Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Magdalena Kozioł: Ile Wrocław stracił na pandemii?

Jacek Sutryk, prezydent Wrocławia: Rachunek nie jest jeszcze skończony, bo pandemia wciąż trwa. Tracimy, bo nie mamy pieniędzy m.in. z podatku od nieruchomości, nie mamy wpływów do budżetu z podatków PIT i CIT, a dodatkowo ponosimy nieplanowane wcześniej koszty.

A szacunkowo jaka to suma?

– Ponad 200 mln zł.

To pieniądze do odzyskania?

– Nie. Cieszyłbym się, gdyby ta strata się nie powiększała. Mamy nadzieję, że sektory i te branże, które były dotychczas wyłączone z działalności, zaczną wreszcie zarabiać i płacić podatki w mieście, że ruszy konsumpcja. Widzę takie zniecierpliwienie i oczekiwania mieszkańców, nie tylko Wrocławia, do powrotu do normalności – do kupowania, spotykania się, uczestniczenia w najróżniejszych wydarzeniach. Chcę wierzyć, że w niektórych branżach sytuacja zaraz się ustabilizuje. Jednak wciąż pamiętajmy o tym, że bezpieczeństwo jest najważniejsze.

Od początku pandemii miasto straciło średnio 58 proc. turystów. Wrócą do Wrocławia?

– Wrocław szczęśliwie jest w innej sytuacji niż miasta takie jak Kraków, żyjące bardziej z ruchu turystycznego i relaksacyjnego. Wrocław miał silnie rozwinięty sektor turystyki biznesowej i straty widać po liczbie pasażerów obsługiwanych przez lotnisko. Przed COVID-em obsługiwało 3 mln pasażerów rocznie, a w zeszłym roku tylko milion. Duże nadzieje pokładamy w turystach z Polski, którzy zaczną jeszcze chętniej odwiedzać Wrocław. Będzie to także efekt ograniczeń w ruchu turystycznym i wierzę, że stolica Dolnego Śląska stanie się ważnym kierunkiem wyjazdów.

Po to powstała Wrocławska Rada Turystyki?

– Głównie po to. Chcemy jak najszybciej zniwelować negatywne skutki lockdownu i w dłuższej perspektywie doprowadzić do powrotu liczby turystów odwiedzających Wrocław sprzed pandemii. W 2018 roku odwiedziło nas ponad 5 mln osób.

Turysta będzie mógł teraz usiąść w większych ogródkach przy lokalach gastronomicznych. To pana decyzja.

– Ta branża jest najdotkliwiej poobijana przez pandemię i trudno jej się zrestartować. Nie chodzi wyłącznie o brak dochodów. W pubach, restauracjach i barach podstawowym pracownikiem był student, a teraz ich nie ma. Wiemy, że ten rok akademicki, z małymi wyjątkami, będzie już do końca zdalny. A my chcemy restauratorom pomagać, bo wiemy, że na ich usługi będzie popyt. Ufam, że szybko uda im się nadrobić straty.

Koronawirus poobijał także miejską komunikację.

– Straty poniósł samorząd i zależne od niego spółki, które realizują strategiczne zadania publiczne. Od lat prowadzimy politykę zrównoważonej mobilności, stawiamy na transport publiczny i namawiamy wrocławian, aby z niego korzystali. Niestety, obserwujemy mniejsze zainteresowanie przejazdami niż przed pandemią. Rozumiem obawy pasażerów, ale jestem też przekonany, że z czasem, kiedy COVID ustąpi i większość z nas będzie zaszczepiona, znowu wrócimy do komunikacji publicznej. W całej Polsce przewoźnicy liczą straty. Nasze MPK liczy je w dziesiątkach milionów złotych.

Szansą dla samorządów na odbicie się po pandemii mają być unijne dotacje z RPO i KPO. Ile Wrocław ma szansę dostać?

– Nie ma jeszcze szczegółów podziału tych pieniędzy, jest zbyt wcześnie. Nie wiemy, ile ostatecznie Dolny Śląsk otrzyma pieniędzy z RPO. Wiemy, że będzie to znacznie mniej niż w tej kończącej się obecnie perspektywie budżetowej, i to nas niepokoi. Nie jest tak, że Dolny Śląsk jest obrzydliwie bogatym regionem. Są wyspy, jak Wrocław, którym jest lepiej, bo mają średnie dochody na poziomie 116 proc. unijnego PKB na jednego mieszkańca. Kiedy jednak pojedziemy w rejon sudecki, to tam dochody są na poziomie 45-50 proc. średniej unijnej. Region jest zróżnicowany i potrzebuje poważnego wsparcia finansowego. Nie wiemy też, co będzie z Funduszem Sprawiedliwej Transformacji i KPO. Ten ostatni dokument został wprawdzie wysłany do Komisji Europejskiej, ale w parlamencie trwają konsultacje w sprawie ustawy wdrożeniowej. Wiemy za to, co się działo z rządowym Funduszem Inwestycji Lokalnych, z którego Wrocław dwukrotnie nie dostał ani złotówki.

Koronawirusa u nas nie było?

– Mógłbym zażartować, że z tego wynika, że chyba nie. I to nie tylko we Wrocławiu, bo takich pominiętych samorządów jest w Polsce mnóstwo. Chcę wierzyć, że to się zmieni i rząd będzie dzielił dotacje według sprawiedliwych i transparentnych algorytmów. Z powodu pandemii ponieśliśmy straty, także przez złe rozwiązania prawne przyjęte w parlamencie, które uderzają po kieszeni nie tylko samorządy, ale i mieszkańców naszych aglomeracji, miast i miasteczek. Stąd moje i innych samorządowców apele, by pieniądze zewnętrzne były dzielone sprawiedliwie. Nie wyobrażam sobie, że unijne dotacje, które mają pomóc w odbudowie kraju, mogłyby nie trafić do Wrocławia. Sprawiedliwy podział unijnych środków – o to walczą samorządy dla swoich mieszkańców.

Jeżeli pieniądze dostaniemy, na co zostaną wydane?

– Mamy wiele inwestycji już rozpoczętych i te środki można zaangażować właśnie w te działania. To niezwykle ważne, bo refinansując inwestycje, uwalniamy pieniądze z budżetu miejskiego i te pieniądze można przeznaczyć na kolejne ważne projekty. Miasto musi się rozwijać, jest jeszcze wiele do zrobienia, dlatego staramy się utrzymać wysoki poziom inwestycji, na które przeznaczyliśmy w tym roku rekordowy miliard złotych. Ale przy obniżonych dochodach nie stać nas na ponoszenie dodatkowych kosztów inwestycyjnych. Stąd potrzebne są pieniądze europejskie, które pomogą na nowo rozkręcić także rynki komercyjne.

Bez dotacji z UE nie ma szans na nowe linie tramwajowe na Psie Pole, Muchobór Wielki, Ołtaszyn, Jagodno, Stabłowice?

– Tak się może stać. Jeżeli jednak okaże się, że dochody z podatku PIT, CIT, podatku od nieruchomości istotnie wzrosną, będzie nas na to stać. Jednak jestem realistą, pracuję w samorządzie od 15 lat i wolę dmuchać na zimne. Duże zadania drogowe i transportowe praktycznie zawsze były realizowane przy udziale środków zewnętrznych, głównie europejskich. Zobaczmy, jak wiele dobrego zadziało się we Wrocławiu, odkąd jesteśmy w Unii Europejskiej. Chcemy kontynuować ten dobry kierunek. Mimo pandemii, która realnie spowolniła nasz rozwój.

Kolej aglomeracyjna kiedyś powstanie?

– Pracujemy nad tym. W gronie samorządowców zaczęliśmy o tym rozmawiać jeszcze przed pandemią i dzisiaj mamy pewne rozwiązania, ale one kosztują i trzeba by na nie dodatkowych środków. A ich nie ma. Nie ma też ustawy aglomeracyjnej, która powinna stwarzać prawne i finansowe warunki do realizacji tego typu przedsięwzięć. Jednak nadal chcemy ten projekt rozwijać. Co ważne, myślimy nie tylko o aglomeracyjnych połączeniach kolejowych. Dość powiedzieć, że właśnie podpisaliśmy pięcioletnią umowę, która pozwoli mieszkańcom Czernicy, Kobierzyc, Kątów Wrocławskich, Siechnic i Żórawiny szybko i komfortowo jeździć do Wrocławia nowymi liniami. W sumie to 10 nowych połączeń, które wykonają łącznie 332 kursy tygodniowo, pokonując przy tym 4200 kilometrów. To kolejna zmiana jakościowa, która jest możliwa tylko dzięki współpracy między samorządami.

Wracając do kolei, jakie to są kwoty?

– Dziesiątki milionów złotych. Żeby zacząć realnie rozmawiać o nowych projektach, musimy jednak zobaczyć, jak po pandemii zachowa się gospodarka i jak zmieni się budżet miasta.

Jest jeszcze szansa, by miasto porozumiało się z Kolejami Dolnośląskimi w sprawie przejazdów na Urbancard w granicach miasta?

– Szansa jest zawsze, ale muszę wiedzieć, ile i za co mam zapłacić. Na razie tego nie wiem. Odpowiadam za publiczne pieniądze wrocławian i gdyby były moje, już zafundowałbym darmowe przejazdy kolejami na terenie miasta. Jednak miejska dotacja musi być oparta na jasnych, klarownych i przejrzystych regułach. Tak to wyglądało w poprzednich latach i tylko o takiej umowie możemy rozmawiać. Nie może być tak, że za taką samą usługę jak w poprzednich latach Wrocław zapłaci trzykrotnie więcej. A taką propozycję pod koniec roku położyli na stół kolejarze i urząd marszałkowski. Najważniejsze są oficjalne wyliczenia i jasny algorytm, za co Wrocław miałby zapłacić.

Rada Nadzorcza KD, której jest pan członkiem, takich wyliczeń nie ma?

– Od ponad roku prosimy, żeby te rachunki powstały. Zaproponowaliśmy m.in. policzenie pasażerów, którzy podróżują koleją na Urbancard. Nawet przygotowaliśmy system zliczający podróżnych i byliśmy skłonni za niego zapłacić, ale nie zyskało to aprobaty drugiej strony. Jasny algorytm – bez tego nie ma mowy o podpisaniu umowy. To są przecież pieniądze mieszkańców Wrocławia i musimy wydawać je rozsądnie.

Jest półmetek pana kadencji. Co się udało?

– Wszystkie rzeczy są ważne: wyprawka dla niemowlaka, taxi senior, trener senioralny, ale także ważne jest, że konsekwentnie walczmy z przejawami nacjonalizmu, braku otwartości i nietolerancji. Ważne są też zadania infrastrukturalne: budowa nowych żłobków, szkół, pozyskanie działek, np. przy Zwycięskiej pod budowę kolejnej placówki oświatowej czy na Lipie Piotrowskiej, budowa dwóch nowych linii tramwajowych i zakup za 380 mln zł 46 tramwajów, rozpoczęcie budowy mostu Wschodniego, projektowanie buspasa, który docelowo będzie torowiskiem na Jagodno. Do tego jeszcze zieleń. Udało nam się zdobyć ważną działkę w centrum miasta, gdzie powstanie kolejny park. Nie wolno nam także zapominać o wielkim programie wymiany pieców, na który przeznaczamy ponad 300 mln zł. I 20 tys. zł bezzwrotnej dotacji dla każdego, kto wymienia kopciucha. Musimy i chcemy uporać się z problemem smogu w naszym mieście, ale tu potrzebna jest także aktywność mieszkańców. Bardzo za nią dziękuję.

Jaką ocenę w szkolnej skali wystawiłby pan sobie? Miejscy aktywiści dali panu trójkę.

– Nie spodziewałem się od nich lepszej oceny. Przy całym szacunku do aktywistów ważniejsze są dla mnie jednak cząstkowe oceny, jakie wrocławianie wystawiają mi każdego dnia. Biegam, jeżdżę na rowerze, spaceruję i dzięki temu mam swoje „badania fokusowe". Wiem, jak na mnie reagują, uśmiechają się, zaczepiają, przerywają bieganie, żeby o czymś pogadać, a na koniec klepią po ramieniu i mówią: „Good job". W przeciwieństwie do aktywistów nie siedzę w żadnej bańce, sugerowałbym więcej słuchania, bo wszyscy chcemy troszczyć się o Wrocław. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim mój styl odpowiada. Nie jestem zupą pomidorową, żebym wszystkim smakował. Ostateczna ocena mojej pracy przyjdzie na pewno wiosną 2024 roku, gdy odbędą się wybory samorządowe, a ja skończę kadencję. Na razie skupiam się jednak na pracy – każdego dnia, przez siedem dni w tygodniu, od rana do wieczora. Ostatnie 2,5 roku to czas, który praktycznie poświęcam wyłącznie pracy na rzecz mieszkańców naszego miasta.

Na mieście słychać, że za bardzo zajął się pan wielką polityką.

– Co to znaczy?

Choćby budową projektu samorządowego „Dolny Śląsk – Wspólna Sprawa".

– Jeżeli budowanie tego projektu, który ma zabezpieczyć interes Wrocławia i innych gmin w regionie, sprawiedliwy podział zewnętrznych pieniędzy czy wypracowanie wspólnego korytarza dla autostrady A4, jest zaangażowaniem się politycznym, to niech tak będzie. Jeżeli moje wyjazdy do Warszawy na Komisję Wspólną Rządu i Samorządu, gdzie opiniujemy setki ustaw, które nas dotyczą, to „zaangażowanie w politykę", to niech tak będzie. To populistyczny slogan. Zaangażowanie dla dobra mieszkańców jest obowiązkiem każdego wójta, burmistrza i prezydenta. A nie zawsze o interes szczególnie tak dużego miasta jak Wrocław da się dbać, nie wyjeżdżając z niego. Chcę przez to powiedzieć, że będę jeździł do Warszawy, Brukseli i wszędzie tam, gdzie znajdują się instytucje, które mogą pomóc w rozwoju mojego ukochanego miasta.

Co się dzieje z projektem połączenia Dolnośląskiego Centrum Filmowego i Strefy Kultury Wrocław?

– Jest w zawieszeniu.

Sejmik przyjął uchwałę, że te dwie instytucje 1 czerwca zostaną połączone.

– To nic pilnego, to była uchwała zamiarowa i ona daje nam prawo, żeby wejść w pewien proces, a czy my go zakończymy połączeniem tych instytucji, czy nie, tego jeszcze nie wiemy. Po drodze pojawiło się kilka innych wątków, m.in. związanych z funkcjonowaniem kina Nowe Horyzonty.

Miasto chce ponoć to kino kupić.

– Zobaczymy, czym się zakończą rozmowy w tej sprawie. To dlatego spowolniliśmy proces ewentualnej fuzji.

Kiedy zapadnie decyzja?

– Nie jest to decyzja, z którą będziemy się spieszyli. Szanuję publiczne pieniądze, dlatego każda złotówka musi zostać dokładnie policzona.

Po co miastu kino?

– To nie jest zwykłe kino. lecz arthouse, który jest domem bardzo ważnych, budujących markę Wrocławia festiwali: Nowe Horyzonty i American Film Festiwal. Jesteśmy z nich dumni i powinniśmy te wydarzenia chronić w sposób szczególny. Nowe Horyzonty to także ważna przestrzeń edukacyjna i społeczna. Myślę, że więcej byłoby kontrowersji, gdyby miasto tego miejsca nie zabezpieczyło. Jeżeli kupimy budynek przy ul. Kazimierza Wielkiego, to na trwałe zwiążemy te festiwale z miastem. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o połączeniu Strefy Kultury z DCF, tej oferty kupna budynku, w którym znajdują się Nowe Horyzonty, nie było jeszcze na stole.

A podsumowując półmetek kadencji samorządowej, chciałbym niezwykle mocno podziękować wrocławiankom i wrocławianom za ten niełatwy przecież czas. Z radością myślę o Oldze Tokarczuk i jej literackiej Nagrodzie Nobla, z uśmiechem o naszym mieście ogłoszonym Europejską Stolicą Literatury, z troską patrzę na sytuację Wrocławia wychodzącego z pandemii i przedsiębiorców, którzy także zmagają się z jej skutkami. Jestem pewien, że nam się uda. Bo siłą Wrocławia są jego mieszkańcy. To dzięki Wam Wrocław jest najpiękniejszym miastem na świecie. To Wasza energia pozwoli nam wyjść z pandemii silniejszymi. I to zaszczyt i wielkie zobowiązanie, że mogę każdego dnia pracować na rzecz naszej wspólnoty. Dziękuję za to.

Supermiasta
CZYTAJ WIĘCEJ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.