Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Maggie z Wiednia odwiedziła Gdańsk latem zeszłego roku. W recenzji wystawionej na portalu Airbnb zachwala idealny porządek w apartamencie. Gabriele przyleciał z Włoch do Trójmiasta ostatniej jesieni. Podobało mu się, że w mieszkaniu, które wynajął, są szczelne zasłony. „To nie jest powszechne w Polsce" – zwraca uwagę. Wayne z Wielkiej Brytanii rozpływa się z wdzięczności dla gospodyni za możliwość późniejszego wymeldowania, gdy okazało się, że jego lot powrotny będzie opóźniony.

Wszyscy zatrzymali się w apartamencie przy ulicy Piwnej. Ewa Kowalska, jego właścicielka, w zeszłym roku przyjmowała też turystów z Norwegii, Australii, Litwy, Niemiec, Szwecji, Ukrainy i Polski. Goście z USA i Argentyny skrócili swój pobyt, bo obawiali się problemów z powrotem do domu. Z powodu pandemii liczba rezerwacji jej mieszkania zmniejszyła się o ponad dwie trzecie. Spadły też ceny za wynajem.

W 2020 r. do Gdańska przyjechało niespełna dwa miliony turystów, czyli o 44 proc. mniej niż rok wcześniej. Liczba gości z zagranicy spadła o 75 proc. – z 935 tys. do 235 tys.

Gdańsk odpoczywa

W roku przed wybuchem pandemii koronawirusa ponad jedna trzecia turystów zagranicznych przyleciała do Gdańska z Wielkiej Brytanii. Rok później tylko co dziesiąty gość pochodził z tego kraju. W roku 2020 miasto nad Motławą najczęściej odwiedzali Niemcy i Skandynawowie.

Przez ostatnie lata co trzeci turysta, który odwiedzał miasto, był obcokrajowcem. Sezon po sezonie liczba gości rosła. Latem miasto pęczniało, przybywało apartamentów na wynajem, restauracji, stolików w ogródkach i nowych kierunków połączeń lotniczych.

Wiosną zeszłego roku śródmieście Gdańska wyglądało, jakby czas cofnął się o trzy dekady. Puste ulice przypominały bardziej scenografię filmową niż prawdziwe miasto. Zamknięte restauracje i kawiarnie, złożone meble w ogródkach. Przyzwyczajonych do nocnych odgłosów zabawy mieszkańców budziła w środku nocy niepokojąca cisza. W kolejce w sklepie znów można było spotkać sąsiadów. Skończyło się narzekanie na zajęte miejsca parkingowe.

– W początkowej fazie pandemii miałam wrażenie, że miasto odpoczywa – mówi Ewa Kowalska, właścicielka apartamentu na wynajem i przewodniczka po Gdańsku. – Cieszyła mnie cisza podczas wieczornych spacerów czy możliwość zrobienia w południe zdjęcia pustej ulicy Mariackiej. Nadszedł jednak moment, że odpoczynek przerodził się w smutek i tęsknotę za różnojęzycznym gwarem. Jako osoba posiadająca mieszkanie na wynajem krótkoterminowy tęsknię też za turystami osobiście.

Żyje się spokojniej

Ewa Kowalska dzieli osoby zajmujące się najmem krótkoterminowym na trzy grupy. Pierwsza to ci, którzy mają po kilkanaście lub kilkadziesiąt apartamentów, prowadzą poważny biznes i raczej nie widują swoich gości. Drudzy kupują jedno lub dwa mieszkania, które traktują jako lokatę kapitału i zlecają ich obsługę firmom zewnętrznym. Do trzeciej, najmniej licznej grupy, zalicza siebie.

– Mam jedno mieszkanie w sercu miasta i jestem z nim związana emocjonalnie – mówi. – Spotykam się z moimi gośćmi, rozmawiam z sąsiadami, dbam o podwórko. Co istotne – zyski z wynajmu nie są moim podstawowym źródłem utrzymania.

Przed pandemią Ewa przyjmowała prawie wyłącznie turystów z zagranicy. Odmawia tym, którzy chcą wynająć mieszkanie na jedną dobę, pochodzą z Trójmiasta albo nie mają żadnych opinii w serwisie Airbnb. W ten sposób unika imprezowiczów.

– Po ponadrocznej pandemii oczywiście odczuwam uszczerbek w finansach, co jest bolesne, ale dostrzegam też plusy – mówi. – Przede wszystkim znacznie częściej ja i moja rodzina mamy okazję korzystać z mieszkania. Lubię w nim być, lubię patrzeć przez okno na wieżę Bazyliki Mariackiej i na ulicę Piwną, nawet jeśli jest pusta. W wysokim sezonie turyści niemal mijają się w drzwiach, a to zawsze budzi pewien stres związany z logistyką. Dzisiaj tych emocji nie mam, żyję spokojniej, ale oczywiście tęsknię za moimi gośćmi – w każdym wymiarze.

Liczenie strat

Różnicę odczuwają restauratorzy z Sopotu, jeśli akurat mieli otwarte lokale. Obcokrajowcy wydają w kurorcie więcej pieniędzy na posiłki czy napoje. Robią też większe zakupy, częściej korzystają z dodatkowych usług – przewodników czy przewoźników.

Brakiem gości spoza Polski martwią się też władze Sopotu. W zeszłym roku tylko co dziesiąty turysta, który odwiedził kurort, miał zagraniczny paszport. 90 proc. gości przyjechało z różnych miejscowości w Polsce. – To niespotykane proporcje. Do tej pory odwiedzało nas ok. 60 proc. Polaków i 40 proc. obcokrajowców – podkreśla Magdalena Czarzyńska-Jachim, wiceprezydentka Sopotu.

Skalę turystyki w 35-tysięcznym Sopocie najdokładniej pokazuje liczba sprzedanych biletów na molo. Rok przed pandemią najsłynniejszym w Polsce drewnianym pomostem przespacerowało się ponad 1,17 mln osób. W 2020 r. sprzedało się ponad 420 tys. mniej biletów.

Obłożenie hoteli w lipcu zeszłego lata było niższe średnio o 30-40 proc. w porównaniu do 2019 r. Polscy turyści dopisali za to w Sopocie w sierpniu. W tym miesiącu 90 proc. miejsc w hotelach było zajętych, w niektórych terminach trudno było znaleźć nocleg.

– Poza sezonem przed pandemią w hotelach w Sopocie wykorzystana była około połowa miejsc noclegowych – mówi Katarzyna Choczaj z Urzędu Miasta w Sopocie. – W roku pandemii hotele przez długi czas w ogóle nie mogły działać, poniosły więc ogromną stratę.

Na Zooma zamiast nad morze

W czasie lockdownów, gdy hotele mogły przyjmować tylko gości podróżujących w sprawach zawodowych, okazało się, jak wiele tysięcy Polaków ciężko pracuje w wolne dni, weekendy i święta. Służbowy wyjazd całą rodziną do Sopotu, Krynicy Morskiej czy Helu umożliwiał ominięcie rządowych restrykcji i zasłużony odpoczynek w trakcie pandemii w modnej turystycznej miejscowości.

Prawdziwe życie konferencyjno-szkoleniowe jednak zamarło. A właściwie przeniosło się na Zooma lub Teamsy. Boleśnie odczuli to hotelarze. W Sopocie uczestnicy konferencji stanowią rocznie około jednej piątej wszystkich gości hotelowych. W dużych obiektach, z większym zapleczem konferencyjnym – nawet dwa razy tyle. Co ważne, konferencje odbywają się zwykle poza sezonem.

Szkolenia i imprezy firmowe w Sopocie upodobali sobie zwłaszcza Skandynawowie. – Od kilku lat mocno rozwijaliśmy w Sopocie turystykę konferencyjną – mówi Magdalena Czarzyńska-Jachim, wiceprezydentka Sopotu. – Promowaliśmy Sopot m.in. w Skandynawii jako dobre miejsce dla organizacji imprez firmowych czy konferencji. Przed pandemią w mieście odbywały się zarówno niewielkie zjazdy na kilkanaście osób, jak i duże wydarzenia dla ponad tysiąca uczestników. Brak takich turystów oznacza dla nas coś więcej niż spadek dochodu. Biznesmeni, dziennikarze, blogerzy wspominali o Sopocie w mediach społecznościowych, wrzucali stąd zdjęcia. Dzięki temu przyjeżdżali do nas kolejni turyści. Ten kanał marketingu był dla nas bardzo ważny.

Nie wiadomo, kiedy wrócą spotkania biznesowe. Umowy na nowe imprezy to w tej chwili rzadkość. Hotelarze liczą na to, że odbędą się chociaż wydarzenia przełożone z 2020 r. Ale do odrobienia strat jeszcze bardzo daleko.

W tym roku Sopot przymierza się m.in. do organizacji kolejnej edycji Europejskiego Forum Nowych Idei, które ściąga do kurortu wielu wpływowych gości – ekonomistów, polityków, ludzi kultury. W zeszłym roku EFNI się nie odbyło, w tym ma mieć charakter hybrydowy. Podobnie festiwal Literacki Sopot, na który każdego roku przyjeżdżali pisarze z innego kraju. Zeszłego lata, gdy gościem była Kanada, wielu autorów spoza Polski miało spotkania z widzami online.

Miejsca mniej oczywiste

W wielu miejscowościach na Pomorzu, odwiedzanych do tej pory głównie przez turystów krajowych, w zeszłym roku, choć w dużo mniejszej liczbie, pojawili się zmotoryzowani goście z zagranicy – głównie z Niemiec, Litwy i Czech. Zapełniły się kempingi i parkingi dla kamperów. W sezonie trudno niektórym było znaleźć wolne miejsce.

– Region pomorski okazał się atrakcyjny dla turystów z krajów sąsiadujących z Polską, którzy mogli dotrzeć na miejsce samochodem – mówi Łukasz Magrian, dyrektor Pomorskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej. – Czechów, którzy chętnie wypoczywają nad Balatonem czy Adriatykiem, w tym roku przyciągał również Bałtyk. W okresach, gdy otwarte były granice, docierali też do nas przez Warmię i Mazury turyści z Litwy. Dla Niemców Pomorze to region, który znają już od dawna i chętnie odwiedzają. Goście rok temu szukali innych form spędzania czasu, popularna była turystyka rowerowa i inne formy aktywnego odpoczynku. W pandemii szukali odpoczynku nie tylko w dużych miastach. Na popularności zyskały mniej znane miejscowości na Pomorzu. – W tym roku może być podobnie. Mamy dużo terenów zielonych na Kaszubach, Kociewiu i Żuławach, mamy też wiele kilometrów plaż, nie tylko w najbardziej znanych miejscowościach. Nawet duże miasta w czasie pandemii stawiały na mniej oczywiste obszary rekreacyjne. Sopot to nie tylko Monciak, ale również Trójmiejski Park Krajobrazowy czy Opera Leśna, na plaży w Gdyni można wypocząć nie tylko w Śródmieściu, ale również na Babich Dołach, a w Gdańsku wykąpać się nie tylko w Jelitkowie, ale również w Sobieszewie – mówi Łukasz Magrian.

W tym roku turyści z Polski również szukają miejsc na wakacyjny odpoczynek na Pomorzu w mniejszych, mniej popularnych ośrodkach. Na turystów zagranicznych Gdańsk, Gdynia czy Sopot wciąż działają jak magnes. Ilu ich przyjedzie, zależy od przebiegu pandemii, przywracania lotów, zamykania i otwierania granic. Podczas ich nieobecności miasta mają czas, żeby złapać oddech.

Supermiasta
CZYTAJ WIĘCEJ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.