Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przemysław Jedlecki: Koronawirus zaczyna nam powszednieć, miasta nauczyły się już z nim żyć. Pytanie: czy zmienił je na zawsze?

Katarzyna Sztop-Rutkowska*: Wydaje mi się, że jednak nie. Początkowo, gdy pandemia dotarła do Polski i obowiązywał lockdown, wszyscy byliśmy w szoku, bo miasta zamarły. To był szczególny moment, ale później zaczęliśmy wracać do w miarę normalnego życia. Dlatego sądzę, że zmiany, które początkowo pojawiły się w miastach, a być może raczej nadzieje na nie, były na wyrost. To się wiąże z kwestią ludzkiej pamięci. Podobnie było z epidemią hiszpanki na początku XX wieku. Okazało się, że pamięć o chorobie, która zabiła wiele milionów osób, była dość ulotna. Ludzie bardziej pamiętali I wojnę światową. Niemniej uważam, że pandemia koronawirusa może wzmocnić pewne zmiany w miastach.

Jakie?

– Mam na myśli przede wszystkim kwestie polityczno-finansowe. Jeszcze przed koronawirusem było jasne, że finanse polskich samorządów są w gorszym stanie niż kiedyś. Wpływ miały na to decyzje rządu, np. w kwestii podatku PIT. Wiadomo też, że od lat subwencja oświatowa pokrywa tylko część wydatków miast na edukację. W czasie pandemii wydatki miast wzrosły, natomiast dochody spadły. To moim zdaniem oznacza, że nasili się spór między rządem i samorządem. Brak współpracy i zrozumienia jest bardzo newralgiczną kwestią.

Część samorządowców mówi, że w kasie pusto, ale nie chce rezygnować z dużych inwestycji, takich jak stadiony czy hale sportowe.

– Każde miasto ma swoją specyfikę i potrzeby. W Białymstoku, gdzie mieszkam, zapadła np. decyzja o zmniejszeniu skali niektórych inwestycji, w tym drogowych. Część prezydentów prędzej czy później będzie musiała się zastanowić nad wydatkami. Warto jednak pamiętać, że wiele dużych inwestycji jest opartych na unijnych dotacjach, więc trudno byłoby z nich zrezygnować. Z drugiej jednak strony liczę na refleksję, czy na pewno wszystko jest nam, mieszkańcom, potrzebne. Ale jest też tak, że część inwestycji ma charakter polityczno-wyborczy. Jeśli prezydent obiecał jakąś budowę przed wyborami, to będzie ją chciał dokończyć. Inna sprawa, czy stadion, park wodny albo hala sportowa będą rentowne i sensownie wykorzystywane. Pandemia nie uzdrowi nam polityki i nie zmieni mentalności części samorządowców. Niestety, logika polityka jest zbyt często ważniejsza niż ekonomiczna czy społeczna racjonalność.

A czy pandemia ujawniła jakieś słabe i mocne strony miast?

– Moim zdaniem dobrze rokuje kwestia małej rewolucji cyfrowej urzędów miast oraz ich instytucji. W czasie zamknięcia okazało się, że mieszkańcy mogą korzystać przez internet z wielu usług nie tylko państwa, ale również gmin. Dość powiedzieć, że w marcu było o 200 tys. więcej wniosków o profil zaufany niż na początku roku. Korzystanie z internetu, by załatwić urzędową sprawę, stało się powszechniejsze niż kiedyś. Wydaje mi się, że w naturalny sposób przetestowaliśmy cyfrowe usługi miejskie. Teraz ważne jest to, jakie wnioski wyciągną z tego urzędy. Czy śledziły drożność i tempo załatwianych w ten sposób spraw? Czy urzędnicy i mieszkańcy radzili sobie z obsługą formularzy? Czy są napisane na tyle prostym językiem, że potrafi sobie z nimi poradzić również ktoś, kto na co dzień nie korzysta z komputera? To kluczowe, bo e-usługi to przyszłość działania miast. Może warto pójść za ciosem i nagrać krótkie filmiki z instrukcjami, jak np. zapisać się do e-kolejki?

Mam też nadzieję, że pojawią się nowe proaktywne e-usługi świadczone przez urzędy. Świetną opcją byłoby informowanie mieszkańców o każdej ważnej decyzji dotyczącej ich ulicy czy dzielnicy. Mieszkaniec sam zaznaczałby obszar, który go interesuje, a następnie dostawałby alerty, że ktoś np. złożył wniosek o warunki zabudowy, że ma być wycięte drzewo albo planowany jest awaryjny remont drogi. To powinien być nasz cel. Takie działania sprawiłyby, że urząd działałby w sposób jeszcze bardziej przejrzysty, a mieszkańcy w większym stopniu czuliby się gospodarzami miasta i byliby zdecydowanie lepiej poinformowani.

Pojawiły się jakieś wady?

– W czasie pandemii wielu prezydentów zaczęło się bezpośrednio komunikować z mieszkańcami. Zapraszali na rozmowy na żywo w internecie. To były bardzo dobre inicjatywy, które w zasadzie powinny być standardem. Niestety, wraz z oswajaniem się przez nas z pandemią ten sposób rozmowy z mieszkańcami zdecydowana większość z nich zarzuciła. Wróciła stara metoda suchych komunikatów prasowych czy jeszcze gorzej – urzędowych wpisów w biuletynach informacji publicznej. Szkoda, bo rozmowy z mieszkańcami są naprawdę ważne.

Myślę, że część samorządowców nie zarzuciła tego zwyczaju ze złej woli. Na pewno był to dla nich duży wysiłek, to przecież dodatkowa praca prezydenta oraz jego współpracowników. Ale z drugiej strony część samorządowców pewnie się przekonała, że w czasie takich spotkań internetowych padają też niewygodne pytania czy uwagi ze strony widzów. Myślę jednak, że z czasem ten sposób komunikacji wróci i się utrwali. Ludzie oczekują bezpośredniej rozmowy, a technologie, które stale się rozwijają, tylko to ułatwiają.

Ogromna zmiana dotknęła też komunikację publiczną. Spadki liczby pasażerów sięgnęły 90 proc.

– To cios dla miast. W wielu z nich od dłuższego czasu transport publiczny miał dobre opinie. Inwestowano w tabor, budowano linie tramwajowe, centra przesiadkowe… I nagle to wszystko okazało się niepotrzebne. Przed miastami jest teraz ogromny wysiłek, by przekonać mieszkańców do powrotu do komunikacji publicznej. Część z nich wybiera  samochód czy rower, który jest akurat dobrym, ekologicznym rozwiązaniem. Warto jednak podkreślić, że spadek liczby pasażerów to efekt strachu. Chyba nie do końca uzasadnionego, bo praktycznie nigdzie autobus, tramwaj czy pociąg nie okazały się poważnym ogniskiem koronawirusa.

Miasta w czasie pandemii znacząco ograniczyły połączenia komunikacji miejskiej, co można było zrozumieć. Dziwią jednak decyzje o podtrzymywaniu dalszych ograniczeń. Gospodarka, szkoły funkcjonują już prawie normalnie, a komunikacja wciąż jest częściowo zawieszona. Zmniejszenie liczby kursów czy podwyżka cen biletów to wygaszanie popytu. Gdy ktoś wsiądzie do samochodu, trudno będzie go potem przekonać do tramwaju czy autobusu. Tym bardziej oferując mu gorsze warunki. Widać wciąż błędne myślenie o transporcie publicznym jeszcze sprzed pandemii. Moim zdaniem transport należy traktować jako usługę publiczną, a nie coś, co ma się bilansować czy przynosić zyski, które są gdzie indziej: w czystym powietrzu, mniejszych korkach itd. Uważam, że mieszkańcy wrócą do komunikacji publicznej, jeśli dostaną lepszą niż kiedyś ofertę. Tak to działa, tu nie ma żadnej magii. Jeśli połączenia są częste, a parkingi dla samochodów drogie, to lepiej wybrać autobus. Pandemia tej zasady nie zmieniła.

Ostatnie miesiące przyniosły także wzrost sprzedaży rowerów.

– W Polsce wciąż jesteśmy przed rewolucją rowerową. Brakuje nam infrastruktury, ale coraz więcej osób rozumie, że rower to sposób poruszania się po mieście, a nie tylko przedmiot służący rekreacji. Sprzyja też temu pogoda. W zasadzie nie mamy już śnieżnych zim, więc przy odrobinie chęci rowerem da się jeździć przez cały rok. To kolejny trend, który jest nie do zatrzymania.

To oznacza, że polskie miasta powinny trochę inaczej się rozwijać niż do tej pory.

– Owszem. Pandemia to również dobry moment na refleksję o tym, czym w ogóle jest rozwój. Nowe budynki, stadiony, drogi? Na pewno, ale jest coś jeszcze, co często rządzącym ucieka. To sieci społeczne, które tak naprawdę decydują o tym, jak miasto przetrwa kryzysową sytuację. W pandemii bardzo ważne okazały się relacje sąsiedzkie. Ludzie wspierali się w czasie kwarantanny, robili sobie zakupy, wyprowadzali psy. Coś takiego trudno przecenić. Siłą miasta okazują się jego mieszkańcy, którzy żyją tuż obok siebie w dużym zagęszczeniu. Ludzie się znają albo poznają i wzajemnie wspierają. Są badania, które mówią o tym, że trakcie upałów w Chicago w latach 90. to właśnie dzięki pomocy sąsiedzkiej udało się ocalić wiele istnień.

Jak wzmocnić relacje między ludźmi w miastach?

– Konieczne jest budowanie infrastruktury społecznej, czyli tzw. miejsc trzecich. To takie punkty, w których ludzie mogą się ze sobą spotykać. Może to być skwer albo niewielki ogródek pod blokiem. Takimi miejscami, szczególnie w mniejszych miejscowościach, mogą być też biblioteki, gdzie są nie tylko książki, ale również dostęp do internetu, salka do spotkań. Byłoby dobrze, gdyby samorządowcy docenili takie miejsca i mądrze współtworzyli dobrej jakości sieci społeczne.

*Dr Katarzyna Sztop-Rutkowska to socjolożka łącząca naukę z działaniem praktycznym. Jak sama mówi, „uprawia socjologię publiczną i zaangażowaną”. Jest wykładowczynią w Instytucie Socjologii na Uniwersytecie w Białymstoku. Zainicjowała i obecnie zarządza fundacją Laboratorium Badań i Działań Społecznych „SocLab”, w której zajmuje się kwestiami partycypacji społecznej, nowych technologii i budowania mostów porozumienia między mieszkańcami a władzami lokalnymi.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.