Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tomasz Czoik: Branża logistyczna i transportowa ma za sobą kilkanaście trudnych miesięcy. Bardzo duże zamieszanie wywołała pandemia koronawirusa. Czy można było się przygotować na taką okoliczność?

Sebastian Szklarczyk, dyrektor generalny firmy transportowej Antrans BiS: Chyba nikt nie spodziewał się, że dojdzie do takiego kryzysu. Już w lutym 2020 roku, przychodząc do pracy, z dużym niepokojem spoglądałem na to, co dzieje się we Włoszech, w kraju, do którego nasi kierowcy jeździli i jeżdżą. Praktycznie z dnia na dzień przyszłość wszystkich naszych transportów do tego kraju stanęła pod znakiem zapytania. Pamiętam, że kierowcy wysyłali mi zdjęcia i filmy pustych autostrad czy też miast, w których nie było widać żywej duszy. Wszystko to wyglądało jak sceny z jakiegoś przerażającego horroru. Każdego dnia coraz bardziej zdawaliśmy sobie sprawę z powagi sytuacji, dlatego natychmiast wprowadziliśmy w naszej firmie odpowiednie środki zapobiegawcze.

Kilka tygodni później pandemia pojawiła się także w Polsce. Marzec 2020 roku i kolejne miesiące były bardzo szalone dla naszej branży. Z jednej strony wiele firm naciskało, żeby transporty były realizowane jak najszybciej. I nie ma się co dziwić – każdy, kto zapłacił za towar, miał obawy, czy kiedykolwiek go dostanie i czy firma, w której dokonał zakupu, przetrwa pandemię. Przecież ogrom zamówień na transport został wycofany niemal w ostatnim dniu przed podjęciem ładunku, działo się tak z powodu decyzji rządu danego kraju czy zarażania się COVID-19 przez pracowników firm transportowych.

Przy narastających ilościach zakażeń oraz rozprzestrzenianiu się koronawirusa niemal każdego dnia musieliśmy stanąć przed nowym wyzwaniem, aby sprostać zlecanym dostawom. Pojawiały się np.. specjalne przepustki transportowe do takich miast jak włoskie Codogno [w lutym 2020 roku wykryto tu pierwszy przypadek koronawirusa we Włoszech – przyp. red.], gdzie wykonujemy kontraktowe transporty.

Udało się wam przetrwać ten okres bez zwolnień?

– Na szczęście tak. Nikt z naszej kilkusetosobowej załogi nie stracił pracy, choć ruch naszej floty był w pierwszych miesiącach pandemii aż 70 proc. mniejszy niż rok wcześniej. Obroty naszej firmy, jak i wielu innych transportowych, się zmniejszyły. Część tych strat udało się pokryć za sprawą rządowej tarczy, choć nie były to kwoty, które w pełni zrekompensowałyby poniesione przez nas straty.

W 2021 roku sytuacja wróciła już do normy?

– Tak, liczba zleceń i przejazdów zbliżyła się do tej sprzed pandemii. Mamy już też większe doświadczenie, jak zwiększyć bezpieczeństwo kierowców pod kątem koronawirusa. Podczas załadunku kierowcy mają ograniczony kontakt z innymi osobami. Przed pandemią byli odpowiedzialni za wiele zadań: zabezpieczenie towaru, fizyczne dokonanie rozładunku/załadunku za pomocą tzw. paleciaka i przekazanie dokumentów do podpisaniu. Dzisiaj, w dobie pandemii, wszystko przygotowywane jest bez niego, a na możliwość dalszej jazdy kierowca czeka bezpiecznie w kabinie samochodu.

W ostatnich miesiącach widać ogromne ożywienie na naszym rynku pracy.

– Z racji tego, że z powodu koronawirusa wiele firm przestało działać, tysiące doświadczonych pracowników pozostały bez zatrudnienia. Były tygodnie, że nasza skrzynka mailowa była wręcz zapchana CV kierowców i innych specjalistów. Wielu z nich zdecydowało się nawet na otwarcie własnych firm spedycyjnych.

Można też zaobserwować spory ruch, jeśli chodzi o świeżo otwarte jednoosobowe firmy transportowe. Pomagamy taki osobom w wystartowaniu ze swoim biznesem, wspierając je np. przy załatwianiu różnego rodzaju formalności.

Mocno we znaki dały wam się podwyżki cen paliwa?

– Owszem, ale tak jak inne firmy mocno odczujemy też np. wzrost cen na energię elektryczną czy gaz. Jeszcze dotkliwsze skutki dla naszej branży będzie miał jednak tzw. Pakiet Mobilności, czyli zbiór przepisów regulujących na nowo zasady działania firm transportowych, który wejdzie w życie w lutym. Poniesiemy z tego tytułu duże straty, przede wszystkim dlatego, że kierowcy wyjeżdżający z transportem poza granice Polski będą musieli zarabiać tyle, ile obowiązuje stawka w danym kraju. Do tej kwoty nie będzie można zaliczyć ryczałtów i diet. Te dodatkowe koszty mogą pogrążyć wiele firm transportowych i sprawić, że na europejskim rynku będziemy znacznie mniej konkurencyjni.

Moim zdaniem nietrafione są również inne nowe przepisy dotyczące przejazdów przez granicę. Po jej przekroczeniu kierowcy będą musieli się zatrzymać i wpisać nazwę kraju do tachografu. Przepisy wymuszają, aby kierowca dokonywał takich zmian w pierwszym możliwym miejscu, czyli zatoczce czy stacji benzynowej. Proszę sobie wyobrazić, że dziennie granice danych państw przekracza około 10 tys. ciężarówek i wszystkie one muszą się zatrzymać na kilka minut, a później ponownie rozpędzić, co powoduje większą emisję spalin.

Myślę, że większość kierowców przy okazji przymusowego postoju pojazdu będzie również chciała odebrać przy okazji „pauzę", przez co na granicach będą kumulowały się ciężarówki. Niestety, ale infrastruktura nie jest na to jeszcze gotowa, dlatego też uważam, że takie zmiany powinny się pojawić dopiero w kolejnych latach, kiedy we wszystkich pojazdach będą już wprowadzone obligatoryjne urządzenia satelitarne, co pozwoli na automatyczne rejestrowanie przemieszczania się samochodu.

Na szczęście dzięki niemal bohaterskiej postawie naszych przewoźników oraz kierowców klienci docenili trud wykonywanego zawodu oraz ryzyko, jakiego się podejmowali, przez co dużo łatwiej jest nam teraz negocjować odpowiednie warunki przed podpisaniem nowych kontraktów. W naszym portfolio jest teraz więcej dużych firm produkcyjnych, niż miało to miejsce przed pandemią, co pozwala na bardziej godne i pewne warunki dla naszych przewoźników.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.