Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czy miasto jest dobrym miejscem dla zwierząt?

Dr hab. Hanna Mamzer*: Miasto jest przede wszystkim dostosowane do potrzeb człowieka. Mrówka buduje mrowisko, a człowiek buduje betonowe miasto - bo tak mu się „dobrze żyje". Gatunki, które mają mniejsze zdolności modyfikowania przestrzeni, muszą się usunąć pod naporem ludzi. I tak jak dzikie zwierzęta mają jeszcze pewien wybór, zwierzęta towarzyszące – koty i psy - wprowadzamy do miasta niejako na siłę. A to przestrzeń dla nich trudna. Nie mogą zaspokoić swoich potrzeb: eksploracji, ruchu, wędrowania, polowania, wspinaczki. Bo jest ruchliwa ulica, chodnik, na którym ludzie nie życzą sobie znajdować odchodów, trawnik, na którym ludzie nie chcą oglądać wypalonych moczem śladów.

Miasto bardziej wspólne
CZYTAJ WIĘCEJ

Do tego ciasne mieszkania i schody.

- Owszem, schody mogą być problemem dla psa, który ma problemy zdrowotne. Ale już małe mieszkanie nie musi być kłopotem nawet dla dużego i aktywnego. Bo jeśli pies będzie „wybiegany", będzie miał zaspokojoną potrzebę eksploracji, wróci do tej kawalerki jak do swojej nory. Potraktuje ją jako miejsce odpoczynku, a nie zabawy i polowania. Rzecz więc nie w tym, jak mieszkamy, a w tym, jak się zwierzęciem zajmujemy. I to nie jest kwestia wygody tego psa, ale naszej - to nam trudniej jest zapewnić mu w mieście odpowiednie warunki. Bo jeśli mamy psa, który kocha biegać, to zanim się rozpędzi, już będzie na skraju trawnika. Wspaniały mieszaniec Frisco, którego niedawno wyadoptowałam do cudownych osób, jest bardzo duży i mieszka w kawalerce. Ale jego wszystkie potrzeby są zaspokojone.

Hanna MamzerHanna Mamzer Fot. Mariusz Jakubowski

W ostatnich latach staramy się na te potrzeby zwierząt uwrażliwić: wieszamy przecież budki dla jerzyków, budujemy hotele dla owadów i wybiegi dla psów.

- I wydaje nam się, że w ten sposób coś dla zwierząt robimy. Jeśli chodzi o wybiegi, to one są niestety kontrproduktywne. Zwierzę może trochę po nich pobiega, ale na pewno nie będzie miało takiego komfortu jak na nieograniczonym terenie - chodzi przede wszystkim o możliwość oddalenia się, kiedy bliskość innych psów jest niekomfortowa. W dodatku będzie musiało podzielić się tą wytyczoną przestrzenią z wieloma innymi psami.

Jedna rzecz to potrzeby zwierząt, druga – jak my je widzimy. Podam przykład: znajomej umarł kot, jeden z dwóch, z którymi mieszkała. Szczerze się zmartwiła, że ten drugi będzie czuł się samotny. A przecież koty z natury są samotnikami i lubią żyć w pojedynkę. Antropomorfizujemy zwierzęta, przypisujemy im potrzeby, których nie mają. I stąd się biorą choćby te nieszczęsne psie wybiegi.

Poza tym nasz stosunek do zwierząt pełen jest sprzeczności.

Bo na ścianie budka dla jerzyka, a na parapecie kolce przeciw gołębiom.

- Ta „schizofrenia" charakterystyczna jest dla ponowoczesnego społeczeństwa XXI w. Z jednej strony mamy ze zwierzętami relację konsumpcyjną. Zjadamy je, szyjemy z nich ubrania, trzymamy w domach, by móc je głaskać – to wszystko robimy dla własnej przyjemności. A z drugiej strony zaczyna nam świtać, że jesteśmy w tym nie do końca w porządku i może powinniśmy zacząć traktować zwierzęta bardziej podmiotowo. Widać to nawet w języku. W aktach sprawy, do której zostałam powołana jako biegła, prokurator napisała: „wiewiórka zmarła". Kiedyś pewnie przeczytałabym, że wiewiórka zdechła. Język bardzo dobrze odzwierciedla procesy zachodzące w świadomości.

Z jednej strony eksploatujemy więc zwierzęta, z drugiej – staramy się tworzyć przestrzenie, które będą im sprzyjać.

Jeśli więc chcemy projektować miasto przyjazne zwierzętom, musimy lepiej zrozumieć ich potrzeby.

- W latach 70. XX w. Thomas Nagel opublikował esej filozoficzny „Jak to jest być nietoperzem" - traktat o tym, że nie można wejść w skórę innego bytu i patrzeć na świat tak, jak on patrzy. Mogę sobie wyobrażać, jak to jest być nietoperzem, ale nadal pozostanę człowiekiem, nie wejdę w jego skórę. Bardzo trudno kształtować przestrzeń dla zwierząt, jeśli nie posługujemy się wiedzą naukową. Jeśli chcemy budować wybieg dla psów – zaangażujmy ekspertów, specjalistów od psiego behawioru. Zwracajmy się do fachowców także, gdy chcemy zniechęcić dany gatunek do wchodzenia do miasta, bo np. nie chcemy spotykać na swojej drodze dzików.

Frisco - pies z adopcji. Mieszka w kawalerce, ale wszystkie jego potrzeby są zaspokojone. - Jeśli pies będzie 'wybiegany', będzie miał zaspokojoną potrzebę eksploracji, wróci do tej kawalerki jak do swojej nory - mówi Hanna Mamzer.Frisco - pies z adopcji. Mieszka w kawalerce, ale wszystkie jego potrzeby są zaspokojone. - Jeśli pies będzie 'wybiegany', będzie miał zaspokojoną potrzebę eksploracji, wróci do tej kawalerki jak do swojej nory - mówi Hanna Mamzer. Fot. Zuza Frankowska

Spory o dziki wybuchają dość często: ktoś wypatrzy pod blokiem lochę z warchlakami i zaraz podnoszą się głosy „trzeba strzelać".

- Dlatego tę ekspercką wiedzę trzeba przełożyć na powszechną świadomość. W Poznaniu miasto zorganizowało kampanię na temat dzików: rozdawało ulotki informacyjne w formie pocztówki z prostym graficznym przekazem. Żeby dziki nie przychodziły, nie można im zostawiać pożywienia. W Stanach Zjednoczonych w parkach narodowych, w których żyją niedźwiedzie, śmietniki konstruowane są w taki sposób, by zwierzęta nie były w stanie ich otworzyć. I ludzie wiedzą, że jeśli chcą być bezpieczni na szlaku, muszą resztki po posiłku wrzucać do tych śmietników, nigdzie indziej.

Pamiętajmy też, że my jesteśmy bardzo biofobiczni. Wciąż bombardowani jesteśmy przekazami, jak straszna jest dla nas przyroda. Począwszy od wilków grasujących gdzieś na ścieżce rowerowej, a na pneumokokach wychodzących z domowej toalety kończąc. W dominującym dyskursie natura jest dla nas zagrożeniem, jakbyśmy my sami nie byli jej elementem. A przecież nawet badania naukowe dotyczące koronawirusa pokazały, że ludzie mieszkający ze zwierzętami, szczególnie psami, mogą być na niego bardziej odporni. Nie sugeruję, że powinniśmy zachowywać się ryzykownie, ważny jest jednak zdrowy rozsądek. A ten znów: źródło ma w wiedzy i w edukacji. Gdybyśmy byli lepiej wykształceni, więcej wiedzieli o przyrodzie, tak bardzo byśmy się wszystkiego nie bali.

Nasze strachy rozkładają się jednak nierówno. Jednym zwierzętom sprzyjamy, innym życzymy śmierci. Stawiamy znaki „uwaga jeże" i rozsypujemy trutkę na szczury. Wszystkie ptaki robią kupę, ale chętniej wybaczamy to sikorce niż gołębiowi. Co jest kryterium? Uroda?

- To na pewno. Niektóre zwierzęta lubimy ze względu na ich wygląd, podobają nam się – jak wynika z badań – choćby te, których pysk przypomina ludzką twarz. Przykładem są pandy albo niektóre psy, jak np. mopsy, które mają skróconą kufę i bardzo duże oczy w stosunku do twarzoczaszki i przez to ich pyski przypominają twarze noworodków.

Niechęć do wielu zwierząt ma źródło w kulturze, w ludowych powiedzeniach: bajka o Czerwonym Kapturku nie sprzyja akceptacji wilka, trudno polubić liska chytruska, wredną żmiję czy srokę złodziejkę. W tych kulturowych przekazach są elementy prawdy o specyfice gatunków. Wilk musi polować, żeby żyć, a żmija, owszem, jest jadowita. Więcej w tych przekazach jest jednak mitologii.

Myślę, że głównym problemem jest potrzeba dzielenia gatunków na pożyteczne i na szkodniki. Choć to myślenie błędne: w ekosystemie każdy gatunek ma swoją funkcję. Zapytałam kiedyś koleżankę, która zajmuje się kleszczami, po co naturze kleszcze. A ona mówi: no jak, przecież roznoszą choroby i oczyszczają populację ze słabych genetycznie osobników. Więc nawet kleszcze i komary są potrzebne, choć myślimy o nich w kategoriach szkodników.

Nie tylko klasyfikujemy gatunki na „dobre" i „złe", ale też wyznaczamy im przestrzenie. Warto tu przywołać starą koncepcję Mary Douglas dotyczącą czystości: brudem jest to, co się znajduje w miejscu dla tego nieprzeznaczonym. Zygmunt Bauman mówił: jajecznica na talerzu to potrawa, jajecznica na krawacie to plama. Przekładając to na sympatię i niechęć do zwierząt: gołąb z gałązką oliwną w dzióbku jest może symbolem pokoju, ale na dachu katedry mocujemy kolce, bo po co zostawiać odchody na fasadzie. Są miejsca, w których mogą być szczury, i takie, w których być ich nie powinno.

A szczury w ogóle mogą być gdziekolwiek?!

- Poza miastem. I może jeszcze w zoo – przypomina mi się tu legenda miejska, która krążyła po Poznaniu, gdy pojawiły się pomysły likwidacji starego ogrodu zoologicznego w centrum miasta i przekształcenia go w park. Ludzie opowiadali sobie, że w zoo żyją tabuny szczurów i po wyprowadzce innych zwierząt dokonają inwazji na śródmieście. Więc nich już lepiej siedzą w tych kanałach.

Skoro już zaczęliśmy dostrzegać, że jesteśmy nie do końca w porządku wobec zwierząt, może powinniśmy jakoś przeprojektować nasze miasta z myślą o nich?

- Postulują to Sue Donaldson i Will Kymylicka w „Zoopolis" – w świecie idealnym zwierzęta powinny być traktowane jak pełnoprawni obywatele. I należy włączać je w proces projektowania miasta, uwzględniając np. drogi, którymi się przemieszczają, i zapewniając bezpieczne korytarze. Zwierzęta są i będą wokół nas, bo przecież my nieustannie ingerujemy w ich terytoria. W lasach grodzimy młodniki, utrudniając dostęp do młodych pędów, płowa zwierzyna wychodzi na pola, a stąd już mają blisko do ludzkich siedzib. W pandemii, gdy w miastach było spokojnie, nagle objawiło się w nich mnóstwo dzikich zwierząt. Byłoby cudownie, gdyby dało się podzielić z nimi przestrzenią, ale po pierwsze, trudno jest przeprojektować miasta, które już istnieją, po drugie, w grę wchodzą okoliczności ekonomiczno-merkantylne: przestrzeń miasta przekłada się na pieniądze.

Są też zwierzęta, które radzą sobie z ludzką obecnością: gołębie, szczury, dziki, gawrony. I tych, tak się składa, jakoś mieć obok siebie nie chcemy.

A najbardziej lubimy te, które z własnej woli nigdy by się do nas nie wybrały: sami je sprowadzamy do zoo. Jaka przyszłość czeka ogrody zoologiczne? Będą zmieniane w parki?

- Mam taką nadzieję. Nawet jeśli ten proces jeszcze trochę potrwa. Ale pamiętajmy, że jeszcze w latach 50. XX w. w ogrodach zoologicznych wystawiano ludzi. Ostatnia taka wystawa miała miejsce w 1958 r. w Brukseli, gdzie pokazywano ludzi z Konga. Skoro jeszcze 60-70 lat temu uznawaliśmy, że w zoo można pokazywać mieszkańca innego kontynentu, i nam się to zmieniło, może z czasem dojdziemy też do wniosku, że równie niehumanitarne jest zamykanie w klatce przedstawiciela gatunku innego niż człowiek.

Przecież takie małpy zachowują się bardzo podobnie do nas. Frans de Waal prowadził badania na temat moralności zwierząt, robił doświadczenia na kapucynkach. Miał dwie kapucynki, każda miała wykonać czynność: podać mu kamień. Jedna w nagrodę dostawała ogórek, druga winogrono. Kapucynka nagradzana ogórkiem zorientowała się, że płatność jest dziadowska i tym ogórkiem rzucała w eksperymentatora. Zwierzęta potrafią ocenić rzeczywistość, atrakcyjność swojej nagrody, dostrzec, że ktoś inny jest lepiej opłacany za tę samą pracę, i zbuntować się przeciwko nieuczciwości. Może więc szympansa i kapucynkę powinniśmy traktować jako osobę? Gdzie jest granica? Czy małpiatki można zamykać w zoo, a goryla już nie? Może wszystkie zwierzęta mają świadomość i zdolność oceny, podobną jak kapucynki z eksperymentu, tylko po prostu komunikują się tak, że my tego nie rozumiemy?

 

Swoją drogą dane pokazują, że nadal lubimy chodzić do zoo.

A może ogrody mogłyby działać jako azyle dla zwierząt uratowanych z cyrków i nielegalnych hodowli.

- To forma, która dla mnie osobiście jest jeszcze dopuszczalna. I są ogrody, które próbują tak funkcjonować, jak choćby poznańskie Nowe Zoo. Ma ono jednak z tego powodu spore perturbacje.

Niedźwiedź polarny w warszawskim zoo.Niedźwiedź polarny w warszawskim zoo. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Współczesnym ogrodom nie wolno już wyłapywać dzikich zwierząt, rozród jest prowadzony w formie sztucznej. Funkcjonują więc całe programy, które mają doprowadzić do utrzymania zdrowej populacji ze zróżnicowaną pulą genetyczną. Ogrody zrzeszają się i w ramach tych stowarzyszeń zwierzęta są przesyłane z jednego zoo do drugiego i kojarzone. Wprowadzenie do tego „obiegu" takich zwierząt jak choćby tygrysy uratowane z polsko-białoruskiej granicy nie mieści się w kategoriach funkcjonowania współczesnego ogrodu. Poznańskiemu zoo już kilka razy groziło wyrzucenie z Europejskiego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych.

Ogrody chętnie przekazują szczęśliwe wieści o urodzonych w niewoli zwierzętach, a o tych, które zostają uśmiercone, raczej się nie mówi. Wyjątkiem był Marius, zdrowa dwuletnia żyrafa z kopenhaskiego zoo, zastrzelona w 2013 r., publicznie poćwiartowana i rzucona do zjedzenia lwom. Zwierzę chcieli wykupić prywatni darczyńcy, ogród się nie zgodził. Marius był owocem nadprodukcji genetycznej i musiał zginąć. Nie był wyjątkiem, ale zwykle takie zwierzęta poddaje się eutanazji po cichu.

Ogrody zoologiczne nie są miejscem szczęśliwego życia zwierząt, bo pomyślane są dla ludzi. Nie da się zapewnić im dobrostanu, odpowiadając na potrzeby zwiedzających. Bo one potrzebują kryjówek, a zwiedzający chcą je oglądać. Pomijam już takie rzeczy jak miejski hałas i zanieczyszczenia.

Jeszcze bardziej niż schroniska dla dzikich zwierząt potrzebne są nam te dla psów i kotów. A one też potrzebują chyba przeprojektowania.

- To ten z elementów infrastruktury, którego nie chcemy, wolimy wyrzucać je poza miasta. Czy da się funkcjonować bez nich? Są takie kraje, np. Włochy, gdzie populacje psów żyją na wolności. Poddawane są sterylizacji i kastracji, co w pewnym sensie też jest zabiegiem opresyjnym, ale za to są wolne, tak jak polskie wolno żyjące koty. Z różnymi konsekwencjami oczywiście, bo mogą zginąć na drodze. W Niemczech i w Holandii schronisk jest bardzo mało. To jest znów kwestia edukacji, ale także prawa i nieuchronności kary. W Polsce nie ma żadnej kontroli nad rozmnażaniem psów, zwierzętami się handluje, rozdaje bez żadnej odpowiedzialności – to coś zupełnie nieprawdopodobnego. Można kupić psa za 20 zł i trzymać go na łańcuchu. Do schronisk trafiają zwierzęta, których nikt nie chce, oraz takie, które trzeba po prostu odizolować od człowieka, który się nad nimi znęcał.

Skoro jednak te schroniska już są, to jak powinny wyglądać, by były bardziej humanitarne? Te smętne klatki przypominają więzienia.

- Kraty, które nam kojarzą się z czymś strasznym, niekoniecznie muszą być takie dla zwierząt. Głównym problemem schronisk są pieniądze: ludzie po prostu na nich zarabiają. Każda gmina ma obowiązek podpisania umowy ze schroniskiem, wygrywa to, które w przetargu zaproponuje najniższą cenę. A przez to zwykle najgorsze warunki. Jeśli właścicielowi schroniska zależy na tym, by zdrowe psy i koty zostawały w nim jak najdłużej, by było ich dużo, bo on z tego ma dniówkę, adopcja nie jest w jego interesie.

W przypadku kotów problemem jest to, że są one trzymane w przegęszczeniu. Kot jest samotnikiem, a w naszych schroniskach zamykane są w jednym pomieszczeniu z dziesiątkami innych kotów. To skutkuje chorobami wynikającymi ze stresu.

W tym roku weszła w życie nowelizacja przepisów, które mówią, jak schronisko powinno wyglądać. I w nich pojawiają się jako nakaz urozmaicenia środowiskowe. Bo do tej pory można było zamykać psy i koty w wypłytkowanych boksach. I to było legalne. Były przepisy nakładające obowiązek wprowadzenia urozmaiceń w przypadku trzody chlewnej czy zwierząt laboratoryjnych. Nawet w ogrodach zoologicznych wprowadza się urozmaicenia, pakuje jedzenie do różnego rodzaju utrudniaczy, by zwierzęta miały zajęcie. A warunków trzymania zwierząt towarzyszących, czyli tych najbardziej społecznych, podobne wymogi nie obejmowały.

Dobrze funkcjonujące schronisko powinno mieć jednak przede wszystkim gigantyczny, przemyślany wolontariat. Nie musi 300 ludzi przychodzić do schroniska, wystarczy 50: jedni niech czyszczą kojce i wychodzą z psami na spacery, a reszta niech prowadzi zbiórki i promuje adopcję. Gdyby zwierzęta były odpowiednio wyprowadzane, bodźcowane, to im się nic nie stanie, że noc spędzą w kojcu. Nasze psy też w nocy śpią w mieszkaniu, które jest po prostu takim większym kojcem.

Pies w schronisku dla zwierząt.Pies w schronisku dla zwierząt. Fot. Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl

Czyli to człowiek jest tym „urozmaiceniem środowiskowym", którego potrzebuje pies. I żaden gadżet ani wybieg pełen wymyślnych konstrukcji nie zwolni nas z odpowiedzialności za to, jak traktujemy zwierzę.

- Po 15 tys. lat od udomowienia człowiek jest tym, czego pies potrzebuje najbardziej. Bo takiego psa człowiek zaprojektował genetycznie: wolimy psy, które dają się głaskać, nie walczą, całe życie chcą się bawić – takie zwierzęta wybieramy. I często jest tak, że nawet jak się psy wypuści w schronisku na wybieg, to one i tak podchodzą do siatki, stoją i patrzą na człowieka. Czekają, co będzie się działo.

Gdyby miała pani zmienić jedną rzecz w mieście, by zwierzętom było w nim lepiej – skupmy się na psach, bo to one są od nas najbardziej zależne – co by to było?

- Dałabym ich przestrzeń. Bywa, że przyjeżdżam z moimi czterema psami do miasta i gdy idę z nimi wąskim chodnikiem, przy którym zaparkowane są auta, a z przeciwka idzie ktoś inny, to nie ma szans, byśmy się wyminęli.

Czyli jeśli ktoś chce mieć psa, niech wyprowadzi się na wieś?

- Albo przemyśli, z jakim psem zamieszka. Niech to nie będzie modna rasa hodowana do polowań, gonienia owiec lub pracy w policji. Lepiej będzie się czuł pies niezbyt duży i raczej nie szczeniak, który ma wielką potrzebę eksploracji, tylko cztero-, pięciolatek. Oczywiście z adopcji.

*Dr hab. Hanna Mamzer - psycholożka, socjolożka, technik weterynaryjna, biegła sądowa z dobrostanu zwierząt i relacji człowieka z psem, profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Naukowo zajmuje się relacjami ludzi i innych gatunków, zwłaszcza zwierzęcych. Prowadzi dom tymczasowy, w którym zajmuje się psami wycofanymi, lękowymi i nieufnymi.

***

"ZAPROJEKTOWANE PO LUDZKU" od początku w centrum uwagi stawia człowieka – jego potrzeby, zachowania, oczekiwania, marzenia i wartości, którymi się kieruje. To idea, która przyświeca nam w całym projekcie i którą zamierzamy upowszechniać w różnych obszarach związanych z życiem człowieka.

W pierwszej odsłonie poruszaliśmy się w obszarze DOMU, mówiąc wprost, że ludzie nie potrzebują produktów, lecz wartości, których im dostarczają. Stworzyliśmy znak jakości, którym wyróżniamy produkty, usługi, miejsca, inicjatywy.

W drugiej odsłonie projektu „Zaprojektowane po ludzku" rozmawiamy o MIASTACH skrojonych na ludzką miarę. O tym, w jaki sposób miejska przestrzeń może sprzyjać budowaniu wspólnoty. Skupimy się na rozwiązaniach, które wspierają współpracę mieszkańców. Które pozwalają żyć w zgodzie z własnymi preferencjami, dają możliwość wyboru i godzą różne wizje – potrzeby.

W konkursie „Zaprojektowane Po Ludzku" szukamy dobrze zaprojektowanych przestrzeni, inicjatyw i obiektów, dzięki którym chce nam się wychodzić z domu.

Zgłoś swój projekt w konkursie "Zaprojektowane Po Ludzku"!

Szukamy tego, co sprawia, że miasto jest bardziej wspólne, bardziej zrównoważone, czyli zdrowe, ekologiczne, inteligentne, bezpieczne, dostępne, sprawiedliwe, przyjazne starzeniu.

Na zgłoszenia czekamy do 15 listopada 2022 r. Szczegóły na:

WYBORCZA.PL/ZPLKONKURS

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.