Otoczyli nas ludzie, ale nie zwracali na mnie uwagi. Niektórzy bardzo zabawni, z całego świata, ale trafiły się też niezależne młode damy z Anglii, okazy najbardziej dziś okropnego gatunku szybkich dziewcząt . Inni to bez wątpienia Amerykanie” – zanotowała w dzienniku królowa Wiktoria na szczycie góry Rigi.

Bez klejnotów koronnych i karmazynowego płaszcza 49-letnia władczyni, najpotężniejsza wówczas kobieta w Europie, faktycznie mogła się wtopić w tłum. „Niewysoka, dość korpulentna, z czerwoną twarzą”, jak ją bezlitośnie opisała miejscowa prasa, we wdowich czerniach, wyglądała jak bogata Brytyjka w średnim wieku na podreperowujących zdrowie wakacjach.

Właśnie po to pojechała w 1868 roku do Szwajcarii. Jej ukochany mąż, książę Albert, nie żył od siedmiu lat, ale Wiktoria wciąż nie potrafiła otrząsnąć się z żałoby. Była smutna, przeciążona państwowymi obowiązkami, wiecznie zmęczona; dziś pewnie zdiagnozowano by u niej depresję. „Och, to zbyt okropne, zbyt straszne. Popadam w chorobę, w lodowaty chłód graniczący z najdzikszą rozpaczą. To więcej, niż istota ludzka może znieść” – napisała w dzienniku.

Potrzebowała „miesiąca kompletnej zmiany klimatu i możliwie najwięcej mentalnego odpoczynku”. Wybrała okolice Lucerny, bo to samo miejsce trzy dekady wcześniej odwiedził Albert i przyniósł jej ususzoną między kartkami książki różę, z którą się nie rozstawała.

Podróż królowej była planowana przez trzy lata i była potężnym przedsięwzięciem logistycznym, choć królowa ograniczyła dwór: wzięła ze sobą raptem kilka pokojówek, dwóch kucharzy, lekarza, no i Johna Browna, wiernego szkockiego służącego (według plotek: dużo więcej niż służącego). Z Wielkiej Brytanii przyjechało też jednak jej łoże, powóz, porcelana i zapasy herbaty – nie można przecież ufać barbarzyńcom z kontynentu w tak podstawowych sprawach jak popołudniowa herbata.

Wiktoria oficjalnie podróżowała incognito, jako księżna Kentu, co nie przeszkodziło jej w Paryżu spotkać się z cesarzem Napoleonem III, a do Szwajcarii podróżować jego prywatnym pociągiem. Na dworcu w Lucernie witały ją setki mieszkańców i turystów, a prasa obszernie relacjonowała jej wycieczki.

Masyw Rigi (1797 m n.p.m.) już wtedy, u zarania alpejskiej turystyki, przyciągał tłumy: wejście ma łagodne, niewymagające ani większego wysiłku, ani umiejętności, a widok roztacza się zeń spektakularny. Jak zachwalał przewodnik z lat 60. XIX wieku, jest to „panorama, która nie ma sobie równych pod względem rozmiaru i wspaniałości w całych Alpach”. Przy słonecznej pogodzie można podziwiać ośnieżone szczyty szwajcarskich, francuskich i niemieckich Alp, turkusowe jeziora w dolinach i Lucernę, bazę wypadową wycieczek na Rigi.

Słynny brytyjski malarz William Turner 40 lat przed wizytą królowej rozsławił górę w serii akwarel; jedną z nich, „The Blue Rigi”, kupiła niedawno za 5,8 mln funtów Tate Britain. Sam, tak na marginesie, nigdy się na szczyt nie wdrapał, wolał podziwiać z dołu.

Przedsiębiorczy Szwajcarzy w połowie wieku zbudowali na Rigi przyzwoity hotel z restauracją i stoiskiem z pamiątkami. Obowiązkowym punktem programu był alpejski wschód słońca; tylko Mark Twain, który spisał obszerną relację z własnej wycieczki, zaspał, bo się za bardzo zmęczył, podchodząc.

Gdy ja, 150 lat później, poszłam w ślady brytyjskiej królowej i amerykańskiego pisarza, miałam mniej szczęścia: nad górami wisiały niskie chmury, a pobliskie szczyty mogłam sobie popodziwiać co najwyżej na rycinie w punkcie widokowym. Mgła niczym mleko otulała cały masyw, a rozlegające się znikąd dzwonki pasących się na zboczach dorodnych krów robiły dość upiorne wrażenie.

Na Rigi wjechałam czerwoną kolejką wąskotorową, najstarszą w Alpach, zbudowaną trzy lata po wizycie królowej. Wiktoria, monarchini i matka dziewiątki dzieci, pieszo też jednak nie weszła: wjechała na grzbiecie kuca. Księżniczka Luiza, jedna z trzech córek, które towarzyszyły jej w podróży, naszkicowała podejście. Na czele w damskim siodle jedzie Wiktoria, w szerokiej sukni, kapeluszu i z parasolką w ręku; wodze trzyma John Brown w kilcie. Za nią podąża mieszane towarzystwo. Panie konno – wszystkie w równie wiktoriańskim rynsztunku; założę się, że nielubiąca „szybkich dziewcząt” matka dopilnowała, by księżniczki wbiły się w gorset – panowie pieszo.

Wiktoria spędziła w Lucernie i okolicach miesiąc: jeździła na górskie wycieczki, pływała – statkiem – po jeziorach, zwiedzała lokalne atrakcje, wdychała górskie powietrze i ponownie zaczęła malować. Wyraźnie odżyła: wróciła rumiana, radosna i pełna energii. Trudno powiedzieć, czy nowy premier Gladstone, który zastąpił jej ulubieńca Disraelego, ten nadmiar energii akurat docenił; królowa nie zawsze stosowała się do niepisanej zasady, że monarcha panuje, ale nie rządzi.

Wiktoria przy okazji walnie przyczyniła się do rozwoju alpejskiej turystyki. Królowa była trendsetterką, w której ślady natychmiast pragnęli pójść modni podróżnicy, zwłaszcza z brytyjskiej klasy wyższej. A Szwajcarzy wycisnęli pięć tygodni jej wakacji jak cytrynkę: marka Wiktoria stała się synonimem zdrowego luksusu i najwyższej jakości. W ciągu kilku lat powstało kilkadziesiąt hoteli Victoria – 20 istnieje do dziś – jej imieniem nazywano ulice, skwery i parowce.

Brytyjska monarchini spędziła na tronie kolejne trzy dekady, ale do Szwajcarii już nie wróciła.