Con Air: lot skazańców

USA 1997, reż. Simon West,
wyk. Nicolas Cage, John Malkovich, Steve Buscemi, John Cusack, Ving Rhames
10.05, piątek, 21:00, TNT

Jest wśród nich psychopatyczny, aczkolwiek bardzo inteligentny "seryjny morderca" (Malkovich), fanatyczny czarnoskóry terrorysta (Rhames), gwałciciel rekordzista (Danny Trejo) i weseli chłopcy.

Niemal wkrótce po starcie samolotu - mającego przetransportować ich do specjalnego więzienia - z dziecinną wręcz łatwością (podważającą, niestety, zaufanie do kompetencji odpowiednich służb porządkowych) przejmują nad nim kontrolę.

 

Ich dalszy cel jest prosty: po międzylądowaniu na prowincjonalnym lotnisku, wypuszczeniu pomniejszych opryszków, załadowaniu znaczniejszych (m.in. legendarnego zabójcy w osobie - ha, ha, ha - Steve'a Buscemiego) zamierzają pofrunąć do ciepłego egzotycznego kraju niezwiązanego z USA umową ekstradycyjną. Tylko jeden człowiek może udaremnić plany bandziorów: podróżujący wraz z nimi były komandos (Cage), przesadnie surowo niegdyś ukarany ośmioma latami więzienia (nieumyślnie zabił molestującego małżonkę brutala), teraz, po odbyciu wyroku, wracający do rodzinnego domu...

"Con Air" jest murowanym przebojem tegorocznego lata; wcale mnie to nie cieszy, gdyż świadczy to tylko o mizerii innych propozycji. Film jest wprawdzie o niebo lepszy od takiej np. "Turbulencji" (z którą dzieli, niestety, nie tylko temat; także skłonność do poświęcania choćby śladowej logiki dla doraźnego efektu specjalnego), ale tylko na takim tle może uchodzić za pełnowartościowy film rozrywkowy.

Już samo skumulowanie zła w ograniczonej przestrzeni pachnie groteską; jeszcze jednak bardziej groteskowo wypadają szlachetne motywacje naszego Dobrego, ale to Bardzo Dobrego bohatera (najpierw musi dostarczyć pluszowego króliczka w prezencie urodzinowym dla niewidzianej dotychczas córeczki, potem jedynym powodem do wszczęcia interwencji jest konieczność zdobycia lekarstwa dla cierpiącego na cukrzycę kolegi spod celi, później jeszcze mówi serio o udowodnieniu światu istnienia Boga itp.). "Con Air" podchodzi do krawędzi gatunkowej parodii.

Gdy jego twórcy zdają sobie sprawę z absurdalności całej historii, robi się całkiem zabawnie, kilka komediowych wstawek jest rzeczywiście kapitalnych - jednak te przebłyski samoświadomości są stanowczo zbyt rzadkie. Jednego nie można mu zarzucić, że jest nudny. Reżyser (znany dotychczas jako autor reklamówek) mnoży drobne, krótkotrwałe, epizodyczne wręcz "pola napięć", dzięki czemu szwankuje może dramaturgia całości (kulminacyjna scena jest chyba najsłabsza w całym filmie), ale uwaga widza nie słabnie ani na chwilę; nikt nie wymyka się z sali po zakup popcornu. Po straszliwej "Anakondzie", makabrycznym "Relikcie", debilnym "Oszołom Show", słabo uzależniającej "Miłości jak narkotyku", infantylnej analizie uczuć "Czarownic" nie jest to mało.