryzysem środowiskowym. Dotyczy on destabilizacji klimatu, zakwaszenia oceanów, utraty żyznych gleb oraz wielkiego wymierania gatunków. Nie potrzeba kolejnych doniesień naukowych, aby zdać sobie sprawę z kruchości fundamentów, na których opiera się delikatna równowaga biosfery, hydrosfery i atmosfery. Pandemie, wojny i migracje to przejawy tego kryzysu, bardziej wyraźne niż destrukcja ekosystemów i masowe wymieranie gatunków, bezosobowo nazywane zanikiem bioróżnorodności. Ostatnie lata przyzwyczaiły nas do częstej obserwacji niebezpiecznych zjawisk naturalnych takich jak nawalne deszcze, fale upałów, susze, wichury i gwałtowne burze. Skutki tych zjawisk powodują straty dla środowiska, gospodarki i społeczeństwa.

Adaptacja

Adaptacja do zmian klimatu to działania jakie podejmujemy, aby przystosować się do nowych warunków klimatycznych, w sytuacji, gdy mamy pewność, że zjawiska naturalne będą dla nas coraz większym zagrożeniem. Adaptacja oznacza zwiększanie rezyliencji (odporności) przed skutkami zmian klimatu.

Rezyliencja to klucz do rozumienia zmian w miastach przyszłości. W 2021 r. UE przyjęła Europejski Zielony Ład, który opiera się na założeniu, że zielona transformacja oznacza szansę, a brak działania pociągnie za sobą koszty. Problemu nie da się rozwiązać używając tego samego sposobu myślenia, z którego korzystaliśmy, gdy problemy powstawały. Adaptacja musi oznaczać nowe sposoby myślenia i radzenia sobie z ryzykiem, niepewnością i złożonością. To wypracowywanie nowej relacji człowieka z przyrodą, wzajemnie się wspierającej.

W tym procesie szczególną rolę odgrywają miasta. To one – dom dla większości populacji świata – muszą się zmienić. Droga ku rezyliencji miast jest klarowna: ochrona i regeneracja dzikiej przyrody jest priorytetem. Im lepsza kondycja natury, tym lepiej jesteśmy chronieni przed skutkami zmian klimatu, epidemiami i chorobami cywilizacyjnymi. Musimy drastycznie zmienić wzory konsumpcji oraz pogodzić rozwój miast z redukcją zużycia zasobów. Wzrasta znaczenie miejskich zasobów wspólnych – otwiera się przestrzeń do dzielenia się i wymiany, akceptacji różnorodności, poszerzania wiedzy oraz zwiększania wrażliwości społecznej. Te trendy będą wymuszać zmiany w zarządzaniu miastami. Adaptację należy rozumieć szeroko. Zmiany muszą dotyczyć wielu obszarów: gospodarki, infrastruktury, ekosystemów, społeczności, zarządzania. U podstaw tych przemian zawsze pozostanie ta najtrudniejsza – indywidualna zmiana sposobu myślenia i odczuwania. Potrzebny jest nam nowy sposób bycia w świecie i nowy sposób opowiadania o nim.

Woda

Potrzeba dzikiej przyrody w mieście dla wielu z nas jest jasna. Podstawą wprowadzania jej w życie jest woda. Potrzebuje jej wszystko, co żyje. Tymczasem w Polsce panuje susza. Lubuskie, Wielkopolska, Kujawy, centralna Polska wysychają. Bezśnieżne zimy, suche wiosny, upalne lata sprawiają, że nasz kraj pustynnieje.

W miastach zieleń ma ograniczony dostęp do wody. Ze względu na zdegradowany profil glebowy jedynym źródłem wody dla drzew w miastach są opady atmosferyczne, a infrastruktura deszczowa jest nastawiona na odwadnianie i drenaż. System działa tak, aby jak najszybciej pozbyć się wody z miejsca opadu.

Wysychamy! Pochód zorganizowany przez Extinction Rebellion Polska i Extinction Rebellion BydgoszczWysychamy! Pochód zorganizowany przez Extinction Rebellion Polska i Extinction Rebellion Bydgoszcz Fot. Roman Bosiacki / Agencja Wyborcza.pl

Zmiany klimatu przyczyniły się do zmiany struktury opadów w Polsce. Opad roczny nie uległ istotnej zmianie, jednak ma dziś raczej charakter powtarzających się deszczy nawalnych, przeplecionych okresami bezopadowymi. W miastach intensywny deszcz spadający na przesuszoną glebę nie ma szans wsiąkać, spływa więc kanałami, co przyczynia się do dalszego osuszania ziemi i wysysania życia z miejskiej zieleni. Każdego lata obserwujemy incydenty miejskich powodzi błyskawicznych, gdy system kanalizacji nie jest w stanie odebrać deszczówki. Przez resztę roku trwa susza, która pozbawia miasta wody, a przyrodę życia. Dlatego obserwujemy kolejne drzewa, które chorują i usychają, na co miejskie zarządy zieleni reagują sukcesywnym wycinaniem. Bez myślenia w kategoriach lokalnej, rozproszonej funkcji retencyjnej i pomysłu na to, jak zatrzymać skumulowany opad dla miejskiej zieleni, nie ma mowy o rozwoju przyrody i tętniącego życiem ekosystemu w tkance miasta.

Miasta gąbki

W dobie kryzysu klimatycznego wizja zielonej metropolii potrafiącej wykorzystywać wodę deszczową zdobywa w świecie uznanie. Miasta prześcigają się w kreatywnym wdrażaniu zasad miasta gąbki. Nowoczesna metropolia jest zielona, bezpieczna i przyjazna mieszkańcom. Rewolucja w sposobie myślenia projektantów polega na coraz śmielszym kierowaniu się maksymą: „róbmy rzeczy tak, jakby zrobiła to natura", „rozwiązując problem projektowy, spójrz, jak rozwiązuje go przyroda". Teza zdaje się prosta, jednak jest to swego rodzaju przełom.

Zbiornik na deszczówkę.Zbiornik na deszczówkę. Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

W kontekście zielonej transformacji miast jasne jest, że rozwiązania są dostępne na wyciągnięcie ręki. Są proste do wdrożenia i tanie w utrzymaniu. Problemem jest utarty sposób rozumienia przyrody, bazujący na złudzeniu, że człowiek może kontrolować wszelkie aspekty środowiska. Brakuje nam elementarnego zaufania, że procesy, które zachodzą w biosferze, mają swoją mądrość, a ingerencja człowieka może przynosić więcej szkody niż pożytku.

Inżynierowie potrzebowali nazwać ją zieloną infrastrukturą, aby nadać przyrodzie odpowiedni status w procesie decyzyjno-projektowym. Projektanci nauczeni są bazować na specyfikacji technicznej produktu, parametrach, technologii. Potrzebują jakiegoś producenta, który weźmie odpowiedzialność i da gwarancję. Trudno zaufać, że zieleń może rozwiązać problem inżynieryjny. Praktyka dowodzi jednak, że procesy naturalne można przełożyć na obliczenia, wzory i tabele – na język inżynierów. Przyroda jest zauważana i wchodzi do gry, choć zawsze była w tej grze najważniejszym zawodnikiem.

Siła tej idei polega na zmianie dotychczasowego sposobu myślenia. Woda traktowana w nadmiarze jako zagrożenie dla miasta zaczyna być postrzegana jako szansa na zrównoważone życie. Każda kropla spadająca z nieba jest ważna. W podejmowaniu decyzji inwestycyjnych kluczem staje się kompensacja hydrologiczna – działaj tak, aby deszcz, który spada na twoją działkę, pozostał na niej. Jeśli uszczelniasz powierzchnie, znajdź też miejsce dla spływającej z niej deszczówki.

W dobie powszechnej betonozy rozwiązaniem jest podejście odwrotne. Adaptacja do zmian klimatu oznacza wielowymiarowy program przywracania dzikiej natury i wprowadzania życia tam, gdzie dzisiaj go nie ma.

Sorry, Polsko

Tymczasem rzeczywistość Polski A.D. 2022 jest betonowa, a nie zielona. Oddaliśmy prywatnym inwestorom prawo do decydowania o wspólnej przestrzeni w miastach. Przyroda wypada z planów, bo nie jest opłacalna. Nie ma rubryki w Excelu, która pokazuje wartość cienia rzucanego przez klon na ławkę, na której siada twój dziadek w upalny dzień. Dzisiaj idea miasta gąbki czy miasta 15-minutowego nie jest odkryciem. Studenci wałkują ten temat od lat, a eksperci dyskutują o nim w panelach na imprezach branżowych. Niewiele to zmienia. W Polsce takie rozwiązania jak zielone dachy, które miały zwiększać ilość zieleni w miastach, są wykorzystywane do celów odwrotnych: zieleń na dachu pozwala deweloperowi ograniczać przyrodę wokół budynku, robić więcej miejsca na kubaturę i wylać więcej betonu. Patoosiedla (często strzeżone i grodzone) powstają w miejscach, w których wcześniej tętniły życiem ekosystemy. Ich wizytówką są przestrzenie wspólne wyssane z życia i pozbawione wszelkiej aktywności. Wytrychem dla inwestorów są nasadzenia zastępcze. W miejsce wyciętego drzewa sadzimy nowe, które potencjał tamtego zyska za czterdzieści lat. Tymczasem w katalogach prezentowanych młodym kredytobiorcom, deweloperzy pokazują wizualizacje tonące w zieleni, gdzie dorodne drzewa rzucają cień na plac zabaw. Ta idylla nie stanie się rzeczywistością przez najbliższe pokolenie. Nie musi. Ważne, że pomoże sprzedać metry kwadratowe.

Betonoza po polsku. Kutno. - pl. Wolności po modernizacjiBetonoza po polsku. Kutno. - pl. Wolności po modernizacji Fot. Archiwum

Tragicznym nieporozumieniem są działania antyadaptacyjne, które weszły w krew osobom decydującym o kształcie przestrzeni publicznej, np. budowa betonowych miejskich placów bez krzty zieleni, odwadnianie, drenowanie terenów zielonych czy zasypywanie mokradeł.

Czy w mieście nie może być miejsca na to, co dzikie? Badania podkreślają znaczenie „czwartej przyrody"w miastach. To ta spontaniczna, samoistna, nieprojektowana i niepielęgnowana. Dzika natura w mieście, która sama o siebie zadba i która tworzy żywy, powiązany ze sobą ekosystem. Pełni on ważną rolę w odbudowie bioróżnorodności miasta. Tymczasem te „chaszcze" są wciąż uznawane za coś, czego należy się pozbyć, co nie pasuje do perfekcyjnego świata, przedstawianego na wychuchanej wizualizacji 3D z katalogu inwestora.

Źródła kryzysu bioróżnorodności upatrywać można w ludzkim imperatywie panowania nad przyrodą, w potrzebie podporządkowania i władzy. Jeśli trawnik, to ma być jak murawa piłkarska. Jeśli drzewka, to tylko szczepione. Chwasty bezwzględnie trzeba plewić. Insekty to robactwo, paskudne i groźne. Na osiedlach przeprowadza się osobliwe akcje odkomarzania i odkleszczania, w których ginie cały owadzi mikrokosmos.

W 2020 r. masa ludzkiej technosfery dorównała biomasie organizmów zamieszkujących Ziemię. Tak zwana masa antropogeniczna to głównie materiały budowlane. Na początku XX w. stanowiła 3 proc. globalnej biomasy. 120 lat później zaczyna dominować nad masą żywych organizmów.

Droga przed nami

Katastrofa klimatyczna to perspektywa najbliższych dekad.

Bardzo potrzebujemy przyjaznych warunków ekonomiczno-prawnych dla rozwiązań opartych na przyrodzie (NBS). Gra toczy się nie tylko o to, aby przyroda stała się opłacalna dla inwestorów. W pierwszej kolejności trzeba sprawić, aby w ogóle dało się NBS-y stosować na szeroką skalę. Retencja, detencja, zielona infrastruktura nie mają definicji w krajowych przepisach. Konieczność przechodzenia przez długotrwałe procedury uzyskiwania pozwoleń wodnoprawnych skutecznie sprawia, że inwestorzy wybierają rozwiązania tradycyjne.

W zarządzaniu wodą opadową w Polsce standardem jest podejście polegające na jak najszybszym przechwyceniu wody opadowej przez wpusty i odprowadzeniu jej za pomocą zamkniętego systemu kanalizacyjnego. To nastawienie jest tak głęboko zakorzenione, że wielu projektantów i urzędników nie podejmuje refleksji nad tym, że istnieją inne rozwiązania. Jeśli przychodzi im myśleć o retencji, to zwykle na skutek uwarunkowań konkretnej działki budowlanej (brak warunków do zrzutu wód opadowych do kanalizacji). Wówczas pierwsza myśl projektanta zwykle dotyczy rozwiązań technicznych, a nie zielonych (np. podziemnych zbiorników retencyjnych) bo jest dostępna specyfikacja, parametry, producent, gwarancja itd. Problemem bywa dziś nawet wdrażanie prostych rozwiązań polegających na obniżeniu trawnika w stosunku do sąsiadującego chodnika bez oddzielania ich krawężnikiem. Czy zamiana przydomowej rabaty na zatrzymujący wodę ogród deszczowy jest uznawana za wprowadzenie urządzenia wodnego i wymaga pozwolenia wodnoprawnego?

Absurd systemu sprawia, iż projektant, który planuje zatrzymać wodę deszczową w miejscu opadu, jest zmuszany wykazywać, iż nie ma możliwości wpuszczenia jej do kanalizacji deszczowej. Dziś rozwiązania oparte na przyrodzie stosują tylko najbardziej odważni projektanci. Wymaga to bowiem od nich zwinności w interpretowaniu przepisów, przekonywaniu urzędników oraz podtrzymywaniu inwestorów w przekonaniu, że warto.

Archiclima

Archiclima to projekt, którego istotą jest przywracanie dzikiej natury miastom – w miejscach, w których często spędzamy czas. To śmiałe przedsięwzięcie, bo celuje w lokalizacje, które większości z nas kojarzą się z królestwem asfaltu, betonu i szkła. Celem jest podniesienie rezyliencji tych miejsc, dokonanie oceny pod względem ich podatności i ryzyka związanego ze zmianami klimatu oraz zaplanowanie adaptacji z wykorzystaniem rozwiązań opartych na przyrodzie. Aby efekt środowiskowy mógł być trwały, korzyści z adaptacji muszą być wyraźne dla decydentów. Po zniesieniu restrykcji covidowych zarządcy nieruchomości widzą, że zielona transformacja jest dla nich szansą. W czasach, gdy coraz więcej aktywności odbywa się online, mieszkańcy miast tym bardziej poszukują atrakcyjnych i przyjaznych przestrzeni do bycia w realu. Nie chcemy już spędzać czasu w miejscach pozbawionych życia. To dobry moment na zmianę.

* Łukasz Łapiński jest menedżerem projektów, specjalizującym się w rozwoju i wdrażaniu niestandardowych rozwiązań w zakresie ochrony środowiska i działań na rzecz klimatu. Od 2012 r. jest związany ze spółką Investeko SA. Jest ekspertem pozyskiwania funduszy na zielone innowacje.

Supermiasta 2022
CZYTAJ WIĘCEJ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.