Pretekstem był trekking w Alpach, na który wysłannika „Wyborczej” zaprosiła ambasada Szwajcarii w Warszawie. Dyplomaci myśleli zapewne, że pochodzi, zmęczy się i nie będzie miał siły na krytyczne obserwacje.

Takie sztuczki nie z nami, Brunner.

Jeśli pociąg się spóźni, zaraz jest następny

Kraków, lipcowe popołudnie, czekamy na samolot do Zurychu. Oczywiście liniami Swiss. Lot jest opóźniony o 15 minut. Zaczynam się zastanawiać, czy nasz misterny plan już na samym początku nie rozsypie się niczym ciśnięty o ziemię plastikowy swatch.

Dlaczego misterny?

Planowo powinniśmy lądować o 16.30. Musimy odebrać walizki, potem z Zurychu koleją mamy w blisko trzy godziny dojechać do alpejskiego Grindelwaldu. Czterema (odjazd o 17.18) albo trzema (odjazd o 17.46) pociągami - ale za to na jednym bilecie. Na każdą przesiadkę mamy po kilka minut.

W Polsce nie zgodziłbym się na tak napięty harmonogram, ale reputacja najlepiej zorganizowanego państwa w Europie zobowiązuje także gości.

Ale już nad Zurychem krążymy w oczekiwaniu na lądowanie. Efekt - 20 minut opóźnienia.

Na lotnisku czekamy na walizki. O 17.09 ogłaszają, że pojawią się na taśmie za osiem minut. Hm, ciekawe, nigdzie indziej nie spotkałem się z taką precyzją... i w Zurychu też się nie. Walizki wylatują z otchłani z sześciominutowym opóźnieniem.

Biegniemy na dworzec. Z trudem wyrabiamy się na połączenie o 17.46.

W pociągu do Berna cichutko. Nikt nie ględzi przez telefon komórkowy i nie gada głośno ze współpasażerem. Co za ulga.

Do stolicy przyjeżdżamy z trzyminutowym opóźnieniem. Biegniemy na sąsiedni peron. Udało się, ale pociąg do miejscowości Interlaken odchodzi z kilkuminutowym opóźnieniem. Czy zdążymy na regio do Grindelwaldu?

Już na trasie, u podnóża Alp, ogłaszają, że mamy 10 minut opóźnienia przez jakiś problem na torach. A na kolejną przesiadkę mamy tylko osiem minut. Na zewnątrz malownicza burza. Dla nas to pierwszy deszcz od maja. Świat się rozpada nawet w Szwajcarii – myślę sobie.

No i stało się. Pociąg z Interlaken do Grindelwaldu odjechał bez nas. Za ile następny? Dwie godziny albo więcej, jak w Polsce? Okazuje się, że jest za… pół godziny. Spóźnienie więc nie boli. Spokojnie czekamy.

Unia Europejska w miniaturze

Helwecki PKB na głowę mieszkańca jest wyższy niż w Norwegii. Zapewne to z tego powodu Szwajcaria stała się magnesem dla obcokrajowców. Na blisko 8,5 mln mieszkańców aż jedna czwarta nie ma szwajcarskiego obywatelstwa!

Na czym oni zbijają te kokosy? Muszę tego się dowiedzieć.

Początki konfederacji sięgają 1291 r., kiedy arystokracja trzech wspólnot mieszkających w alpejskich dolinach podpisała oficjalny dokument o sojuszu, biorąc we władanie górskie przełęcze leżące w samym sercu Europy i łączące północ kontynentu z południem, a zachód ze wschodem. Przez kolejne wieki do konfederacji dołączały kolejne społeczności - zwane kantonami. Szwajcarzy eksportowali najemników, musieli się odgryzać Niemcom i Francuzom, aż w 1648 r. niepodległość kraju uznało Święte Cesarstwo Rzymskie. Potem wykrwawiali się w wojnach domowych, zostali podbici przez Francuzów, dogadali się z Napoleonem, ale od kongresu wiedeńskiego w 1815 r., kiedy ich neutralność została potwierdzona przez europejskie potęgi, nie toczyli - jako państwo - wojny. Energię przeznaczyli więc na wielopokoleniową budowę dzisiejszego bogactwa wypracowywanego przez obywateli 26 kantonów.

Szwajcaria ma najbardziej gęstą sieć kolejową w Europie - przeszło 5 tys. km torów. Pociągi wdrapują się nawet na alpejskie przełęcze – w tym na Jungfraujoch, gdzie znajduje się najwyżej położona stacja kolejowa Europy. Turyści mogą wjechać na wysokość 3454 m n.p.m. To już, uważam, przesada.

Szwajcarskie koleje są świetnie zorganizowane. Poza pierwszym dniem nie doświadczamy żadnych opóźnień – pociągi jeżdżą z minutową precyzją. A dworzec kolejowy na lotnisku w Zurychu leży na jednej z głównych linii kolejowych, co oznacza, że zatrzymuje się na nim mnóstwo pociągów. Nie jest - jak w Polsce - jakąś podrzędną stacyjką, do której trudno dojechać, bo pociągi docierają do niej raz na godzinę i trzeba na nie gdzieś – na jakimś Głównym albo Centralnym – specjalnie się przesiadać. To mi się akurat podoba.

Alpy to dla Szwajcarów nie tylko serce państwa, ale i źródło energii. Blisko 60 proc. prądu produkują elektrownie wodne postawione na rzekach, resztę Helweci czerpią z atomu.

Szwajcarzy nie mają wielkich złóż surowców naturalnych, mają za to wysokospecjalistyczny przemysł produkujący złożone produkty. Wytwarzają leki, jedzenie (przetworzone, o wspaniałych alpejskich serach nie wspominając) i maszyny. Są potentatem na rynku wysokiej klasy zegarków mechanicznych. Słyną z sektora bankowo-finansowego, co oznacza, że cały świat zostawia u nich pieniądze.

Szwajcaria nie należy do Unii Europejskiej (jej mieszkańcy sam pomysł negocjacji akcesyjnych odrzucili w referendum w 2001 r.), ale dzięki wiążącym obie konfederacje umowom jest w UE zacumowana, należy np. do strefy Schengen. Jest trochę jak pasażer na gapę albo niezaszczepione dziecko – korzysta z bezpiecznego otoczenia, ale umywa ręce od wielkich problemów. Choć, trzeba to uczciwie przyznać, dokłada trochę do unijnej kasy.

Z drugiej strony sama jest Unią Europejską w miniaturze – ze swoim złożonym systemem politycznym, czterema oficjalnymi językami i wielokulturowym społeczeństwem.

Ot i cała tajemnica sukcesu.

Turystyka zaraz po zegarkach

Ale oczywiście Szwajcarzy, jak to Europejczycy i ludzie, nie są aniołami. Jako ostatni na szeroko rozumianym Zachodzie przyznali prawa polityczne kobietom. Szwajcarki mogą głosować w wyborach konfederalnych od 1971 r., a w niemieckojęzycznym maleńkim kantonie Appenzell Innerrhoden – dopiero od 1990 r. (nie obyło się bez interwencji Sądu Najwyższego).

14 czerwca tego roku Szwajcarki wyszły na ulice, by zaprotestować przeciwko nierównemu traktowaniu, jakie ciągle je dotyka. Tak jak w innych państwach zarabiają mniej niż mężczyźni zatrudnieni na podobnych stanowiskach – podczas strajku część kobiet opuściła pracę o 15.30, co miało symbolizować pensję o 20 proc. niższą od kolegów – oraz otrzymują niższe emerytury (nie odprowadzają składek przez lata, w których przerywają pracę zawodową, żeby zająć się dziećmi). Jak wszędzie padają też ofiarami molestowania seksualnego.

Tegoroczny strajk odbył się ledwie 28 lat po tym, którym Szwajcarki wywalczyły sobie prawo do płatnego urlopu macierzyńskiego.

Szwajcaria nie ucieka też przed turystami, którzy w wielu krajach traktowani są jak plaga - przeciwnie, władze w Bernie zachęcają do przyjazdów, promując się m.in. w Polsce. Według szwajcarskiego urzędu statystycznego w 2018 r. turyści zostawili w państwie Helwetów blisko 17 mld franków. W pierwszej połowie tego roku hotele miały przeszło 10 mln zagranicznych gości, którzy zatrzymali się choć na jedną noc – o 1,5 proc. więcej niż w pierwszej połowie 2018 r.

Turyści najchętniej jeżdżą w Alpy - i zimą, i latem - oraz w nisko położony rejon Jeziora Genewskiego, w którym można się poczuć jak na francuskiej Riwierze.

Już dziś turystyka jest szóstym najbardziej dochodowym „towarem eksportowym” Szwajcarii – po przemysłach farmaceutycznym i chemicznym, metalowym i maszynowym, handlu, usługach finansowych oraz zegarkach.

Należy spodziewać się jeszcze większej inwazji turystów na Alpy i inne atrakcje Szwajcarii, m.in. z Azji (w Grindelwaldzie już można się poczuć jak w Chinach czy Japonii). Lokalsi oczywiście zarobią więcej, ale ich kraj może się zmienić w Disneyland, jak Kraków, gdzie w 2018 r. 13,5 mln turystów zostawiło 6,5 mld zł).

Wiele miast turystycznych Europy i nie tylko – Barcelona, Berlin czy Reykjavík – próbuje ucywilizować ruch turystyczny, który podwyższa nie tylko ceny piwa w centrum, ale też koszt najmu czy kupna mieszkań. Być może Helweci mają te problemy jeszcze przed sobą.

Albo uczą się na cudzych błędach. W końcu mają Rogera Federera, najbardziej utytułowanego tenisistę w historii.

Jodłowanie domaga się honorów

Kiedy wędrujemy już alpejskimi szlakami – widoki są takie, że żaden opis ani fotografia ich nie opowiedzą – nad głowami latają nam myśliwce. Niewidoczne, ale wyraźnie je słyszę. A ponieważ wychowałem się koło wojskowej bazy lotniczej, potrafię odróżnić, czy leci myśliwiec, czy duży samolot odrzutowy.

Wyją i wyją. Po co oni tu latają? – zastanawiam się.

Dowiaduję się kilka dni później.

To piloci z Patrouille Suisse, zespołu akrobacyjnego Szwajcarskich Sił Powietrznych, szukali miejscowości Langenbruck, w której akurat obchodzono setną rocznicę śmierci Oskara Bidera – miejscowego bohatera, który w 1913 r. w wieku 22 lat jako pierwszy lotnik przeleciał samolotem nad Alpami.

Niestety, stare, choć ciągle zgrabne myśliwce F-5E Tiger II, których używa Patrouille Suisse, nie są wyposażone w GPS. Dowódca zespołu się pogubił i poprowadził go honorowym przelotem nad położone o blisko 6 km na zachód od Langenbruck Mümliswil – w którym odbywał się akurat festiwal jodłowania.

Czyżby szwajcarscy piloci wypadli z wprawy, bo od II wojny, kiedy bronili neutralności swojego państwa przed niemieckimi i alianckimi samolotami, nie uczestniczyli w bojowych misjach?

Cóż, nikt nie jest bez wad.