Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jacek Harłukowicz: Pańska prezydentura jest inna. Rafał Dutkiewicz stawiał na wielkie projekty aglomeracyjne, wprowadził Wrocław do czołówki najlepiej rozwijających się polskich miast. Pan już do wyborów szedł z innym pomysłem, stawiał raczej na sprawy małe, bliskie zwyczajnym mieszkańcom.

Jacek Sutryk: – Mam szczęście, że moja prezydentura przypada na okres, kiedy moi wybitni poprzednicy, z Rafałem Dutkiewiczem na czele, zostawili po sobie miasto w dużej mierze kompletne. Wrocław ma wykształconą całą tę miastotwórczą część: piękny rynek, nowoczesne lotnisko, stadion, mosty. Wszystko, co decyduje o atrakcyjności naszego miasta. W sztafecie samorządowych pokoleń przypadł mi więc w udziale proces działań, być może nie tak spektakularnych, ale za to decydujących o komforcie życia mieszkańców.

Stawiamy na to, co tu i teraz, blisko nas. Na to, by mieszkańcom żyło się dobrze na ich osiedlach, by czuli się „zaopiekowani” przez swoich przedstawicieli, których wybrali. Budujemy nowe parki, żłobki, przedszkola, stawiamy na poprawę jakości funkcjonowania komunikacji publicznej. Nie zapominamy też o tych, którzy szczególnie potrzebują pomocy: o osobach starszych i samotnych. To z myślą o nich przygotowujemy centra aktywności i staramy się otaczać opieką.

Powtarza pan, że Wrocław i jego władze muszą być bliżej swoich mieszkańców. Na czym to polega?

– Bycie blisko ludzi rozumiem jako wyjście do mieszkańców i po prostu słuchanie tego, co mają mi do powiedzenia. To niełatwe, a czasem nawet dość ryzykowne, bo wiele osób chce opowiadać o swoich życiowych problemach, na które samorząd nie zawsze ma wpływ. Trzeba być cierpliwym, ale uważam, że mieszkańcom należy się, abym ich wysłuchał, poświęcił im czas, którego zawsze jest za mało. Pokładam dużą nadzieję w dialogu. Sądzę, że ludziom trzeba tłumaczyć, dlaczego miasto działa tak, jak działa. Dlaczego na coś stawiamy, a z czegoś musimy rezygnować. Niestety, wiele osób nie wie, jak funkcjonują np. miejskie finanse, że nasz budżet – podobnie jak ten domowy – nie jest nieograniczony. Albo, że jego wielkość zależy również od samych mieszkańców, od ich aktywności i płaconych uczciwie podatków.

Gdzie pan rozmawia z mieszkańcami?

– Wszędzie, gdzie się da. Wrocławianie wiedzą, że przed nimi nie uciekam, że można do mnie podejść i zwyczajnie pogadać. Korzystam z zaproszeń przeróżnych instytucji. Bardzo często rozmawiam też z mieszkańcami, gdy np. mijamy się na ulicy.

Staram się być aktywny także w mediach społecznościowych, ale to raczej konieczność niż wybór. Na Twitterze czy Facebooku można co najwyżej wymienić poglądy. Rozmowa bezpośrednia, zwłaszcza gdy dotyczy spraw naprawdę mi bliskich, jak funkcjonowanie miasta, które kocham i które jest moją pasją, daje nie tylko lepsze zrozumienie trosk mieszkańców, ale i mnie samemu sprawa ogromną frajdę. Tym większą teraz, gdy po dwóch miesiącach zamknięcia w gabinecie mogę wreszcie wyjść i po prostu przejść się ulicami Wrocławia.

Powiem panu, że wprost nie cierpię ślęczenia za biurkiem. Miasto dzieje się za oknem, każdego dnia, a główną robotę miejską powinno się robić poza ratuszem. Dlatego w życiu mojego miasta uczestniczę nie tylko jako jego prezydent, ale również zwykły mieszkaniec – oglądam rozwój Wrocławia z perspektywy samochodu, roweru, motocykla i jako pieszy. Po wyborach niestety rzadziej korzystam z komunikacji miejskiej, ale naprawdę nie trzeba do mnie pisać na Facebooku „panie prezydencie zapraszam pana na ulicę taką i taką, zobaczy pan, co tu się dzieje”. Przyznam, że to mnie nawet trochę wkurza. Bo znam moje miasto i wiem, co się w nim dzieje. Wiem, jakie są jego bolączki.

* * *

W czasie ogólnopolskiej kwarantanny w wystąpieniach na żywo codziennie raportował pan o tym na Facebooku.

– Uznałem, że to mój obowiązek. Ludzie siedząc w domu mieli i mają prawo do informacji, co robimy. Szczególnie w czasie takiego kryzysu administracja samorządowa musi działać na 200 procent, nie tylko aby zapewnić mieszkańcom realne bezpieczeństwo, ale także poczucie względnego komfortu. Nie jest to możliwe bez rzetelnej i wyważonej informacji. Także z tego powodu zdecydowałem się na codzienne raporty.

Po jednej z takich transmisji wytknięto panu, że nazwał oszustami osoby, które nie płacą za wynajem gminnych mieszkań. Nie żałuje pan tych słów?

– Czasami bywam zbyt dosadny, ktoś może powiedzieć nawet, że chamski. Ale to znowu wynika z mojego przeświadczenia, że ludziom należy się szczerość. Nie cierpię bajerować. I jeśli jestem do czegoś przekonany, to po prostu mówię, jak jest. Dlatego nie żałuję tamtych słów. Dzisiaj powiedziałbym tak samo.

Zresztą każdy, kto oglądał tamtą transmisję dobrze wie, że nie miałem przecież na myśli samotnej matki z trójką dzieci, która pracuje od rana do wieczora i zwyczajnie nie starcza jej do pierwszego, dlatego zalega z czynszem. Miałem i mam na myśli wcale niemałą grupę ludzi, którzy z premedytacją i programowo – od lat, a często i od pokoleń – nie płacą za mieszkania. Nie chcą skorzystać z tych wszystkich programów, jakie przygotowaliśmy dla osób zalegających z czynszami – dług można przecież odpracować, rozłożyć na raty i wnioskować o jego częściowe umorzenie. Jeśli ktoś tego nie robi i po prostu nie płaci, bo tak mu jest wygodniej, to dla mnie jest po prostu oszustem i zachowuje się nie fair nie tylko wobec władz miasta, które zapewnia mu dach nad głową, ale przede wszystkim wobec innych mieszkańców. Przecież to są pieniądze, które wpływają do budżetu. Jak ich nie ma, to nie starcza na różne potrzebne rzeczy, dlatego nie będę miałki w słowach. Wolę nazywać sprawy po imieniu.

Jak Wrocław poradził sobie z pandemią?

– Dopiero się okaże. Niepokoi mnie tempo, w jakim rząd przystąpił do odmrażania gospodarki. Nie wiem, czy to wszystko nie dzieje się zbyt szybko. Z drugiej jednak strony rozumiem, że dla przedsiębiorców każdy dzień zwłoki to kolejne straty.

A we Wrocławiu? Myślę, że na pewno daliśmy radę jako społeczeństwo. Naprawdę byłem dumny oglądając te wszystkie oddolne akcje dowożenia lekarzom posiłków, wspierania lokalnych restauracji, zamawiania w nich posiłków, żeby nie splajtowały. Dumny byłem, gdy wyludniły się ulice, parki, skwery i tętniący zwykle życiem rynek. Ludzie odpowiedzialnie zostali w domach.

Natomiast w wymiarze gospodarczym i budżetowym należy się spodziewać kłopotów. Nasze wstępne prognozy mówią, że będziemy mieli w budżecie miasta około półmiliardową wyrwę w dochodach. Wynika to przede wszystkim z ograniczonych wpływów podatkowych, ale także m.in. z konieczności zawieszenia sprzedaży mienia komunalnego. Przez ostatnie miesiące nie prowadziliśmy przetargów, postępowań, trzymaliśmy koronawirusowy rygor. Wiemy, z jakimi problemami zmagają się nasi przedsiębiorcy. Dlatego – mimo strat budżetowych – staramy się im pomóc wprowadzając coś na kształt lokalnej tarczy antykryzysowej. Tym, którzy z powodu kwarantanny nie są w stanie płacić za wynajem miejskich lokali, obniżyliśmy czynsz do symbolicznej złotówki. Zwalniamy z podatków od nieruchomości, nie naliczamy odsetek. Myślimy o zniesieniu części kaucji, którą pobieramy od restauratorów, by zapewnić im środki na ponowne uruchomienie działalności.

Na co może zabraknąć pieniędzy?

– Cały czas to analizujemy. To ogólnopolski problem i wiem, że samorządowcy w innych miastach myślą przede wszystkim o rezygnacji z części inwestycji. To naturalny kierunek. My nie podjęliśmy jeszcze żadnych decyzji, jednak przymierzamy się do nich. Prawda jest taka, że jeśli rząd nie pomoże samorządom, to wszyscy będziemy tracić. Inwestycje są kołem zamachowym gospodarki. Nie tylko tej lokalnej. Niewykluczone, że będziemy zmuszeni zrezygnować przynajmniej z części tego, o czym rozmawialiśmy na początku: może będzie mniej programów dla dzieci, które spędzają wakacje w mieście, może seniorom będziemy finansować mniej przejazdów taksówkami. Serce się kraje, ale i o takich rzeczach musimy myśleć. Mam nadzieję, że mieszkańcy zrozumieją, że stoimy przed trudnymi decyzjami.

* * *

Wrocław od kilku lat jest głównym skupiskiem przyjeżdżających do Polski Ukraińców. Jest ich już u nas około 100 tysięcy.

– To wspaniałe, jak świetnie się u nas aklimatyzują i jak dobrze się czują. Wielu nie myśli nawet o powrocie w rodzinne strony. Zresztą było to widać w ostatnim czasie, gdy pomimo pandemii, wielu z nich nie porzucało swoich spraw i prac, i nie pędziło z powrotem na Ukrainę. Pytałem, dlaczego? Nie chcą być z rodzinami? Odpowiadali mi: „bo nasze miasto jest już tutaj”. Strasznie fajne.

A pytał ich pan, dlaczego akurat tutaj?

– Myślę – i cieszy mnie to ogromnie jako prezydenta Wrocławia – że odkryli po prostu fajne, otwarte i będę się upierał, że tolerancyjne miasto. Miejsce nie tak daleko położone od rodzinnego domu, w którym mieszkają ludzie mówiący w podobnym języku, o podobnej mentalności. Wrocław ma w sobie coś takiego, że ludzie bardzo szybko czują się w nim jak u siebie. Tu wielu mieszkańców jest „skądś”. Ludzie przyjeżdżają na studia, do pracy i po prostu osiadają.

To raczej imigracja zarobkowa, czy wciąż ucieczka przed wojną w Donbasie?

– Z Ukrainy wciąż wiele osób ucieka przed wojną, ale na szczęście krzywa zaczyna przechylać się raczej w stronę tych, którzy widzą w Polsce po prostu szansę na lepsze życie. Patrzą na nasz kraj dokładnie tak, jak my 30 i 40 lat temu patrzyliśmy na kraje zachodniej Europy.

Napływ obywateli Ukrainy trwa od lat i nie jest to zjawisko jednolite. Dziś nie przyjeżdżają już do nas wyłącznie pracownicy sektora budowlanego i usług, choć jest ich wciąż najwięcej. Przyjeżdżają również ludzie dobrze wykształceni, inżynierowie, informatycy. Mamy wiele firm gotowych ich zatrudnić. Ważne, że rozumiemy, jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem. Gdyby nasz rynek pracy został nagle wyssany z pracowników ukraińskich, byłoby z nami naprawdę bardzo kiepsko.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.