Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Koniec 2019 r. Na zewnątrz mroźno. Nieprzyjemny wiatr wbija się w nozdrza. W Krakowie co rusz ktoś sprawdza poziom zanieczyszczenia pyłami. O smogu rozmawia się i w tramwaju, i w knajpce na lunchu. Za oknami zima, ale stężenie trujących pyłów mniejsze niż przed rokiem. Radość jednak umiarkowana, bo Kraków, choć zrobił ogromny krok w walce ze smogiem, wprowadził zakaz palenia węglem, to wciąż dymi jeszcze kilka tysięcy pieców w mieście.

Jak ukarać takiego człowieka?

Edyta Pokuta i Zbyszek Kaczmarczyk, strażnicy miejscy, odbierają kolejny telefon z interwencją. „Śmierdzi, dymi. Sąsiad pali węglem, albo jeszcze czymś gorszym. Przyjedźcie”.

Jadą. Gęsty dym widać z oddali. Zatrzymują się obok niewielkiej przybudówki. Wokół wille z okresu międzywojennego, wiosną kwitną tu rozłożyste drzewa i zasłaniają stary budynek gospodarczy. Teraz rzuca się w oczy.

Wchodzą. W środku półmrok. Starszy mężczyzna nie za bardzo rozumie, o co chodzi, co robią u niego strażnicy, czego chcą. Strażnicy cierpliwie tłumaczą, ale mężczyzna jest coraz bardziej zagubiony. Tak, pali węglem. W piecu się żarzy. Nie wie, że nie wolno, bo skąd ma wiedzieć? Żyje sam, trudno się z nim komunikować, w środku ani radia, ani telewizji.

Strażnicy chcą zapalić światło. Nie da się. Starszy pan nie ma ma prądu i wody. Pomieszczenie, w którym żyje oświetla świeczkami. Wodę przynosi mu sąsiad. Wtedy mężczyzna na piecu węglowym gotuje wodę na herbatę i na kąpiel w misce.

Zbigniew Kaczmarczyk, strażnik miejski kontroluje, czym palą w piecach mieszkańcy KrakowaZbigniew Kaczmarczyk, strażnik miejski kontroluje, czym palą w piecach mieszkańcy Krakowa Archiwum prywatne

– Jak ukarać takiego człowieka? – pyta Zbyszek Kaczmarczyk. – Moglibyśmy nałożyć mandat, bo łamie przepisy, skierować sprawę do sądu, ale to nie rozwiąże problemu – mówi.

Zbyszek z Edytą siadają więc i spokojnie rozmawiają ze starszym mężczyzną. Okazuje się, że od 20 lat nie ma dowodu osobistego. Żadnych podpisanych umów. Dla systemu nie istnieje. Dzwonią po pracownice Miejskiego Ośrodka Opieki Społecznej i po psychologa. Będą namawiać mężczyznę, żeby pozwolił sobie pomóc: podłączył prąd i zmienił sposób ogrzewania, bo węgiel w mieście zakazany.

Wychodzona zmiana

Zakaz palenia paliwami stałymi zaczął obowiązywać w Krakowie 1 września 2019 r. Od tego momentu w stolicy Małopolski dopuszczone jest stosowanie ciepła sieciowego, energii elektrycznej, pomp ciepła, instalacji fotowoltaicznych i kolektorów słonecznych. Oznacza to, że w Krakowie nie tylko nie można ogrzewać domów węglem i drewnem. Przepisy zakazują też okazjonalnego stosowania kominków, użytkowania ciężkich grillów stacjonarnych (można używać tylko grillów przenośnych), wędzarni, suszarni czy wykorzystywania paliw stałych w gastronomii.

Zgodnie z uchwałą, bez ograniczeń użytkować można urządzenia, które działają sezonowo w punktach przenośnej gastronomii, nie są one bowiem instalacją. Urządzenia działające w punktach gastronomicznych przez cały rok niezmiennie w tym samym miejscu oraz urządzenia posadowione na stałe, jak np. ciężkie grille ogrodowe, są zabronione. Wyjątkiem są sytuacje, gdy instalacja jest przystosowana do obsługi ponad 500 osób na dobę. – To historyczne przepisy – powtarzają miejscy urzędnicy – bo Kraków jest pierwszym i wciąż jedynym miastem, które zdecydowało się na tak radykalne regulacje, by obniżyć poziom zanieczyszczeń. Po krakowskich przepisach swoje uchwały przyjęła większość województw w Polsce, żadne jednak nie zdecydowało się na dobre pożegnać z węglem.

Ale łatwo nie było. Mieszkańcy Krakowa o uchwałę antysmogową walczyli od 2012 r. To właśnie wtedy na ulice miasta wyszły setki osób domagając się czystego powietrza.

Złość na smog

Andrzej Guła, szef Krakowskiego Alarmu Smogowego, współorganizator protestów wspomina: – Siedzieliśmy ze znajomymi wieczorem, za oknem poziomy pyłów znowu pikowały w górę, między nami bawiły się dzieci, a my rozmawialiśmy, że mamy już dość. Od słowa do słowa pojawił się pomysł marszu, petycji do władz miasta. Byliśmy nakręceni, ale jak przyszło do organizacji protestu, to się przestraszyliśmy, że nikt nie przyjdzie, że nikogo to nie zainteresuje. Tymczasem, gdy rzuciliśmy hasło na Facebooku, ludzie zaczęli pisać, że założą na twarz maseczki, przyniosą transparenty, wezmą puste wózki dziecięce albo maskotki na znak, że nie mogą wyjść z dziećmi na spacer. Gdy przez Rynek Główny przeszedł ponadtysięczny tłum, wiedzieliśmy, że ta złość na smog, która w ludziach kumulowała się od lat, teraz wybuchła.

Potem były kolejne akcje. Zakładanie maseczki antysmogowej na pomnik Mickiewicza albo marsze żałobne z trumną. Zaczęli dołączać naukowcy, lekarze, artyści, jak Andrzej Wajda, Grzegorz Turnau, Zbigniew Wodecki czy Jerzy Stuhr. – Wychodziliśmy sobie te zmiany – mówi Andrzej Guła.

Pierwsza uchwała zakazująca palenia węglem została przyjęta przez małopolski sejmik w 2013 r. Nim weszła w życie, została unieważniona przez Naczelny Sąd Administracyjny. Ale Kraków się nie poddał i w 2016 r. uchwałę przyjęto ponownie. Zanim jednak zaczęła obowiązywać we wrześniu 2019 r., Kraków ograniczył spalanie najgorszej jakości węgla.

Przez cały czas tego, czy mieszkańcy nie łamią przepisów, pilnowali strażnicy miejscy.

Strażnicy kontra wielki pies

– Nasze kontrole nie zaczęły się we wrześniu 2019 r., gdy wszedł w życie zakaz palenia węglem. Wcześniej kontrolowaliśmy, czy mieszkańcy nie palą odpadami, potem też jakiej jakości węglem palą, bo np. wprowadzono wymóg, że drewno może mieć maksymalnie 20 proc. wilgotności. Jeździliśmy więc do mieszkańców z urządzeniem do pomiaru wilgotności, sprawdzaliśmy dokumentację, co robią z odpadami, które generują. Ocenialiśmy certyfikaty dotyczące węgla, sprawdzaliśmy faktury, czy węgiel posiada atesty – opowiada Edyta.

Edyta Pokuta, strażniczka miejska podczas kontroli palenisk w KrakowieEdyta Pokuta, strażniczka miejska podczas kontroli palenisk w Krakowie Archiwum prywatne

Mieszkańcy różnie ich przyjmują. – Niedawno podjeżdżamy do miejsca, w którym ktoś zgłosił, że potrzebna jest interwencja. Ogromna brama, za nią wielki park i droga prowadząca do willi. Było już ciemno, jedziemy, brama się za nami zamyka. Za chwilę ponownie się otwiera, za nami jedzie jakiś samochód. Na miejscu drzwi otwiera kobieta, tłumaczymy, że interwencja, spalanie niedozwolonych paliw. Nagle z samochodu, który za nami jechał wysiada mężczyzna, mąż tej kobiety i zaczyna się awanturować. My cierpliwie uspokajamy, tłumaczymy, że mamy prawo wejść. W końcu wpuścił nas na chwilę, ale dalej krzyczy i po chwili wyrzuca z domu. Gdy tylko stanęliśmy na progu, zatrzasnął drzwi i wypuścił wielkiego psa. Staliśmy nieruchomo, nawet po telefon baliśmy się sięgnąć, bo nie wiedzieliśmy, jak pies może zareagować. W końcu żona go uspokoiła, otworzył, na koniec nawet przeprosił, ale sytuacja była nieprzyjemna – wspomina Zbyszek.

Współczucie mamy dla starszych, samotnych ludzi

Innym razem strażnicy trafili do prywatnej kamienicy, w której mieszkała rodzina ze starszą schorowaną matką. Chcieli wymienić ogrzewanie na ekologiczne, ale właściciel budynku się nie zgadzał. Gdy nadeszła zima, nie mieli wyjścia, musieli dalej wrzucać do pieca. – To są takie sytuacje, kiedy widzisz, że właściciel tylko czyha, żeby usunąć tych lokatorów z budynku. Jest nieuregulowany stan prawny, mieszkańcy niewiele mogą sami, właściciel na nic się nie zgadza, ale to nie on wtedy płaci ewentualnie mandat – opowiada Edyta. Co robią więc strażnicy miejscy? – Kierujemy wniosek do sądu, bo wtedy jest większa szansa, że właściciel poniesie też konsekwencje. I rozmawiamy z nim, tłumaczymy, przekonujemy – dodaje.

Zbyszek: – Największe współczucie mamy dla starszych, samotnych ludzi, bo oni często są zwyczajnie nieświadomi zmiany przepisów. Trafiliśmy niedawno do 80-letniego mężczyzny. Palił w domu przepracowanym olejem silnikowym. Najbardziej trujące świństwo. Mówi nam, że synowie mu to przywieźli i powiedzieli, że może tym grzać. Poza tym, że jest to łamanie przepisów, to nie rozumiemy, jak można ojca na coś takiego narażać zdrowotnie. Przecież taki przepracowany olej silnikowy jest toksyczny.

„Spalanie tylko za zgodą siostry przełożonej”

Od września do marca 2020 r. strażnicy miejscy w Krakowie skontrolowali 5778 palenisk. Ujawnili 368 wykroczeń, nałożyli 92 mandaty karne na kwotę 23 500 zł, przygotowali 267 notatek pod wniosek o ukaranie do sądu, pouczyli 9 osób.

Rok wcześniej, gdy zakaz jeszcze nie obowiązywał, przeprowadzili 4841 kontroli, podczas których odkryli 65 przypadków spalania śmieci. Nałożyli 53 mandaty karne na kwotę 9150 złotych, pouczyli 8 osób, skierowali 4 wnioski o ukaranie do sądu. Wtedy jeszcze w sytuacjach spornych pobierali próbki popiołu, które następnie przekazywali do analizy laboratoryjnej, by stwierdzić, czy w popiele były obecne substancje zabronione. Do badania przekazali 11 próbek.

Sami strażnicy przyznają, że bywało podczas kontroli zabawnie, bo np. mieszkaniec uciekał przez okno przed kontrolą pieca! Najpierw schował się w domu, potem chciał wyskoczyć przez okno, aż w końcu zaczął wygaszać palenisko wodą.

Innym razem starszy, elegancki pan zaprosił do środka strażników, ale nie chciał otworzyć jednego pokoju, Okazało się, że pali tam w kominku.

– Przy jednej z ulic, nad rzeką wystawiona była mongolska jurta, którą ktoś podnajmował konsulatowi mongolskiemu. Organizowali tam oficjalne spotkania, imprezy, zapraszali gości, żeby pokazać swoją tradycję i kulturę. Okazało się, że pod nieobecność Mongołów właściciel jurty opala ją piecykiem-kozą. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, tłumaczył, że wilgotno było – opowiada Edyta.

– Niedawno kontrolowaliśmy też jeden z klasztorów. Siostry pokazały nam podziemia, tłumaczyły, że mają zabytkowe piece, z których nie korzystają, ale nie można ich wyburzyć. Rzeczywiście miały zainstalowane ekologiczne ogrzewanie, ale przy jednym z pieców wisiała jeszcze stara kartka: „Spalanie tylko za zgodą siostry przełożonej”.

Duma

– Ludzie się zmienili. Widzimy to na przestrzeni ostatnich lat. Dostosowują się do przepisów, zakaz palenia węglem zaczynają traktować jako coś naturalnego. To cieszy – mówi Edyta.

Ale jeszcze bardziej cieszą i napawają dumą momenty, gdy się komuś pomoże. Jak np. starszemu mężczyźnie z przybudówki, który dzięki pomocy strażników miejskich, psychologa i MOPS ostatnie miesiące spędził już w ogrzewanym elektrycznie budynku, przy normalnym świetle. Rachunki płaci mu ośrodek pomocy. Teraz jeszcze trzeba tylko podciągnąć wodę.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.