Przyznam jednak, że kiedy lecimy do Zurychu (gdzie ponoć się oddycha), wcale o tym nie myślę. Cieszę się, że pierwszy raz w życiu pochodzę po Alpach. Plan mamy z pozoru prosty: czterema albo trzema pociągami (oczywiście na jednym bilecie) dojedziemy z lotniska do alpejskiej miejscowości Grindelwald w kantonie Berno. Samochodem to ledwie 130 km, ale linie kolejowe prowadzą trochę naokoło. W sumie nasza podróż ma potrwać prawie trzy godziny. Na każdą przesiadkę Schweizerische Bundesbahnen (SBB) przewidziały po blisko pięć minut.

Kiedy za pierwszym razem widzę nasz rozkład jazdy, wybucham śmiechem. Gdyby ktoś zaproponował mi takie połączenie w Polsce, uznałbym go za niespełna rozumu. Tym bardziej ciekaw jestem, czy helweckie koleje rzeczywiście działają jak w szwajcarskim zegarku. Okazuje się, że ideał jest tylko ideą. Nasze pociągi spóźniają się o kilka minut i ostatni już nam ucieka. W miejscowości Interlaken, w której mamy przesiąść się do Grindelwaldu, musimy więc poczekać dłużej. Następny pociąg przyjedzie za… pół godziny. Interlaken leży już u podnóża Alp, pomiędzy polodowcowymi jeziorami Thun (ale Róża Thun nie ma z tym miejscem nic wspólnego – rodzina jej męża pochodzi z Tyrolu) i Brienz. Widoki z okna pociągu do Interlaken („pomiędzy jeziorami”) są upojne. Na dodatek przyplątuje się burza i świat ginie w modrym wodnym woalu. Nie wiadomo, gdzie zaczyna się tafla wody, a gdzie niebo.

Do Grindelwaldu położonego 1034 m n.p.m. docieramy już po 21. Ściemnia się, ciągle kropi. Eigeru, który góruje nad wioską, prawie nie widać. Tylko gdzieniegdzie szczyt wychyla spośród niskich chmur swoją słynną Nordwand – północną ścianę. Korzystając z aplikacji Switzerland-Mobility (mapy ściągnąłem jeszcze w Polsce – roaming danych w nienależącej do UE Szwajcarii kosztuje fortunę), łatwo trafiamy do oddalonego o 1,5 km drewnianego hotelu Kirchbühl. Docieramy do niego oczywiście na nogach. A ponieważ jest pod górę, dochodzimy tam troszkę zasapani, ciągnąc na kółkach walizki. Recepcjonistka się śmieje, że oferują gościom darmowy transport samochodowy z dworca. To opcja nie dla nas. W końcu mamy do przemaszerowania trzy dni. A najwyższa przełęcz, którą zamierzamy pokonać, sięga 2778 m n.p.m.

Dostajemy pokój dla nowożeńców. – W baaaardzo szwajcarskim stylu – śmieje się znowu nasza gospodyni. Pokój wygląda jak z przełomu XIX i XX w. i wydaje się bardzo przytulny. Łóżko jest zadaszone, a sufit ma wbudowane lustro. W myślach zaczynam nazywać nasz hotel Kill Bill.

Dzień pierwszy: konnichiwa!

Rano Eiger i pozostałe grindelwaldzkie szczyty uśmiechają się do nas zwodniczo. Pogoda jest świetna. Podczas śniadania (m.in. wybór znakomitych lokalnych serów) patrzymy też na znikający Unterer Grindelwaldgletscher – lodowiec, a właściwie lodowczyk spływający spośród szczytów położonych na południowy wschód od wioski. Szwajcarskie biuro turystyczne Eurotrek, które organizowało naszą logistykę, oferuje wszelkie rodzaje aktywnego wypoczynku w Alpach – na nogach i rowerach. Wybraliśmy klasyczną alpejską trasę – zieloną Via Alpina, która na szlaku jest oznaczona wielką białą jedynką na zielonym tle oraz klasycznymi szwajcarskimi biało-czerwono-białymi znakami prowadzącymi wędrowców po górskich trasach (na szlakach alpejskich, a więc tych najwyższych, wspomogą was znaki biało-niebiesko-białe).

Jedynka prowadzi z Vaduz w Liechtensteinie do Montreux nad Jeziorem Genewskim i jej przejście zajmuje 20 dni. Cały szlak ma długość 390 km, 23,6 tys. m przewyższeń i 24,8 tys. m zejść. Myśmy wybrali jego fragment, który nazywany jest Bärentrek – niedźwiedzią trasą. A właściwie fragmencik tego fragmentu wiodący z Grindelwaldu do Kanderstegu. Trzy dni marszu, blisko 60 km do pokonania, w tym codzienne przewyższenia sięgające nawet 2 tys. m. A po drodze widok północnej ściany Eigeru, z powodu którego postanowiliśmy przejść tym szlakiem, a nie innym.

To na niej w 1936 r. zginęła piątka niemieckich i austriackich alpinistów. O tej tragedii malowniczo opowiada niemiecki film z 2008 r. – „Nordwand”, znany też jako „North Face”. Po raz pierwszy prawie prostopadła północna ściana Eigeru, liczącego sobie 3967 m n.p.m., została zdobyta dwa lata później. Dla uczczenia tego sukcesu pod szczytem umieszczono Eiger Gedenkstein – kamień, przy którym można sobie stanąć i podumać. Co też zrobiłem. Pierwszy dzień wędrówki – lajtowy. Mamy dotrzeć do Wengen, górskiego kurortu leżącego na zboczu sąsiedniej doliny, w którym ponoć nie jeżdżą samochody. Do pokonania 19 km, z łącznym przewyższeniem 1150 m. Organizator (jego pracownik zabierze nasze walizki z Grindelwaldu, my pójdziemy z lekkimi plecaczkami) oszacował tę trasę na sześć i pół godziny marszu. Po drodze mijamy karczmy, w których spragniony wędrowiec może się napić i najeść.

Klejnotem w koronie pierwszego dnia jest przełęcz Kleine Scheidegg znajdująca się na wysokości 2061 m n.p.m. Niestety, przebiega przez nią linia kolejowa. Trasą zbudowaną w 1912 r. można stąd dojechać tunelami wyrytymi w górskich szczytach na przełęcz Jungfraujoch leżącą pomiędzy dwoma sąsiadami Eigeru – czterotysięcznikami Mönch i Jungfrau. Końcowa stacja kolejki znajduje się na wysokości 3454 m n.p.m. Wyżej położonej stacji kolejowej w Europie nie znajdziesz.

„Niestety” – ponieważ linia kolejowa oznacza tłum turystów, głównie z Azji, którzy o własnych siłach nigdy by tu nie wleźli. Siedzimy więc kilka chwil w jednej z licznych restauracji, zjadamy zupę gulaszową kupioną w jednej z garkuchni, podziwiamy resztki lodowców spływających kotłami pomiędzy trzema szczytami i ruszamy w dół – na drugą stronę Kleine Scheidegg, do Wengen. Zaraz za przełęczą spotykamy dwójkę turystów z Holandii. Jak opowiadają, podziwiają śmierć tutejszych lodowców od 40 lat. Co roku przyjeżdżają w to samo miejsce.

– Idziecie z Grindelwaldu? – pyta ona. – Nie znoszę tego miejsca, czuję się tam jak w Azji.

Cóż, mnie Grindelwald nawet przypadł do gustu. Ale fakt, roi się w nim od turystów z Japonii i Chin zwożonych tam autokarami. Minie siedem i pół godziny, zanim dotrzemy do Wengen.

Dzień drugi: w Alpach tylko w majtkach

Z tego, że w Wengen turystów z Azji prawie nie ma, zdajemy sobie sprawę następnego dnia rano. Powód jest jasny – w tej przyklejonej do zbocza wiosce właściwie nie ma samochodów. Wyjątkiem są nieliczne taksówki i maleńkie (japońskie!) furgonetki hotelowe. Poza hotelami i turystami właściwie nic w Wengen nie ma. Ilu was tu mieszka? – pytam kasjerkę w spożywczym, w którym kupujemy pyszny, lokalnie wyprodukowany jogurt (lepszego w życiu nie jadłem). – Może kilkaset osób – odpowiada. – Kiedyś turyści przyjeżdżali głównie zimą, teraz jest ich tyle samo latem. Najpiękniej jest w listopadzie. Pusto i romantycznie.
Przed nami przeszło 20-kilometrowa trasa do Griesalp z łącznym przewyższeniem sięgającym dwóch tysięcy metrów. Teoretycznie mamy się zmieścić w dziewięciu godzinach.

Najpierw schodzimy do leżącej na dnie doliny miejscowości Lauterbrunnen, słynącej z kilkudziesięciu wodospadów (z nieba niczym z innej czasoprzestrzeni wyskakują spadochroniarze wynoszeni tam przez śmigłowce; zastanawiam się, czy w Szwajcarii trzeba na taką zabawę wydać majątek). Tam trochę oszukujemy, bo wsiadamy do kolejki linowej na przeciwległe zbocze, na górze przesiadamy się do pociągu i dojeżdżamy do kolejnej górskiej wioski bez aut – Mürren. Dzięki temu oszczędzamy jakieś tysiąc metrów podejścia. Przed nami jeszcze drugie tyle wspinaczki – wśród kwitnących łąk, malowniczych pastwisk i alpejskich krów nawołujących się dzwonkami zawieszonymi na szyjach. Kulminacją dnia jest ponura przełęcz Sefinenfurgge na wysokości 2612 m n.p.m.

Zanim rozpoczniemy atak przełęczowy, robimy popas w leżącym na dole księżycowego kotła schronisku Rotstockhütte. Zajadamy ze smakiem kartoflankę z serem i rozmawiamy z Thomasem, którego spotkaliśmy na szlaku już poprzedniego dnia. Thomas niczym ślimak niesie na plecach cały swój dobytek. Wędruje od 40 dni. Wszedł w Alpy w Słowenii, gdzie mieszka. Idzie do Chamonix, w którym się urodził. Zdecydowaną większość pielgrzymki ma więc już za sobą. – Jestem bardzo zmęczony – narzeka. – Prześpię się tu i dalej ruszam dopiero następnego dnia. Wam też to radzę. Tym bardziej że pogoda się załamała, a na przełęczy ciągle leży śnieg.

No, trudno, my nie możemy popasać.

Nasze bagaże są już chyba w Griesalp! Jakoś nam ta dzisiejsza wędrówka dużo zajmuje. Zbieramy się i rozpoczynamy powolne podejście – przez pokryte gdzieniegdzie zlodowaciałym śniegiem rwące potoki, wśród gwizdów świstaków, przez „zeszłoroczny” śnieg i w coraz mocniej padającym deszczu.
Tuż przed samą przełęczą spotykamy zjeżdżającego z niej po śniegu starszego szczupłego Szwajcara. Oprócz butów ma na sobie tylko majtki, flanelową koszulę i plecak.

Fajny naród ci Szwajcarzy. Trochę wycofany, ale jednak sympatyczny. Chwilę rozmawiamy. Pytam, czy nie przeszkadzają mu turyści. – Absolutnie nie, niech przyjeżdżają! – śmieje się. Zejście z Sefinenfurgge okazuje się długie i powolne, tym bardziej że chmury są chwilami na wysokości gruntu. Tego dnia maszerujemy aż 11,5 godziny.

Dzień trzeci: Kaffee, Kuchen, Glace. Nur noch 5 Minuten

Z Griesalp, przysiółka składającego się z kilku drewnianych hotelików ulokowanych nad rwącym potokiem, którego szum ładnie kołysze do snu zmęczonych turystów, wyruszamy po dziewiątej. Poprzedniego dnia wieczorem opracowałem alternatywną, lżejszą trasę do Kanderstegu, ale rano decydujemy się jednak na zaplanowane wcześniej przejście przez przełęcz Hohtürli na wysokości 2778 m n.p.m. Czeka nas 1450 m podejścia i 1700 m zejścia. Pogoda jest fantastyczna i tego dnia ostro przypalę sobie wystające spod czapki uszy. Nie pomyślałem, żeby i je posmarować kremem z filtrem UV. Znowu idziemy wśród pastwisk, co jakiś czas przechodząc przez bramki dzielące ogrodzenia z elektrycznych pastuchów. Podejście jest coraz ostrzejsze, w końcu zaczynamy się wspinać po morenach i wchodzimy w łachy śniegu. Przed samą przełęczą Szwajcarzy wycięli w zboczu schodki, które teraz oczyścili z białego.

Nagle słyszę z góry radosne okrzyki. To młody Szwajcar zjeżdża na butach po zaśnieżonym zboczu, wspierając się z tyłu mocnym kijem (niczym ogonem). – To świetny sposób – opowiada mi, kiedy się spotykamy. – Nie da się przewrócić.

Czuję, że wypił coś dla kurażu. Ale skacze po skałach i śniegu niczym kozica.

Na przełęczy czeka na nas zabawna reklama: „Kaffee, Kuchen, Glace. Nur noch 5 Min.”.

Do schroniska Blümlisalphütte trzeba podejść kolejne 56 m. Pytam schodzących stamtąd ludzi, czy warto. – O tak, mają pełno smakołyków – odpowiadają dwie dziewczyny. – Warum nicht? – śmieje się starszy turysta. No właśnie, czemu nie. Idziemy. Przed nami koło schroniska ląduje dwójka paralotniarzy (którzy potem urządzą nam spektakl pilotażu tuż nad odbijającym wiatr zboczem). Pewnie też chcą sobie zrobić przerwę na kawkę, ciasto i lody. My bierzemy dwa kawałki placka – jeden ze śliwkami, drugi z morelami. Wyśmienite. Kawa, niestety, jest rozpuszczalna.

Godzina przerwy i tuż po 15 rozpoczynamy zejście do Kanderstegu, miasteczka położonego na wysokości 1176 m n.p.m. Na początku idzie nam świetnie, właściwie zbiegamy. Ale od zjawiskowego jeziora Oeschinensee przypomina o sobie stara górska prawda – najgorsze (i najbardziej niebezpieczne) są zejścia. Niestety, idziemy za wolno i nad jeziorem jesteśmy już po 18. A tylko do tej godziny działa wyciąg, dzięki któremu moglibyśmy zaoszczędzić ostatnie 460 m zejścia. Po schłodzeniu nóg w jeziorze człapiemy więc blisko dwie godziny. Do starego hotelu Belle Epoque Victoria docieramy ok. 19.30. Zamiast przewidzianych siedmiu godzin marszu spędziliśmy więc na szlaku blisko dziewięć i pół godziny. Rano wynagrodzę to sobie w hotelowym basenie. Kiedy o 23 wracamy z kolacji w sąsiednim hotelu (niezły burger i znakomita ryba z jeziora Thun), zauważam stojące w hotelowym holu trzy walizki. Ktoś jeszcze nie dotarł.

Dzień czwarty: błąd

Rano te walizki ciągle tam stoją. No, ich właściciele naprawdę przeliczyli się z siłami. Pewnie zatrzymali się po drodze w którejś z chat albo w jednym z hotelików – choćby nad Oeschinensee. My kupujemy w sklepiku przy dworcu kilka kawałków szwajcarskiego sera na prezenty i jedziemy już pociągami do Montreux (tym razem wszystkie przesiadki sprawdzają się idealnie). Uparłem się na zakończenie naszej szwajcarskiej przygody w tym kurorcie nad Jeziorem Genewskim, bo tam oficjalnie kończy się Via Alpina 1. Zjeżdżamy ostro, po drodze mijając coraz więcej winnic.

Montreux leży niby w tym samym kraju, ale mam wrażenie, jakbyśmy znaleźli się w innym świecie. Z kultury niemieckojęzycznej przenieśliśmy się do bardziej kolorowej i zróżnicowanej kultury francuskojęzycznej. Czuję się jak w śródziemnomorskim kurorcie, szczególnie że wokół sporo gości z krajów arabskich.
W miasteczku, które liczy sobie ledwie ok. 20 tys. mieszkańców, trwa międzynarodowy festiwal jazzowy. Co oznacza, że tłok w nim jak w Mielnie albo Zakopanem latem. Jednak słusznie nas ostrzegano, żeby tam nie jechać. Dobrze choć, że Montreux ma piękną architekturę – zupełnie nieprzypominającą baraków, którymi u nas zarastają górskie i nadmorskie kurorty. W Szwajcarii nie jest też specjalnie drogo – oczywiście jeśli zarabia się we frankach szwajcarskich.

Co i za ile?

  • Bilet lotniczy Kraków – Zurych – Kraków: Swissem to koszt ok. 1,5 tys. zł. Nieco taniej będzie tylko z bagażem podręcznym.
  • Bilet kolejowy z lotniska w Zurychu do Grindelwaldu kosztuje ok. 80 franków. W pierwszej klasie – ok. 140 franków.
  • Bilet kolejowy Lauterbrunnen – Mürren, dzięki któremu skróciliśmy sobie drugi dzień wędrówki: 11 franków.
  • Zorganizowany ośmiodniowy letni Bärentrek na trasie Meiringen – Lenk dla dwóch osób: 1,7 tys. franków.
  • Skok spadochronowy w tandemie ze śmigłowca nad Lauterbrunnen: 450 franków.
  • W roamingu danych za 1 MB zapłacisz ponad 30 zł. Ratunek? Karta prepaid na lotnisku (10 dni za 20 franków).
  • Espresso: 4 franki.
  • Małe piwo: 4,5 franka.
  • Kieliszek szwajcarskiego wina: 4 franki.
  • Lekki lunch na trasie: 10 franków.
  • Obiad w restauracji: ok. 30 franków.
  • 0,5 l lokalnego jogurtu w sklepie: 4 franki.
  • 100 g lokalnego sera: 3 franki.
  • Widoki: bezcenne.

Kilka dobrych rad

  • Nie dotykaj elektrycznych pastuchów, które często ograniczają górskie szlaki. Kopią tak, że zapamiętasz to na całe życie.
  • Kupuj lokalne produkty. Są przepyszne.
  • Rób przystanki w górskich schroniskach. Jest bardzo smacznie i miło.
  • Nie marudź rano. Warto wyjść na szlak najpóźniej o 8.
  • Jeśli w twoim hotelu jest basen – skorzystaj z niego.
  • Napij się szwajcarskiego wina i piwa. Są świetne, a w Polsce ich raczej nie kupisz.
  • Uśmiechaj się do ludzi, a oni odwzajemnią się tym samym.