Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wieczorem 24 lutego, w pierwszy dzień rosyjskiej inwazji na Ukrainę, lublinianie przyszli pod ratusz. Podczas demonstracji, po emocjonalnych przemowach, które wyrażały sprzeciw wobec agresji Putina i przyjaźń z Ukrainą, głos zabrała Anna Dąbrowska ze stowarzyszenia Homo Faber. Mówiła krótko i konkretnie: – Dzisiaj uruchomiony został sztab interwencyjny. Działamy!

Dąbrowska to aktywna działaczka praw człowieka. Prowadzone przez nią stowarzyszenie realizowało m.in. program „Witamy w Lublinie", skierowany do migrantów i ułatwiający im integrację w mieście. Homo Faber bezpłatnie uczy cudzoziemców języka polskiego. Stowarzyszenie weszło w skład Grupy Granica, która powstała w związku z kryzysem na granicy polsko-białoruskiej, a od pierwszego dnia wojny jest trzonem Lubelskiego Społecznego Komitetu Pomocy Ukrainie. Tworzą go także Fundacja Kultury Duchowej Pogranicza, Fundacja Instytut na rzecz Państwa Prawa oraz przedstawiciele lubelskiego ratusza, wśród nich m.in. Krzysztof Stanowski, dyrektor Centrum Współpracy Międzynarodowej.

System wsparli Duńczycy

W województwie lubelskim znajdują się cztery przejścia graniczne z Ukrainą. Od najbliższego z nich, w Dorohusku, Lublin dzieli zaledwie 100 km. Od początku było więc jasne, że znaczna część uchodźców przyjedzie właśnie do Lublina. W ostatnich latach miasto stało się domem dla ponad 3 tys. studentów oraz wielu pracowników pochodzących z Ukrainy. Wśród miast partnerskich i zaprzyjaźnionych najwięcej jest tych z Ukrainy: Łuck, Lwów, Iwano-Frankowsk, Równe, Krzywy Róg czy Winnica. Jeszcze przed wybuchem wojny władze Lublina mówiły, że mają przygotowane kilkanaście tysięcy noclegów dla uchodźców m.in. w bursach szkolnych i internatach, akademikach czy hotelach. Po rosyjskiej inwazji te miejsca szybko zaczęły zapełniać się uchodźcami, a Komitet wyłapywał braki w pomocy świadczonej uchodźcom przez państwo i odpowiadał na nie konkretnymi pomysłami.

Komitet ulokował się w pomieszczeniach Centrum Kultury, instytucji prowadzonej przez Miasto Lublin. Zagospodarowywał energię tych, którzy chcieli pomóc. Tutaj można się było zgłosić, by zostać wolontariuszem albo zaproponować uchodźcom pokój w swoim mieszkaniu. Wyraźną zasadą Komitetu jest to, by nie dublować pracy, którą już wykonuje jakaś instytucja. Dlatego pomoc psychologiczna koordynowana była razem z Centrum Interwencji Kryzysowej, które do tej pory w mieście zajmowało się osobami w trudnej sytuacji. Przed chaosem czy źle wycelowaną pomocą Komitet miał ustrzec dobrze działający system. To słowo klucz. – Musimy mieć strukturę, plan działania, budżet. Uchodźcy już są, idą kolejni, więc my nie możemy sobie pozwolić na to, na co pozwala sobie państwo, czyli pracę bez perspektywy. Ja nie myślę o tym, co będzie jutro, ja myślę o tym, co będzie za rok – mówiła Dąbrowska „Wyborczej" na początku marca. Już wtedy wolontariusze podzieleni byli na 17 zespołów, z których każdy miał wyznaczone konkretne zadania. Pracowali na lubelskich dworcach albo kwaterowali uchodźców w prywatnych domach.

Praca lubelskiego Komitetu szybko została dostrzeżona za granicą. Na konto Homo Faber wpłynął przelew od Duńskiej Rady ds. Uchodźców – organizacji, która została założona po kryzysie uchodźczym wywołanym interwencją Armii Czerwonej na Węgrzech w 1956 roku [HF nie podaje kwoty dotacji – przyp. aut.]. Charlotte Slente, sekretarz generalna Duńskiej Rady, przyjechała do Lublina, po czym na konferencji prasowej, siedząc obok Dąbrowskiej i prezydenta Lublina Krzysztofa Żuka, oznajmiła: – Pracowaliśmy z Homo Faber przez ostatnie dni i widzimy, że ta ich praca jest bardzo profesjonalna. Widzimy też wielu wolontariuszy i ducha solidarności, więc wierzymy, że to jest wspaniała organizacja. Widzimy także dobrą współpracę z władzami Lublina – przyznała Slente.

Lublin i Społeczny Komitet Pomocy Ukrainie doceniony został także w raporcie Refugees International, który podkreślił spójną i skoordynowaną pomoc.

Fala uchodźców w ostatnim czasie osłabła, ale Komitet nie zwalnia tempa. Jego członkowie do pracy przychodzą codziennie. Na zebraniach wymieniają się ustaleniami albo prośbami o pomoc, z którymi się zetknęli. Za swoją pracę wolontariusze dostają bony żywnościowe, które mogą zrealizować w lubelskich sklepach.

Stypendium rozwoju osobistego

Dzisiaj Komitet składa się z 21 zespołów. Nowością jest system dożywiania ukraińskich rodzin zakwaterowanych w prywatnych domach. Co tydzień dostarczana jest im dwudziestokilogramowa skrzynia z warzywami, owocami i nabiałem. – Czyli wszystko to, co się nie mieści w publicznym sektorze dystrybucji żywności. Tam ludzie dostają głównie suchy prowiant: mąkę, makaron, ryż, olej – wylicza Dąbrowska. Pojawiło się też „Stypendium rozwoju osobistego" (płaci za nie Homo Faber), które ma pomagać odbudowywać uchodźcom ich dotychczasowe życie w nowym kraju. Jeżeli dziecko uprawiało jakiś sport albo rozwijało inne pasje, w Polsce może wrócić do tych aktywności. O takie stypendium może się starać także osoba dorosła.

Od początku wojny działa także call center Komitetu. Wolontariusze odbierają telefon przez całą dobę. Początkowo uchodźcy pytali na przykład o to, czy brak wizy to problem albo czy komunikacja publiczna jest darmowa (w Lublinie uchodźcy jeżdżą bezpłatnie, są także zwolnieni z opłat w strefie płatnego parkowania). Teraz częściej padają prośby o wskazówki dotyczące lekarzy specjalistów. Asystowanie uchodźcom w codziennym życiu i ich integracja w mieście to temat, który Komitet cały czas rozwija.

– Jestem przekonany, że Lublin, w rozumieniu całego miasta, ale przede wszystkim mieszkańców, organizacji pozarządowych, wolontariuszy, ogromnej rzeszy podmiotów i instytucji pracujących na rzecz uchodźców, poradził sobie wzorowo. Wszyscy mieliśmy świadomość, że naszym wspólnym obowiązkiem jest pomoc sąsiadom uciekającym przed terrorem wojny. Przyjęliśmy jasne założenie, że nikogo nie zostawimy bez pomocy. Skala dramatu uchodźców zrodziła ogromną międzyludzką solidarność i chęć niesienia pomocy. W mieście panuje atmosfera społecznego zaangażowania i braterstwa. Wspólnie jesteśmy nastawieni na pomaganie i doskonale się uzupełniamy. Tam, gdzie z przyczyn formalnoprawnych miasto nie może działać, wkraczają organizacje pozarządowe. Wielu mieszkańców otworzyło drzwi swoich domów przed uchodźcami. Ludzie organizują zbiórki darów i akcje wsparcia, jeżdżą na granicę, by pomagać – komentuje Krzysztof Żuk, prezydent Lublina.

Wyprzedzić zjawiska, które na pewno nastąpią

Żuk podkreśla, że gdy wojna się skończy, wielu uchodźców nie będzie miało dokąd wrócić, bo ich domy są zburzone, a miasta zostały zrównane z ziemią przez Rosjan. Wielu uchodźców po prostu u nas zostanie. – Dlatego już dziś wspólnie z organizacjami pozarządowymi i lubelskimi instytucjami kultury rozpoczęliśmy działania integracyjne i przeciwdziałające stereotypom, bo to jedno z ważniejszych zadań, jakie stoi przed nami. Musimy wyprzedzać zjawiska, które na pewno nastąpią, z którymi mierzyły się wszystkie kraje przyjmujące uchodźców. Dlatego tak ważne są systemowe rozwiązania, które będą nam pomagać w integracji, bo nie mamy wątpliwości, że skutki wojny w Ukrainie będziemy odczuwać jeszcze bardzo długo. Dzięki wsparciu organizacji pozarządowych zatrudniamy w Lublinie pierwszą 50-osobową grupę nauczycieli ukraińskich – wymienia prezydent Żuk.

Pedagodzy z Ukrainy zostali w lubelskich szkołach asystentami i pomagają ukraińskim uczniom np. w odrabianiu prac domowych. Fundacja Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej wypłaca wynagrodzenie, a samorząd jest odpowiedzialny za ustalanie zadań dla pracownika i nadzór nad jego codzienną pracą. Lublin jest pierwszym miastem w Polsce realizującym tego typu projekt.

Supermiasta 2022
CZYTAJ WIĘCEJ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.