Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ochrona środowiska – obok ochrony zdrowia, edukacji i funduszy unijnych – była jednym z głównych tematów obrad Konwentu Marszałków, który odbył się 24 września w Zielonej Górze.

Czy Polska jest krajem katastrofy ekologicznej? – pytano. – Bywa takim krajem, a była bez wątpienia u schyłku PRL – odpowiadał Michał Olszewski, redaktor naczelny „Wyborczej” w Krakowie, koordynator projektu „Jedna planeta, jedno życie. Woda”.

W 1988 r. polski przemysł emitował do atmosfery ponad 4 mln ton dwutlenku siarki, 1,5 mln ton tlenku azotu, 457 mln ton dwutlenku węgla. Z 882 miast w Polsce zaledwie 274 miały biologiczne oczyszczalnie ścieków, a 172 oczyszczalnie mechaniczne. W pozostałych ścieki płynęły prosto do rzek i jezior. Aż 40 proc. wód uznawano za pozaklasowe. – Myślę, że wszyscy pamiętamy, jak wyglądały wtedy Góry Izerskie. Z nieba padał tam rozcieńczony kwas siarkowy – mówił Olszewski. Wyliczał, że na hałdach przy zakładach przemysłowych leżała fortuna w postaci niewykorzystanych surowców wtórnych. – Ich ówczesną wartość szacuje się na 18 mld dol. Zamiast przynosić dochód, zanieczyszczały środowisko – opowiadał.

Ze śmieciami, w czym był ogromny udział samorządów gminnych i wojewódzkich, Polska sobie poradziła. Mieszkańcy nauczyli się segregować śmieci, a firmy na nich zarabiać. W kraju działa prawie 1,8 tys. oczyszczalni, zredukowano znacznie emisje gazów. Widać to po wspomnianych Izerach. Dziś ponownie góry porastają lasy.

Dobrobyt i ekologia

– Tyle tylko, że jedne zagrożenia wymieniliśmy na inne. Stąd moje pesymizm i frustracja – tłumaczył Olszewski. – W sezonie zimowym nadal są momenty, kiedy w Lądku-Zdroju albo Szczawnicy nie da się oddychać. Zwiększyła się liczba oczyszczalni, ale wciąż pogarsza się jakość wody w rzekach i jeziorach. Mówią o tym dane GUS – zaznaczał. – Wykorzystujemy wtórnie surowce, ale śmiecimy na potęgę, jak nigdy wcześniej – idziemy w kierunku kilkuset kilogramów na osobę. A jedną z największych katastrof ostatnich 30 lat było doprowadzenie do chaosu przestrzennego. Miasta są drogie w utrzymaniu, zamiast zmierzać ku kompaktowości, rozlewają się na przedmieściach. – Skutkuje to gigantycznymi kosztami, rodzi kłopoty z ochroną środowiska. Z tak dużym problemem nie poradzimy sobie przez kilka następnych dekad. – Nie zburzymy przecież domów na przedmieściach i nie nakażemy ludziom, żeby przenieśli się bliżej centrów – tłumaczył.

Podczas obrad wspominano Macieja Nowickiego, jednego z najlepszych ministrów ochrony środowiska. Zapytany, dlaczego rządy i samorządy ochronę środowiska uważają za kulę u nogi i diabła nasłanego z Brukseli, odpowiadał: – W PRL wmówiono nam, by odkładać sprawy ekologii na później, bo jesteśmy za biedni. Słyszeliśmy, że zajmiemy się tym, gdy kraj się wzbogaci. Tyle że jeśli nie nauczymy się chronić środowiska, nigdy się nie wzbogacimy.

Gdy Polska wysycha i płonie

Paweł Szypulski z Greenpeace Polska opowiadał podczas konwentu, że świat stoi na granicy katastrofy. Do Polski wiele zjawisk jeszcze nie dotarło, ale inne już tak – jak dotkliwe susze i gwałtowne powodzie. – Mamy rzeki, które potrafią wysychać, i pożary, które są pocztówkami z przeszłości – mówił Szypulski. Płonąca Biebrza przypomina obrazki znane z Amazonii czy Australii. – To efekt długotrwałej suszy i złej gospodarki wodnej. Biebrza, podobnie jak wiele polskich bagien, była osuszana w PRL – wyjaśniał lider Greenpeace.

Twierdzi, że ważniejsza od technologii i inwestycji jest zmiana myślenia i postrzegania miejsca ekologii. – Musimy zrozumieć, że kryzys klimatyczny równa się kryzysowi społecznemu. Nie da się tego rozdzielić. Nie możemy myśleć o ekologii w ten sposób, że to tylko kwestia zainstalowania lepszych instalacji, wymiany sieci przesyłowych czy zamiany gazu na OZE. To tak nie działa – mówił Szypulski. – Stworzenie nowej będzie wymagało trudnych zmian. Już dziś powinniśmy uczyć się od Walii, jak poradzić sobie z ludźmi po likwidacji kopalń. Czeka nas odejście od węgla, i to w tempie szokująco szybkim. Nie uda nam się przekonać klimatu, żeby ocieplał się wolniej, bo nie zgadza się z naszymi celami gospodarczymi. Zielony Ład, jaki proponuje Unia, z radykalnym obniżeniem emisji CO2, się wydarzy. Z nową polityką energetyczną, czyli rozproszonymi źródłami energii, polityką transportową i mieszkaniową. Za 20 lat będziemy żyć w innym kraju. Musimy się zmienić, by przetrwać.

By strażak nie gasił wodą pitną

Regiony dostrzegają zagrożenia kryzysu klimatycznego – zapewniają urzędnicy. – Na Mazowszu widzimy to bardzo wyraźnie. Już w zeszłym roku dotowaliśmy studnie głębinowe, bo w wielu miejscach brakowało wody dla zwierząt w gospodarstwach – mówi Janina Orzełowska, członek zarządu woj. mazowieckiego. – Prawda jest jednak taka, że mamy związane ręce, bo rząd odebrał samorządom kompetencje. Pojawił się pomysł, by zająć się małą retencją i wsparciem spółek wodnych, by w rowach, które już mamy, zamontować zasuwy do przetrzymywania wody. To jest tanie, skuteczne. Można by to zrobić, niestety, nie jest to własność samorządów ani spółek. Bardzo ważne są też poldery, ale znów: rząd zmniejszył odległość zagospodarowania przy ciekach wodnych ze 100 do 50 m. Wystarczy, że nie jest to obszar Natura 2000, by było łatwiej o budowę.

Orzełowska proponuje: – Niskim kosztem moglibyśmy wrócić do ustawiania zbiorników przy każdej remizie strażackiej. Dzisiaj strażacy gaszą przecież pożary wodą pitną.

– Jestem większym optymistą niż jeszcze rok temu – dodaje Piotr Pilch, wicemarszałek woj. podkarpackiego. – Ludzie zaczęli zwracać uwagę na segregację odpadów, wymieniają piece, korzystają z dofinansowań do małej retencji. Wzrasta też zainteresowanie fotowoltaiką, sam zainstalowałem kilkuwatową elektrownię. Kiedy widzę, ile osób się na to decyduje, trudno nie mówić o przełomie.

Stanisław Wziątek z zarządu woj. zachodniopomorskiego: – To, o czym mówimy, nazwałbym filozofią życia i działania. To jest kwestia przewartościowania sposobu naszego funkcjonowania. Najważniejsze jest to, żeby działania wszystkich szczebli były spójne i żebyśmy mieli przeświadczenie, że wszyscy zgadzamy się co do tej filozofii. Tylko wtedy to będzie miało sens. I da efekt w skali kraju.

Elżbieta Polak, marszałek woj. lubuskiego: – W naszym regionie, mocno dotkniętym suszami, deficytem energetycznym, dostrzegamy cichą katastrofę. Dlatego od lat mamy program, który nazwaliśmy „krainą zielonych technologii”. Znakiem różnych inwestycji, w tym w szpitalach, jest oszczędność energii czy fotowoltaika.

Rolnik a bóbr

Michał Olszewski przekonywał samorządowców, że lepszy skutek przyniosą mikroinwestycje wodne, a nie te wielkie „przeskalowane”. Nawodnienie kraju nie będzie jednak możliwe bez porozumienia z rolnikami, np. w sprawie bobrów. W Polsce żyje ich ok. 100 tys. – Prof. Mateusz Grygoruk dokonał wyliczeń, z których wynika, że średni koszt zretencjonowania metra sześciennego wody w niewielkich sztucznych zbiornikach wynosi jakieś 2 zł. Oznacza to, że hektar bobrowego rozlewiska daje oszczędność rzędu kilkunastu tysięcy złotych. Pomnożone przez liczbę bobrów daje nam to darmową pracę na rzecz kraju o wartości rzędu dziesiątków, a niektórzy twierdzą, że nawet setek milionów złotych rocznie – przywoływał.

1,5 tys. bobrów ma zostać odstrzelonych na terenie województwa mazowieckiego, z czego ponad 400 w regionie radomskim.1,5 tys. bobrów ma zostać odstrzelonych na terenie województwa mazowieckiego, z czego ponad 400 w regionie radomskim. Fot. Archiwum

Tymczasem dla rolników bóbr to wróg, bo doprowadza do zalewania pól uprawnych. – Powinni dostać uczciwe rekompensaty i zgodzić się na oddanie przyrodzie tego, co zabraliśmy jej dziesiątki lat temu. Leży to w naszym ekonomicznym interesie – mówił Olszewski.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.