Pacific Rim

film science fiction, USA 2013
reż. Guillermo del Torowyk.: Charlie Hunnam, Rinko Kikuchi, Idris Elba
3.05, piątek, 21:00, TNT

Jeśli wierzyć scenarzystom hollywoodzkich blockbusterów, bidulka Ziemia znajduje się w stanie permanentnego niebezpieczeństwa. Wybór zagrożeń, o dziwo, mocno ograniczony - jak nie terroryści, to złowrogi wirus albo - ma się rozumieć - obcy. To właśnie przypadek "Pacific Rim", w którym naszą planetę zaczynają atakować wydobywające się z innego wszechświata - a przy okazji z głębin Pacyfiku - gigantyczne stwory godzillopodobne, czyli Kaiju.

 

Atakują, w pył rozsadzają największe miasta, ale politycy różnych krajów solidarnie (przynajmniej w teorii: i tak prym wieść będą Amerykanie) znajdują na to sposób - sterowane przez dwóch łączących swoje umysły pilotów równie gigantyczne roboty, czyli Jaegery. Te stają się najpierw obiektem kultu, a w końcu schodzą do partyzantki: okazuje się bowiem, że jak na dostosowujące się do warunków Kaiju możliwości Jaegerów są za małe. A może nie?

Nie paranoiczne meandry fabuły tutaj jednak zaskakują, ale fakt, że wszystko to już było. Kłaniają się przecież i serie "Transformers" (epizodyczny bohater znajduje nawet transformersową zabawkę i narzeka, że jest zupełnie nieprzydatna), i "Iron Man", i "Giganci ze stali", by poprzestać na tytułach najbardziej oczywistych.

Zlepieni z gotowych wzorców są też Kaiju, nie mówiąc już o starciach "ludzkich" maszyn i "pozaziemskich" potworów - głównie o nie przecież tutaj chodzi, nawet jeśli majaczą w tle rodzinne zaszłości, tragedie, kompleksy i konflikty. Tyle że emocji w tym wszystkim - z "pojedynkami" na czele - nieco tylko więcej niż na grzybobraniu.

Chciałbym wierzyć, że "Pacific Rim" to jedynie dowód niebotycznej frustracji Del Toro, który nie mógł sam nakręcić "Hobbita", więc postanowił Amerykanom udowodnić, że żaden z niego artysta: gdy chce, potrafi zrobić perfekcyjnie durne, hollywoodzkie kino, które z "Labiryntem Fauna" nie ma nic wspólnego, a i od "Hellboya" ucieka tak daleko, jak się da.