Morgan Freeman urodził się 1937 r. Przez lata był mistrzem drugiego planu. Dziś to jeden z najbardziej znanych i cenionych amerykańskich aktorów. Laureat Oscara za rolę w „Za wszelką cenę” i Złotego Globu za występ w „Wożąc panią Daisy”. Najbardziej znane kreacje stworzył w „Skazanych na Shawshank”, „Invictus - Niepokonanym”, gdzie zagrał Nelsona Mandelę, i w thrillerze „Siedem”. Wyreżyserował obraz „Bopha!” o Afryce z czasów apartheidu

Z Morganem Freemanem rozmawiał Paweł T. Felis.

Kiedyś grywał pan w pięciu filmach rocznie. Dochodził jeszcze teatr. Teraz łatwiej pan odmawia?

- Na pewno trudniej namówić mnie na powrót do teatru. Tych kilkanaście lat spędzonych na scenie - Broadway, taniec, największe sztuki Szekspira i Brechta - dało mi warsztat, z którego czerpię do dziś.

W pewnym sensie było wtedy lepiej: w teatrze jedynym punktem odniesienia jest publiczność, przeglądasz się w jej oczach. Kino bywa bezwzględne, bo patrzysz na efekt pracy na ekranie. I cierpisz. Byłeś przekonany, że dokonujesz metamorfozy godnej Roberta De Niro, a tak naprawdę widzisz tego samego Morgana Freemana, który nieudolnie udaje, że nim nie jest.

Ale kino to mój naturalny dom. W kinie jest łatwiej, szybciej. I za większe pieniądze.

Traktuje pan film użytkowo?

- Traktuję siebie jak rzemieślnika do wynajęcia. Nie lubię się powtarzać, a jednak dwukrotnie zgodziłem się być Bogiem, w kolejnych częściach „Batmana” tę samą postać zagrałem trzy razy. Nigdy nie mów "nigdy".

Miewa pan czasem poczucie, że jest w show-biznesie reprezentantem czarnoskórych?

- Nigdy. Czy pracujący w Stanach polscy operatorzy powinni reprezentować Polskę? Żydzi Żydów? Reprezentujemy nasz talent.

Dawno temu, kiedy w latach 70. występowałem w programie edukacyjnym dla najmłodszych „The Electric Company”, wyprostowałem włosy. Jakaś kobieta powiedziała mi później: „Nie powinieneś. Jesteś przecież czarny!”. Chwila, naprawdę? Więc mój kolor skóry ma decydować o tym, jak wyglądam, jakie role będę przyjmował, jakie nosił koszule?

Po „Dniu zagłady” pytano mnie, jak to jest grać czarnego prezydenta. Ale przecież ja nie zagrałem czarnego prezydenta. Zagrałem prezydenta.

Po oscarowym triumfie rozliczającego się z niewolnictwem „Zniewolonego” mówiono: Hollywood próbuje spłacić dług wobec czarnoskórych.

- Nie widziałem tego filmu.

Jak to?

- Nie wątpię, że to znakomite kino. Ale o podstępnie zniewolonym Solomonie Northupie powstał już film telewizyjny, widziałem go wiele lat temu. I niespecjalnie mam ochotę raz jeszcze się biczować. Świat jest wystarczająco podły dziś, żeby odchorowywać to, jak podły był kiedyś.

A jednak jednym z największym pana sukcesów jest „Wożąc panią Daisy”, o przyjaźni czarnoskórego szofera z 72-letnią rasistką. Film dostał Oscara, ale Spike Lee był bezlitosny: „To kino słuszne, ale marne”.

- Nie wiem, czy było marne. Na pewno specyficzne: ani ostry, zaangażowany film społeczny, ani „Chata wuja Toma”. Ale była to historia prawdziwa - również dla mnie, osoby pochodzącej z Południa, która doskonale wie, co znaczy segregacja.

Kolor skóry nie ma już w Hollywood znaczenia?

- Zawsze ma. Podobnie jak ma znaczenie kolor oczu, wzrost, obwisły brzuch albo doskonały „kaloryfer”. Do jednych ról pasujesz, a do innych nie.

Z Hollywood nie jest tak źle, jak lubimy powtarzać. Znam czarnych kolegów, którzy wyjechali z Anglii do Stanów, bo wbrew pozorom właśnie tu mają większe możliwości. Możemy narzekać na amerykański show-biznes, ale nigdzie na świecie czarnoskórzy nie grają tak dużo. Te drzwi otworzyły się wiele, wiele lat temu: kiedy stawiałem pierwsze kroki w kinie, Sidney Poitier [pierwszy czarnoskóry aktor nagrodzony Oscarem za główną rolę] był już kimś. Zrobiło się miejsce na następnych. Dziś czarny aktor jest po prostu aktorem: może być policjantem, politykiem, gangsterem albo filozofem.

A jednak kilka lat temu mówiono, że należy pan do grupy bardzo znanych, czarnych aktorów, którym konsekwentnie płaci się mniej.

- Zgadzam się! Od lat tłumaczę to swojemu agentowi. I wreszcie wiem, że mogę powołać się na kolor skóry!

A poważnie - byłbym szalony, gdybym narzekał. Mam gdzie mieszkać, mam co jeść. Żyję w komforcie, o jakim kiedyś nawet nie śmiałem marzyć. A jako dziecko naprawdę poznałem, czym jest bieda.

Pańska wypowiedź o tym, że Black History Month, obchodzony w Stanach miesiąc poświęcony Afroamerykanom, to idiotyzm.

- Takim samym idiotyzmem byłby miesiąc poświęcony Żydom. Albo Chińczykom, gejom czy wegetarianom. Wszyscy mamy swoją historię.

Nie ma sensu przypominać historii czarnych?

- Ona jest częścią nas wszystkich. Wryła się w tę ziemię, w pamięć naszą i naszych przodków. Tylko że dla mnie zawsze ważniejsze było to, co dziś i jutro, a nie to, co wczoraj.

Rozpamiętywanie dawnych nieszczęść to pułapka. Stawiasz się w roli ofiary i kogoś lepszego jednocześnie. Mam oczekiwać specjalnego szacunku, bo istniało niewolnictwo? Nazywam się Morgan Freeman, a nie „czarny Morgan Freeman”. Im mniej będziemy o kolorze skóry mówić, tym lepiej.

A jednak to pan - o czym opowiada dokument „Prom Night in Mississippi” - zaproponował szkole w Charleston zorganizowanie wspólnej studniówki dla czarnych i białych. Uczniowie tego liceum oczywiście uczyli się razem, ale świętowali zawsze osobno.

- Nie mówię, że nie ma w Stanach śladów przeszłości. Wystarczy przejechać przez Południe, żeby zobaczyć te wszystkie pomniki bohaterów Konfederacji. Tylko że akademie, rocznice, hołdy, święta są chore. Liczy się konkret.

Licealiści, o których pan mówi, nie mieli problemu ze wspólnym balem. Byli otwarci na zmianę, tylko potrzebowali pomysłu. Co innego starsi, którzy przez lata pilnowali tej dziwacznej tradycji. Młodzi nie myślą o tym, że będą bawić się z czarnoskórymi. Myślą raczej: wreszcie mogę bawić się z kolegami.

To prawda, że jako dziecko musiał pan uciekać się do przemocy, żeby przetrwać?

- Czy to była przemoc? Po prostu musiałem sobie radzić. W południowej części Chicago w szkole i w domu było bezpiecznie, tylko trzeba było jakoś przedostać się z jednego miejsca do drugiego. Koledzy związani z miejscowymi gangami byli nieodzowni.

Agresji nie mam we krwi, ale trochę sprytu się przydało. Czasem trzeba było oszukać, coś drobnego ukraść.

Ale do kina chodził pan legalnie?

- To były piękne czasy, kiedy bilet kosztował 12 centów. Zbierałem butelki po mleku albo coli, sprzedawałem i starczało na to, żeby co poniedziałek oglądać nowy film.

Marzył pan wtedy, że jako pierwszy czarnoskóry aktor zgarnie Oscara.

- Nie udało się. Zostałem za to najstarszym czarnos-kórym aktorem, któremu Oscara przyznano. Ktoś wtedy powiedział mi: „Już nic musisz”. Odparłem: „To prawda. Ale ile jeszcze mogę!”.
________
Rozmowa oryginalnie ukazała się 9 maja 2014 r. przy okazji premiery filmu "Transcendencja''