– Człowiek zobaczy te Alpy i co z tego? – marudzi Anita. – Mógłby równie dobrze zostać w domu i obejrzeć je w internecie.

W internecie się śmieją, że aby zobaczyć Alpy, wystarczy wylądować na lotnisku w Zurychu. Rzeczywiście są – na billboardach.

Ale my, chodząc po górach, chcemy pogadać z ludźmi. A gdzie indziej, jeśli nie na szlaku, obcy człowiek poda ci serce na dłoni, a potem bezpowrotnie zniknie z twojego życia?

Lodowce dziurawe jak szwajcarski ser

Przed wędrówką z tarasu hotelu w Grindelwaldzie, tuż pod słynnym Eigerem, podziwiamy umierający lodowiec Unterer Grindelwaldgletscher. Jeszcze w XIX wieku sięgał do doliny, w której leży centrum wioski. Dzisiaj zostały po nim smętne resztki i bury kocioł, jeszcze niezajęty przez rośliny i porosty.

Taki los czeka zresztą wiele z blisko 4 tysięcy alpejskich lodowców.

Według czarnej prognozy opublikowanej w kwietniu tego roku w czasopiśmie naukowym „The Cryosphere”, jeśli nie przyhamujemy globalnego ocieplenia, to do końca XXI wieku Alpy (całe, nie tylko te szwajcarskie) stracą przeszło 90 procent objętości swoich lodowców. A nawet jeśli obetniemy emisję gazów cieplarnianych do zera, to i tak mamy szansę uratować tylko trochę ponad jedną trzecią lodu.

Na śniadaniu się okazuje, że amerykańscy turyści jak zwykle mają ekstra potrzeby. Czy jest owsianka bez glutenu? A czy to jest wegańskie?

Wycieczki japońskie i chińskie nie wybrzydzają.

Schodzimy do doliny i zaczynamy mozolnie się wdrapywać w stronę oddalonej o kilka godzin przełęczy Kleine Scheidegg. Dla kogo kleine, dla tego kleine – przełęcz położona jest na wysokości 2061 m n.p.m.

Wszędzie maleńkie ogródki warzywne. Widać Szwajcarzy lubią uprawiać własne jedzenie, nie liczą na swój słynny i wielki przemysł spożywczy.

Dzyń, dzyń, dzyń. Po zboczach chodzą krowy z dzwonkami na szyi.

Mieliśmy rozmawiać z ludźmi, ale na razie nie ma z kim. Jesteśmy na szlaku sami. Wszyscy chyba pojechali do Kleine Scheidegg pociągiem. Z przełęczy linia kolejowa prowadzi dalej, aż na Jungfraujoch, kolejną przełęcz leżącą pomiędzy czterotysięcznikami Mönch i Jungfrau. Końcowy przystanek znajduje się na wysokości 3454 m n.p.m. i Szwajcarzy chwalą się, że to najwyżej położona stacja kolejowa w Europie.

Być może, ale przez to mało kto chce na Kleine Scheidegg włazić. Niektórzy przynajmniej schodzą.

– Wyglądacie na zbyt szczęśliwych – sapię do jednej pary.

– Jak możemy nie być?! – Śmieje się ona.

Miejscowy rolnik, którego zaczepiam, narzeka za to, że krowy wchodzą, gdzie popadnie, i że to nicht gut. Nie dowiem się dlaczego – brakuje mi języka w gębie.

Po blisko pięciu godzinach marszu wchodzimy wreszcie na Kleine Scheidegg i od razu chcemy pędzić dalej, bo na przełęczy tłumy.

Siadamy jednak, żeby zjeść gulaszową, i rozmawiamy o tym, jak nas odrzucają te kolejki, wyciągi narciarskie i łatwa, masowa turystyka. Może powinniśmy wrócić do lat 50. ubiegłego wieku, kiedy na lot samolotem stać było nielicznych? Nas też by wtedy tu nie było. No i co z tego?

Pewnie o tym nie myślą

Mamy parę godzin drogi do Wengen, wioski leżącej na stromym zboczu w kolejnej dolinie. Nie jeżdżą po niej samochody, ale dociera tam kolej.

Słychać, jak któryś z lodowców strzela i się cieli, czyli rodzi górę lodową.

– Myślisz, że to lód tak strzelił? – pyta Anita.

Ja nie myślę. Ja wiem. Cielący się lodowiec strzela bardzo charakterystycznie, jakby z bicza.

– Oczywiście, że słyszeliśmy – odpowiada mi siedząca na ławeczce para, którą zagajam o lodowiec.

Truus van’t Oever (ona) i Gys van Roekel (on – emeryt komputerowiec; sami zapisali mi swoje nazwiska, żebym czegoś nie pokręcił) mają po 75 lat. I od 40 lat przyjeżdżają oglądać lodowce za Kleine Scheidegg, które – jak mówią – umierają na ich oczach.

– Czoła tych lodowców mają ciągle po 100 metrów wysokości – mówi on. – Czasem cielą się niezwykle spektakularnie.

– Grindelwald to piekło – dodaje ona. – Człowiek czuje się tam jak w… Azji! – Śmieje się.

Oboje wyglądają najwyżej na 55 lat. Pytam, jak to możliwe.

– Sekretem jest nieposiadanie prawa jazdy – tłumaczy on. – Trzeba wszędzie chodzić i jeździć na rowerze.

Mówię, że w Polsce mężczyźni ekspirują średnio właśnie w jego wieku.

Chwilę milczy.

– W takim razie cieszę się, że żyję w Holandii – odpowiada wreszcie.

Już na tarasie hotelu w Wengen popijamy piwko (patrząc na kolejne umierające lodowce) i zastanawiamy się, skąd Szwajcarzy będą brali wodę, jak im lodowców zabraknie. W tych swoich pięknych hotelach pełnych turystów z całego świata.

– Pewnie o tym nie myślą, jak wszyscy – konstatuje Anita. – Bo to się zdarzy d o p i e r o za 20 lat.

Czy ktoś tu w ogóle mieszka?

Na śniadaniu podziwiamy, jak starsi Brytyjczycy kilkoma chrząknięciami i jęknięciami po angielsku ustalają, przy którym stoliku mają usiąść.

Zaczepiam kasjerkę w spożywczym (kupujemy pół litra jogurtu z morelami od lokalnego rolnika – pożremy go na szlaku).

– Czy ktoś tu w ogóle mieszka? Na ulicach widać samych turystów.

– Kilkaset osób – odpowiada kasjerka. – Najbardziej romantyczny jest listopad, kiedy nie ma turystów. Kiedyś przyjeżdżali głównie zimą. Obecnie jest ich tyle samo latem.

Dzisiaj mamy się wdrapać na kolejną przełęcz – Sefinenfurgge na wysokości 2612 m n.p.m. – i dojść na nocleg do miejscowości Griesalp.

Najpierw schodzimy serpentynami przez las po ostrym zboczu. Zamiast wejść ostrym podejściem na drugą stronę doliny – wyciętej w skałach jakby jednym ciosem topora – wspomagamy się kolejką liniową.

– Szwajcaria ma góry dla leniwych – komentuje Anita.

Już na górze, kiedy trzeba podejść serpentynami pod kolejne wzniesienie, wyprzedzam Anitę i czekam na nią na ławce z widokiem na dolinę pod Eigerem, Mönchem i Jungfrau. Ma z kilometr głębokości. Wyobrażam sobie, jak kiedyś wyglądała pod lodem.

Mijają mnie Amerykanie. Mówią, że takiego piękna nie da się sfotografować.

„Jakże ludzie spędzający życie we wnętrzach mogą zrozumieć tych żyjących na zewnątrz? – zastanawia się w swojej najnowszej książce „Horizon” amerykański pisarz Barry Lopez. – Mogą posłużyć się tylko intelektem. Nie mają żadnych możliwości pojęcia tego, co czuje ciało, czego o równowadze nauczyła się stopa z łatwością pokonująca jeden szlak, ale trudząca się na innym”.

Razem raźniej

Docieramy do schroniska Rotstockhütte, gdzie zamawiamy kartoflankę z alpejskim serem. Dogania nas Thomas, którego spotkaliśmy już wcześniej. Pielgrzymuje od 40 dni z plecakiem ze Słowenii, gdzie mieszka, do Chamonix, w którym się urodził.

– Od 20. dnia wędrówki nie jestem tym samym człowiekiem – zwierza się. – Mam inną percepcję czasu.

Narzeka, że jest bardzo zmęczony i musi odespać. A na przełęczy Sefinenfurgge ciągle leży śnieg, dlatego nocuje w Rotstockhütte i nam też to radzi.

Zaczyna kropić.

Myślimy, że będziemy szli sami, ale przed rzeką (prawie nadeptuję na świstaka, który na mój widok pryska pod skałę) dogania nas Ben. Jest rezydentem po pierwszym roku interny w szpitalu Beth Israel w Bostonie. Mówi, że takich gór w USA nie widział, choć u nich jest bardziej dziko.

Chciał nocować w Rotstockhütte, ale kiedy zobaczył, że my idziemy w stronę przełęczy, postanowił do nas dołączyć.

Razem raźniej.

Widzę, że za nami pędzą jeszcze dwie dziewczyny.

Teraz już leje.

Przeprawiamy się przez łachy śniegu. Krajobraz jest księżycowy. Polodowcowy. Błoto, rumosz i strumienie częściowo schowane pod śnieżną skorupą.

Ericha Fischera spotykamy tuż pod Sefinenfurgge, ześlizguje się po śniegu niczym kozica. Szczuplutki, schodzi w samych majtkach i koszuli flanelowej. Spoko, buty też ma. Na oko jest już po sześćdziesiątce. Wesoły, z bródką. Mówi, że póki idzie, nie jest mu zimno. I że kurtkę zakłada tylko w duży deszcz.

Uspokaja, żebyśmy się nie martwili, bo właśnie przeszedł przez przełęcz. Są łańcuchy i mimo śniegu łatwo ją pokonać.

Czy nie przeszkadzają mu w Alpach te hordy turystów? – pytam na pustym szlaku.

– Gdzie tam? Świetnie, że są. To góra złota. – Śmieje się.

– Ale czym ich napoicie, jak wam spłyną wszystkie lodowce?

– A tam! – Macha ręką. – Szwajcaria to wieża ciśnień Europy!

Pokazuje na polodowcowe jeziorko poniżej i mówi, że przed Kanderstegiem, do którego zamierzamy z Anitą dojść kolejnego dnia, jest wspaniałe jezioro – Oeschinensee – i żebyśmy koniecznie w nim się wykąpali.

– Za kąpiel w tatrzańskich jeziorach można dostać mandat.

– U nas wolno się kąpać w każdym jeziorze, nawet w parkach narodowych – mówi Erich.

Już ze 20 metrów pod nami krzyczy: – Jestem muzykiem! Gram muzykę klasyczną i jazz!

My ruszamy w górę. Przez błoto i śnieg. W końcu pokonujemy tę cholerną przełęcz. Umordowani, umorusani, ale szczęśliwi.

Teraz jeszcze kilka godzin drogi do Griesalp.

Schodzi mgła. Anita człapie, mnie trochę bolą nogi.

Ben mocno nas wyprzedza i w końcu zostawia. Już nas nie potrzebuje.

Do hoteliku w Griesalp – które bardziej przypomina polanę w lesie przy potoku niż miejscowość – docieramy dopiero o 20.30. Człowiek nigdy nie wie, ile zniesie, dopóki nie spróbuje się przekonać.

Ci uciążliwi imigranci

Kiedy rano odprowadzam nasze walizki do recepcji (kierowca biura turystycznego organizującego naszą podróż zabierze je do następnego hotelu – w Kanderstegu), zaczepia mnie śniada dziewczyna. Na oko dwudziestokilkuletnia.

– Widzę te walizki od kilku dni. – Śmieje się. – Chyba idziecie tą samą trasą co ja z siostrą.

Wyruszamy po 9. Anita zmartwychwstała, więc decydujemy się iść dalej zaplanowanym szlakiem – przez przełęcz Hohtürli położoną na wysokości 2778 m n.p.m. Recepcjonistka w hotelu mówi, że otworzono ją dla ruchu turystycznego dopiero cztery dni wcześniej.

Ciągle mijamy wspaniałe górskie łąki. Nazywamy je ogrodami zen. Po raz pierwszy widzę bodziszek alpejski w naturalnym środowisku. Lubi się z dziką różą. Wszędzie małe przywrotniki, u nas rosną dorodniejsze. Nie ma komarów, pewnie za wysoko. Pierwsi ludzie, którzy tu dotarli, musieli uważać, że trafili do raju. No chyba że to wszystko było wtedy pod lodem. 20 tysięcy lat temu, u szczytu ostatniego zlodowacenia, na pewno było.

Zaczepiam dwójkę Szwajcarów po pięćdziesiątce, z którymi ciągle się mijamy. Raz oni prowadzą, raz my. On jest programistą, ona pracownikiem społecznym. Mówią po angielsku z niemieckim akcentem. Nie, wolą nie podawać imion i nazwisk.

Pytam, czy nie chcieliby, żeby Szwajcaria weszła do Unii Europejskiej.

Nie, to za duża organizacja, ze zbyt dużymi problemami. W Szwajcarii większość spraw załatwia się na poziomie lokalnym. Dwa razy głosowali w referendum przeciwko.

Żartuję, że chyba nie przepadają też za imigrantami. Nawet ci z Niemiec ich drażnią.

– Tak, bo się panoszą – przyznaje ona. – Szczególnie kiedy są w grupie.

– No i imigranci zaniżają płace – dodaje on.

Przebijamy się przez śnieg i po 14 docieramy na Hohtürli. Robimy przerwę na kawę i ciasto w schronisku.

Mnóstwo Szwajcarów. Dużo młodych.

– Kochają te swoje góry – stwierdza Anita.

Jak Słowacy Tatry.

– Wydawało mi się, że za tą przełęczą będzie koniec. – Śmieje się Anita.

Ale dalej też są góry. Nieskończone.

Schodzimy w upale, po drodze rozmawiając z siostrami (jedna z nich zaczepiła mnie rano). Są z Gwatemali. Odwiedzają rodzinę w Niemczech i przy okazji wyskoczyły w szwajcarskie Alpy. Okazuje się, że rzeczywiście mieliśmy te same hotele i trasę, fragment słynnej Via Alpiny – choć one zaczęły dzień wcześniej od nas i zrobiły dodatkowy odcinek, a kiedy my już skończymy, czekają je jeszcze dwa dni włóczęgi. Są zmęczone.

Mówią, że w Gwatemali można wędrować po wulkanach. Choć nie jest tak bezpiecznie jak w Szwajcarii.

Moczymy stopy w Oeschinensee i wieczorem meldujemy się w hotelu.

Na śniadaniu żegnamy się z siostrami. Nawet imionami się nie wymieniamy, na szlaku to jakoś niekonieczne.

– I co ty napiszesz? – zastanawia się Anita, kiedy siedzimy już w wygodnym szwajcarskim pociągu.

Prawdę.

– Ale przecież twoja prawda nie musi być Prawdą! Napisz, że taka wędrówka odrywa człowieka od wszystkiego. Nic nie jest ważne. Tylko marsz. Reset.

„W świecie Zachodu – uważa Barry Lopez – industrializacja narzuciła ludziom nowy model odpoczynku: osiem godzin snu bez przerwy. W ten sposób zburzyła naturalny rytm ludzkich snów”. I między innymi przez to teraz „musimy prześnić świat na nowo”.

Na wędrówkę po Alpach zaprosiła „Wyborczą” ambasada Szwajcarii