Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Magdalena Kursa: Turystyka nie tylko odrodzi się po pandemii, ale nawet eksploduje – powiedział mi pan, gdy umawialiśmy się na wywiad…

Dr hab. Mirosław Mika, kierownik Zakładu Gospodarki Turystycznej i Uzdrowiskowej w Instytucie Geografii Uniwersytetu Jagiellońskiego: – Tak sądzę, bo od ponad roku mamy do czynienia z tłumieniem popytu turystycznego poprzez odgórne regulacje. Tymczasem u podłoża turystyki leżą podstawowe potrzeby człowieka: odpoczynku i poznawania. Ludzie zawsze będą potrzebowali podróży.

Czyli w naszych miastach nadal będą się tliły konflikty między turystami a mieszkańcami. A skoro turystyka ma jeszcze przybrać na sile, to napięcie będzie może jeszcze większe niż dotychczas.

– Głośne zabawy, chęć odreagowania to niestety cechy masowej konsumpcji turystycznej. Natura turystyki tkwi w odrywaniu się od codzienności. Podczas wakacji ludzie zachowują się nieco inaczej, tzn. luźniej niż zwykle. Turystyka masowa jest więc niestety nośnikiem hałasu i konfliktów, ale jest też nośnikiem transferu pieniędzy i czynnikiem pobudzającym inwestycje. To jest potężny globalny biznes, który dla wielu regionów i miast świata jest jednym z czynników rozwoju społeczno-gospodarczego, a dla niektórych jest wręcz podstawowym czynnikiem tego rozwoju.

Podczas pandemii utarło się przekonanie, że po czasach lockdownu będziemy podróżować bardziej rozważnie, ekologicznie, że ten czas zatrzymania w domach skłoni nas do przemyślenia dotychczasowej masowej turystyki. 

– Jestem realistą, wciąż dyskutuje się kwestie zrównoważonej turystyki, ale nadal nie ma zgody, co się kryje pod tym określeniem. Powiedzmy sobie szczerze: mówiąc o turystyce zrównoważonej, mówimy o szukaniu czynników, które spowodują, że turyści będą bardziej skłonni do ograniczania swych potrzeb, że sami będą chcieli być bardziej ekologiczni, bardziej odpowiedzialni. Prowadzone na świecie badania wskazują jednak, że turyści na ogół nie mają woli ku takiemu samoograniczaniu się. Ludzie na wakacjach nadal będą chcieli odreagować, zwłaszcza teraz po pełnym napięć okresie pandemii.

Poza tym w globalny obieg turystyki weszli już mieszkańcy tzw. nowych rynków – krajów azjatyckich: Chin czy Indii, a także Ameryki Łacińskiej. Wątpię, aby propozycja samoograniczania się w turystyce była dla nich atrakcyjna – jest raczej wola poznawania i eksploracji świata. Oczywiście, wiadomo, że są osoby czy środowiska przekonane do tzw. zrównoważonych rozwiązań, osoby takie podróżują odpowiedzialnie i świadomie. Główny nurt zachowań jest jednak inny.

To może miasta same powinny zachęcić turystów do nieco spokojniejszego zwiedzania? Niektóre metropolie proponują przyjezdnym, by przez chwilę poczuli się u nich jak u siebie, jakby byli mieszkańcami.

– Moim zdaniem to sposób na budowanie wizerunku, a więc pośrednio również na przyciąganie ludzi i rozwijanie turystyki w danym miejscu.

Kraków przygotował kampanię „Respect", która uświadomić turystom, że powinni uszanować potrzeby stałych mieszkańców.

– To bardzo szlachetne inicjatywy, ale musimy trochę poczekać, by sprawdzić, czy są skuteczne. Konflikty pojawią się tam, gdzie z jednej przestrzeni korzystają różni użytkownicy i gdy jedni ograniczają możliwości działania drugich. Wtedy tworzy się napięcie – widać to np. w Krakowie na Starym Mieście, które wciąż jest strefą mieszkalną. Co prawda liczba stałych mieszkańców na Starym Mieście stopniowo się zmniejsza, ale konflikt będzie obecny, dopóki turyści nie przestaną masowo przyjeżdżać, bądź dopóki dzielnica staromiejska nie przestanie pełnić funkcji mieszkalnej.

Jest jeszcze wariant kompromisowy, czyli zrównoważona turystyka, która uwzględniałaby potrzeby wszystkich: mieszkańców, którzy chcą spać w nocy, i turystów chcących usiąść wieczorem w kawiarni w centrum miasta. A tych, którzy są głośni, powinny uciszać patrole służb.

– Oczywiście, służby muszą interweniować, to się dzieje, ale nie zawsze przynosi efekty. Poza tym nie mówię teraz o ostrym konflikcie na linii mieszkańcy – turyści, a o pewnym napięciu społecznym. Rozwój turystyki to tak żywiołowy proces – mówię o rozwoju gastronomii, obiektów noclegowych, o sposobach przemieszczania się turystów, że właściwie musielibyśmy wprowadzić bardzo rozległą strefę regulacyjną, by nad tym zapanować. Ale turystyka bardzo nie lubi ograniczeń.

Co więc doradzałby pan prezydentom najbardziej turystycznych miast w Polsce?

– Nie istnieje magiczna różdżka, która rozwiązałaby problemy wszystkich miast. Każdą sytuację trzeba bardzo dobrze zbadać, zobaczyć, gdzie są konflikty, powołać grupę ekspertów, by przedstawili rozwiązania.

Jedną z cech turystyki jest to, że nie da się nią łatwo sterować. Ja uważam, że najbardziej efektywnym działaniem, które eliminuje konflikty, jest polityka tworzenia stref turystycznych i potem odpowiednie nimi zarządzanie.

Ale gdy gdzieś jedziemy, nie chcemy mieszkać w getcie dla turystów, wolimy wtopić się w miasto, poczuć jego atmosferę.

– Nie mówię o zwiedzaniu, ale o strefach klubów nocnych, dyskotek, gdzie turyści przychodzą, by się pobawić.

W miastach chodzą tam, gdzie mieszkańcy, czyli przeważnie do klubów w śródmieściu.

– Z moich doświadczeń wynika, że turystyką można sterować tylko na początkowym etapie jej rozwoju w danym miejscu. Jeśli chodzi o duże miasta, to ich władze mają bardzo ograniczone możliwości, oczywiście poza wprowadzaniem regulacji, ale pytanie, czy chcemy to robić.

Gdy rozmawiamy o regulacjach, od razu przychodzi mi na myśl najem krótkoterminowy.

– Udostępnianie własnych zasobów mieszkaniowych turystom to zjawisko znane od dawna. W przeszłości wynajmowało się pokój u gospodarzy czy znajomych – inne to były zasoby, inaczej to było zorganizowane, ale tak naprawdę najem krótkoterminowy nie jest niczym innym jak rozwinięciem się tamtego zjawiska na skalę masową i to w miastach.

Rozwój tej formy wynajmu trudno powstrzymać, zwłaszcza że generuje ogromne przychody. Można ją ograniczyć, ale tylko konkretnymi regulacjami i kontrolami, inaczej się nie da, bo to bardzo żywiołowy proces, dotyczący prywatnych zasobów mieszkaniowych.

Czytałam pana opracowanie o turystycznych miejscowościach w Beskidzie. Tam większość mieszkańców wita przyjezdnych z otwartymi rękami, ale też większość czerpie zyski z ich odwiedzin. W miastach jest inaczej – nie wszyscy korzystają z biznesu turystycznego

– Miasta są wielofunkcyjne, oferują rozmaite możliwości rozwoju osobistego, nie tylko świadczenia usług turystycznych, pracę w sektorze turystycznym czy powiązanych z nim biznesów.

Wielu mieszkańców nie jest więc włączonych w łańcuch korzyści, które turystyka generuje, a jedynie ponosi koszty wynikające z rozwoju turystycznego. To wpływa na ich nastawienie do przyjezdnych.

Co więc zrobić, by mieszkańcy miast byli bardziej włączeni w ten łańcuch korzyści płynących turystyki?

– To, czy z pieniędzy, które zostawiają turyści, skorzystają wszyscy mieszkańcy danego miasta, zależy od politycznych decyzji władz lokalnych, od tego, jak będą chciały lokować te środki. Ale mogę powiedzieć, że jak się przyglądamy budżetom miejscowości turystycznych w Polsce, to widać, że te pieniądze są przeznaczane na przykład na dofinansowanie różnych działań socjalnych czy na szkoły, a więc na rozwój lokalny, tylko nie zawsze mieszkańcy mają tego świadomość.

Odchodząc od tego tematu, myślę, że wiele problemów z turystami ma według mnie charakter bardziej medialny niż realny. Czytałem np. nieraz, że w Krakowie mieliśmy do czynienia z tzw. overtourismem, ale prowadzone przez nas przed pandemią bardzo szerokie badania wśród mieszkańców Starego Miasta pokazały, że ta teza była raczej fałszywa. Owszem, zdarzają się sytuacje napięć, są mieszkańcy, którzy odczuwają negatywne skutki turystyki masowej, ale nie mieliśmy takiej sytuacji jak w Barcelonie, gdzie została przekroczona masa krytyczna akceptacji społecznej dla turystyki – a na tym właśnie polega overtourism. W Sopocie, Krakowie, Zakopanem społeczność lokalna miała czas, by zaadaptować się do ruchu turystycznego. Przecież on nie pojawił się nagle. Sami o niego zabiegaliśmy, promowaliśmy nasze miasta i tworzyliśmy połączenia z lotniskami.

Supermiasta
CZYTAJ WIĘCEJ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.