Sherlock Holmes: Gra cieni

USA 2011, reż. Guy Ritchie.
wyk: Robert Downey jr, Jude Law, Rachel McAdams
21.06, piątek, 21:00, TNT

 

Watson (Jude Law) dalej przekomarza się ze swoim przyjacielem, ale nie potrafi bez niego żyć, a znany z poprzedniej części profesor Moriarty (Jared Harris) wreszcie zostaje czarnym charakterem numer jeden, który swój matematyczny geniusz wykorzystuje do precyzyjnych planów skonfliktowania Francji z Niemcami i wywołania światowej wojny. Ratowanie świata ważniejsze jest bowiem niż romantyczne porywy serc.

Holmes słabość ma co prawda do Irene (Rachel McAdams), ale jej rola w odkrywaniu szeroko zakrojonego spisku kończy się szybko i tragicznie, więc detektywowi o mocnych pięściach pozostaje tylko melancholijne wspomnienie i powtarzane mądrości o tym, że małżeństwo to niewola. Żenić się tymczasem postanawia Watson, ale i on musi uznać pierwszeństwo spraw wagi światowej nad osobistymi: na własnym ślubie pojawia się w stanie mocno "zużytym", a jego miesiąc miodowy zaczyna się od wyrzucenia ukochanej, czyli Mary (Kelly Reilly), z pędzącego pociągu prosto do rzeki.

Ritchie postępuje dokładnie tak, jakby raz przyjętą metodę (skuteczną, skoro pierwszy "Sherlock" zarobił ponad 500 mln dol.) chciał powtórzyć w sposób dosłowny. Stylowo wygląda wiktoriański Londyn, znaczenie ma najmniejszy scenograficzny detal, chociaż co rusz pojawiają się sugestie, że historyczny kontekst jest tylko umownym sztafażem (możliwe są operacje plastyczne twarzy, a dla niepoznaki nosić można... soczewki kontaktowe).

Nie brak efekciarskich, typowych dla Ritchiego fajerwerków (szybkie najazdy kamery, zwolnienia i przyspieszenia), przebieranek (Downey Jr. chwilami przypomina Jacka Sparrowa), wybuchów, zniszczeń i magicznych dodatków (ważną rolę gra wróżka Simza), ale całe to rozbuchane widowisko - czego tłumaczyć nie można nawet niespiesznym angielskim rytmem - raczej śmiertelnie nuży (a trwa ponad dwie godziny!), niż ekscytuje. Powiew świeżości pojawia się jedynie wraz z postacią Mycrofta Holmesa (Stephen Fry): a to dlatego, że z bratem Sherlockiem łączą go nie tylko braterskie więzy krwi, ale też mocno ekscentryczny charakter.

Przemiana Holmesa w komiksowego superbohatera to oczywiście zabieg czysto komercyjny - jeśli gdzieś przebija tu ślad poczciwego kryminalnego pierwowzoru, to w dialogach. Rozmowy mówiącego z brytyjskim akcentem Roberta Downeya Jr. z Jude’em Lawem to wciąż najjaśniejszy punkt filmu, który - nikt chyba nie ma złudzeń - skazany jest na sukces.