Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Dochód za kwiecień: zero złotych – mówi Halina Kaczmarska, wyciągając z szuflady paragon. W pierwszy dzień ferii, kiedy w jej sklepie z upominkami było tylko dwóch klientów, pokazała taki sam, za grudzień. – Żeby coś zarobić, turysta musi być „pobytowy", wtedy do mnie trafi. Mieszkańcy Karpacza pamiątek z Karpaczem nie kupują – wyjaśnia.

Koronawirus. Majówka w KarpaczuKoronawirus. Majówka w Karpaczu Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta

„Zerowych" paragonów Kaczmarska ma wiele, ale interesu nie zamknęła. Od miesięcy wyłącznie dokłada. Płaci za ogrzewanie, czynsz i światło. Przez cały okres pandemii wierzyła, że los się w końcu odmieni. W majówkę miała się odbić od dna, ale się rozczarowała. Przez dwa dni lało jak z cebra i klientów znowu nie było. Nieliczni pokręcili się po sklepie, pooglądali i poszli. – Teraz cała nadzieja w wakacjach – wzdycha.

W restauracji Galeria Smaków pusto. Krzesła poukładane na stołach. Za ladą Agata Nakiewicz informuje, że jedzenie można zamówić tylko na wynos. Kilka miesięcy temu lokal wyglądał tak samo, z jednym wyjątkiem – z płotu przed wejściem zniknął baner Strajku Przedsiębiorców. Właścicielka Monika Rygalska, protest wtedy wsparła, ale się nie dołączyła: – Mam ludzi na utrzymaniu i muszę o nich myśleć, a nie żyć w strachu przed wysokimi karami.

Żyła od konferencji do konferencji ministra zdrowia. Z ulgą, ale i niedowierzaniem przyjęła zapowiedź luzowania obostrzeń. – Nasi rządzący są lepsi od tego jasnowidza Jackowskiego i pewnie znowu nas zaraz zamkną. Już się przecież coraz głośniej mówi o czwartej fali koronawirusa, choć trzecia się jeszcze nie skończyła – martwi się Rygalska. Co by nie było, Galeria Smaków ten rok ma stracony. W Karpaczu nie ma turystów, a posiłki na wynos nie idą.

Zaciskać zęby, by przetrwać

Katarzyna Pohorecka otworzyła swoje bistro Smaki Karkonoszy w ramach akcji „Karkonoskie veto". Był styczeń, a takich odważnych jak ona miała być setka w mieście i okolicznych kurortach. Inspektorzy sanepidu, w asyście sześciu mundurowych przyjechali do niej od razu. Wizyta skończyła się urzędową notatką i groźbą wysokiej kary za karmienie ludzi w restauracji.

Karkonoskie veto. Katarzyna Pohorecka już w ubiegły czwartek zapowiedziała, że otworzy bistro dla klientów. Tłumaczy, że nie ma wyjścia. Została jedyną żywicielka rodziny i musi zarabiać.Karkonoskie veto. Katarzyna Pohorecka już w ubiegły czwartek zapowiedziała, że otworzy bistro dla klientów. Tłumaczy, że nie ma wyjścia. Została jedyną żywicielka rodziny i musi zarabiać. Fot. Fot . Krzysztof Ćwik / Agencja Gazeta

Potem były regularne kontrole, bo Pohorecka lokalu nie zamknęła. Smaki Karkonoszy to jedyne źródło utrzymania jej rodziny. Wcześniej musiała zamknąć Perłę Sudetów – pensjonat, którego nie dała rady utrzymać.

– Sanepid, policja, wezwania do prokuratury to niemal codzienność – mówi. – Ale ludzie mają pracę i nikogo nie zwolniłam.

Karpacz długo wyglądał jak wymarły, stoki narciarskie zamykano i otwierano, hotele i pensjonaty też. Tylko gastronomia była pewna, że nie ma szans na to, by szybko wrócić do normalności. W mieście do dzisiaj pamiętają, jak Mateusz Morawiecki w październiku zeszłego roku zamknął szlaban bez uprzedzenia.

– Był piątek, akurat przyjechała do nas wielka dostawa towaru – wspomina właściciel jednego z lokali przy deptaku w Karpaczu. – Żeby nie ponosić strat, zorganizowałem wyprzedaż przed budynkiem. Potem trzeba było zaciskać zęby, żeby przetrwać.

Wielu przedsiębiorców do dziś żyje z oszczędności albo z pieniędzy odłożonych na inwestycje.

Pensjonat Królowa Śniegu miał się rozbudować, ale plany musi odłożyć na rok, dwa, a może i na dłużej.

Kiedy 8 maja rząd pozwolił hotelarzom wynająć połowę miejsc noclegowych, w Królowej Śniegu zajęty był tylko jeden dwuosobowy pokój, a wolnych jeszcze 29.

– Ale i tak się cieszymy, bo nie pracowaliśmy od zeszłego roku – mówią w pensjonacie.

Wielu hotelarzy pandemii nie przetrwa. Wielka Giełda Nieruchomości już w marcu podawała, że pod młotek trafił hotel w Karpaczu o powierzchni ponad 2,5 tys. m kw. Cena – ponad 20 mln zł. Inny, w Świeradowie-Zdroju, z 13 pokojami dwuosobowymi i dwoma apartamentami z widokiem na Góry Izerskie wystawiono za ponad 4 mln zł.

Miasto od prawa się nie oderwie

Kondukt żałobny z trumną na początku grudnia przeszedł przez deptak w Karpaczu. Był to symboliczny pogrzeb branży turystycznej. Przedsiębiorcy krzyczeli: „Decyzje rządu niosą śmierć", „Jesteśmy w czarnej d…". Domagali się powrotu do pracy w reżimie sanitarnym. – Nie przeżyjemy – ostrzegali.

Rząd tego nie zobaczył i nie usłyszał, a w ludziach narastała wściekłość. Karpacz postanowił wypowiedzieć rządowi posłuszeństwo w referendum. Na karcie do głosowania miało być jedno pytanie: „Czy zgadzasz się na respektowanie nakazów, zakazów i ograniczeń praw i wolności obywatelskich, wprowadzonych wbrew ustawom i Konstytucji RP, poprzez rozporządzenia Rady Ministrów w związku ze stanem epidemii?".

Wojciech Rynglewski, pełnomocnik referendum uzasadniał: – Determinacja ludzi jest duża. Widzimy bezsilność naszych postulatów i chcemy w ten sposób wyrazić swoją opinię na temat sposobu, w jaki jesteśmy traktowani. Wszelkie ograniczenia pandemiczne wprowadzane są z dnia na dzień i trudno mówić o jakimkolwiek planowaniu.

Pod petycją o przeprowadzenie referendum podpisało się 650 osób, ale sprawę zamknęli radni na sesji i zgody nie dali, bo Karpacz nie może być przecież wyjęty z systemu prawnego kraju.

Ale nieufność do rządu i jego decyzji nie odpuszcza przedsiębiorców. Adrian Szymczyk, który prowadzi w mieście dwa pensjonaty, jest aktywnym uczestnikiem wielu protestów przeciwko pandemicznym ograniczeniom. Z rozpędu, także szczepionkom mówi stanowcze „nie".

Pracownik jednej z restauracji przy deptaku: – Takich ludzi jest tu sporo. Wystarczy zajrzeć do sieci, żeby się przekonać, ile osób przyszło na spotkanie z Januszem.

Janusz Zagórski to ufolog, badacz zjawisk niewyjaśnionych, który szefuje utrzymującej się z darowizn telewizji NTV. Próbował wejść do polityki w 1995 r. W wyborach uzupełniających do Senatu startował jako bezpartyjny kandydat z Komitetu Wyborczego Forum Nowej Cywilizacji „Piramida". Zdobył wtedy niecałe 2 proc. głosów, a teraz próbuje organizować nowy ruch, który opiera się na antyszczepionkowcach. 1 maja w Karpaczu przyciągnął tłum. – To my jesteśmy normalni – ogłosił.

Spektakularnych bankructw nie odnotowano

38 zł na sekundę, 1920 zł na godzinę, 20 mln zł tygodniowo – tyle branża turystyczna w Karpaczu traciła na zamknięciu usług. Licznik strat Karpacza, który bije od grudnia na stronie internetowej miasta, pokazał właśnie ponad 336 mln zł.

Burmistrz Radosław Jęcek: – Chcemy rządzącym pokazać, na czym polegają nasze prawdziwe problemy.

A są to m.in. utrzymanie pracowników, lokali czy hoteli.

Willa Dąbrówka tylko na ogrzanie obiektu musiała wyłożyć 40 tys. zł miesięcznie. Utrzymanie stacji narciarskiej Ski Arena Karpacz w zimie to koszt 800 tys. zł miesięcznie. Skąd brać, jak nie ma dochodów? Z czego zapłacić podatek miastu? Większość przedsiębiorców zawiesiła swoje obowiązki wobec gminy. Spektakularnej fali bankructw gmina jednak nie odnotowała. – Ale pracownicy zostali pozwalniani – uzupełnia burmistrz Jęcek.

Teraz pojawiła się nadzieja, że robotę będzie można odzyskać. Jedna z restauracji już szuka chętnych do pracy. Chce ściągnąć Ukraińców, ale właściciele nie wiedzą, czy im się to uda. 3 maja na deptaku słychać było ukraiński. Zaczynają się rozglądać za pracą, dzwonią do restauracji i pensjonatów, pytają o dach nad głową.

Są przedsiębiorcy, którzy boją się gwałtownego luzowania obostrzeń. – Najazdu turystów nie dałoby się opanować. Oni nawet teraz nie noszą masek. A wiemy, że to oznacza kolejną falę – mówi.

Supermiasta
CZYTAJ WIĘCEJ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.