Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ogłoszenie wisiało na latarni niedaleko parku zdrojowego w Wysowej: „Potrzebuję podwózki do Gorlic dziś ok. 20. Zapłacę, ile trzeba". Pod spodem numer telefonu.

Z Wysowej-Zdroju do Gorlic można dojechać autobusem w godzinę. Codziennie jest siedem kursów, w sobotę – trzy, w niedzielę nie ma żadnego.

O białych plamach na mapie komunikacji zaczerniono setki stron, a sytuacja pozostaje bez zmian.

A dziś są uciążliwe bardziej niż kiedykolwiek. Przejazd prywatnym autem, nawet z człowiekiem, który „zapłaci, ile trzeba", będzie droższy niż przejazd komunikacją zbiorową, w którym koszty rozkładają się na wielu.

Problem dotyczy nie tylko wsi oddalonych od dużych ośrodków. Spróbujcie dotrzeć na podmiejskie osiedla.

Gmina Kórnik to jedna z 10 proc. gmin z dodatnim przyrostem naturalnym – na odrolnionych działkach rozrastają się szeregowce. Wieś Kamionki, w której mieszka Dorota, w ciągu dwóch dekad rozrosła się 10-krotnie. Większość mieszkańców – podobnie jak ona – dojeżdża kilkanaście km do pracy w Poznaniu. – Przez moment, gdy remontowano okoliczne drogi, koleje regionalne zagęściły kursy. - Do stacji mam 6 km, więc jeśli chciałam poczuć się jak bohater Barei, który śniadanie jada na kolację, by od rana zaoszczędzić na czasie, wybierałam pociąg – opowiada Dorota.

Miasto bardziej wspólne
CZYTAJ WIĘCEJ

Raz śniło jej się, że odkryła w domowym szambie skrót do Poznania. Hop – wskakiwała do kanału – i w kilka minut była w centrum miasta. – To był piękny sen – mówi.

Komunikacja. Pociąg do niższej inflacji

Dostęp do dobrej komunikacji nas uszczęśliwia – wynika z raportu „Mieszkałbym". W badaniu zleconym przez serwis Otodom na przełomie 2021 i 2022 r. wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy osób z całej Polski. Dostęp do transportu – jako wskaźnik, że mieszka się w dobrym miejscu – badani wymieniali na drugim miejscu, zaraz po dostępie do sklepów. Ważna jest też bliskość zieleni, bezpieczeństwo, kultura i rozrywka. Unieszczęśliwia nas brak dostępu do tego, co wspomniane powyżej. Ale największym "unieszczęśliwiaczem" pozostają wysokie koszty życia.

A dziś na wysokość codziennych wydatków ogromny wpływ ma transport. Kto ma dostęp do sprawnej komunikacji publicznej, wygrał los na loterii. Dorotę czasem podwozi sąsiadka – służbowym autem zatankowanym za firmowe pieniądze. A autor lub autorka ogłoszenia z Wysowej? Zastanawiam się, czy w ogóle pamięta, że regularnie kursujący autobus jest prawem, o które może zawalczyć? Numer telefonu na zdjęciu jest niewyraźny, nie zapytam. Olga Gitkiewicz, pracując nad książką „Nie zdążę", przepytała dziesiątki wykluczonych transportowo. – Dominowało przeświadczenie, że tak jest i trudno, trzeba sobie radzić – przyznaje. Kiedy książka się już ukazała, rozgorzała dyskusja o transporcie zbiorowym. Ludzie zaczęli się lokalnie domagać połączeń. Trzy lata temu była nadzieja, gospodarka rosła. Ale jeśli nawet zaszły zmiany, pojawiły się nowe kursy, były to zmiany punktowe.

Sprawna i dostępna komunikacja to nie tylko indywidualna oszczędność. Dziś eksperci podejrzewają, że tani bilet kolejowy pomógł Niemcom wyhamować inflację. Za 9 euro można podróżować przez miesiąc wszystkimi pociągami lokalnymi i regionalnymi oraz komunikacją miejską. „W Niemczech szał", „Bilet namieszał" – głoszą nagłówki w internetowych serwisach. Niemcy ruszyli na kolejowe wycieczki, popularność przejazdów transportem zbiorowym wzrosła o 40 proc.

Owszem, popularność samochodów nie spadła w równym stopniu. Ale może promocja doprowadzi do zmiany przyzwyczajeń przynajmniej u części Niemców? Przepraszam za banał: od czegoś trzeba zacząć.

Grunty. Do kogo należy ten miejski?

Kryzys sprawia, że na nowo przyglądamy się przyzwyczajeniom. - Przywykliśmy, że pewne dobra i usługi dostępne są na komercyjnych zasadach. A może warto się przyjrzeć lokalnym zasobom i zastanowić się, jakie potrzeby możemy dzięki nim zaspokoić, bez sięgania do rynku? – proponuje Joanna Erbel, aktywistka miejska i ekspertka CoopTech Hub, pierwszego w Polsce centrum technologii spółdzielczych.

Think tank formalnie jest spółdzielnią i właśnie w spółdzielczości szuka rozwiązań dla problemów trapiących współczesne miasta i ich mieszkańców. Pokazując, jak inaczej możemy patrzeć na nasze zasoby.

Lokalnym zasobem jest przestrzeń miejska. - Choćby miejsca parkingowe. Oczywiste dla nas jest to, że parkingami zarządzają komercyjne spółki i to one na nich zarabiają. Dziś biją się o kolejne strefy parkowania w Warszawie: nasza przestrzeń publiczna jest komercjalizowana, a zysk wyprowadzany – zauważa Erbel. - A dlaczego na strefie parkowania nie mogłaby zarabiać spółdzielnia, której my, mieszkańcy, jesteśmy współudziałowcami? Sami decydowalibyśmy o cenach i przeznaczeniu zysków.

Kolejny zasób – pustostany. Spółdzielnia – w demokratycznej procedurze – mogłaby decydować, komu wynajmie lokal w pełnej cenie, a komu przyzna stawkę preferencyjną. Mogłaby znaleźć pomysł, aby ożywić sąsiedztwo. W części mogłaby prowadzić własną działalność: otwierać spółdzielcze żłobki, kawiarnie, biura coworkingowe. Żywa okolica jest atrakcyjniejsza także dla komercyjnych najemców.

- Przywykliśmy do demokracji partycypacyjnej. Część lokalnych budżetów rozdzielana jest w głosowaniu mieszkańców. Czas na demokrację ekonomiczną o szerszym zakresie – mówi Erbel.

Żywność. Farma w parku

Ceny owoców wzrosły w ciągu roku o 23,6 proc. – głównie wskutek braku rąk do pracy. Niektórzy ogrodnicy i sadownicy dają możliwość własnoręcznych zbiorów za symboliczną kwotę, ogłaszają to w internecie.

Lokalnie też możemy zapewnić sobie dostęp do zdrowej żywności. – Część parków można przeznaczyć pod uprawy, a w piwnicach zakładać fungaria. Boczniaki są drogie, przyjeżdżają do sklepów w plastiku, a przecież ich uprawa nie wymaga wysokich kwalifikacji ani nakładów – mówi Erbel.

I na dowód, że podobne rzeczy już się dzieją, pokazuje zdjęcia agrihoodu, dosłownie: rolniczego sąsiedztwa w Detroit. W mieście, które po upadku lokalnego przemysłu popadło w kryzys tak głęboki, że przestały funkcjonować podstawowe usługi, a strażakom brakowało sprzętu do gaszenia pożarów.

Agrihood to nie jest hipsterski ogródek społecznościowy, z którego wtajemniczeni mogą sobie uskubać kilka pomidorów w sezonie, tylko regularna farma, zaopatrująca w żywność 2 tys. gospodarstw domowych, lokalne targowiska, restauracje i banki żywności. Prowadząca ją organizacja non-profit w planach ma utworzenie sąsiedzkiego miejsca spotkań z centrum edukacyjnym, domu studenckiego, stawu, w którym retencjonowana będzie woda do nawadniania upraw i elektrowni solarnej.

Im bardziej zróżnicowana działalność spółdzielni, im bardziej zróżnicowani jej członkowie (mogą być nimi też firmy, instytucje, samorząd), tym większe możliwości. W „Wychylonych w przyszłość" Erbel kreśli wizję życia odpornego na kryzysy. Gdy jesteś w lepszej sytuacji finansowej, inwestujesz w spółdzielnię, korzystasz z jej usług i wytwarzanych dóbr, a jako współudziałowczyni lub współudziałowiec jeszcze na nich zarabiasz. Ale brak kasy nie oznacza, że musisz rezygnować z wyjścia do teatru. Teatr też może być członkiem spółdzielni i ustalić, że np. bilet można odpracować, dostarczając odbiorcom żywność z lokalnej farmy.

Czy będzie ona tańsza? W książce Erbel czytam, że 85 proc. pieniędzy, które wydajemy w supermarkecie, opuszcza naszą okolicę. Duzi gracze mają jednak możliwość obniżania cen: kupują dużo, u potężnych dostawców, mogą negocjować wysokie rabaty – oczywiście kosztem ludzi zatrudnionych przy produkcji i na plantacjach. Ale – uwaga – duzi gracze mogą też ceny podnieść. Bez pytania o zgodę.

Lokalna żywność ma istotną przewagę – nie jest wrażliwa na zerwanie łańcuchów dostaw. – Spółdzielnia może też postanowić, komu i w jakich okolicznościach przysługuje rabat. Bo to my ustalamy zasady – mówi Erbel.

Nieruchomości. Non-profit na rynku mieszkaniowym

Dla dobrej jakości życia nie jest niezbędny najnowszy SUV i luksusowa sukienka. Można też żyć bez wizyt w restauracjach drukujących paragony grozy, a nawet bez jagodzianek.

Ale dach nad głową mieć trzeba. – Ostatnio pojawiło się piękne określenie, że mieszkanie jest prawem i towarem naraz – mówi Agata Twardoch, architektka, urbanistka, autorka „Systemu do mieszkania" i „Architektek". – Nie możemy zakładać, że mieszkania wyrosną same z siebie, ale nie możemy też traktować ich wyłącznie jak towaru. Czas, byśmy pomyśleli o nich jak o elemencie infrastruktury.

Dziś polityka mieszkaniowa polega na dopłatach do kredytów. - A to stracone pieniądze: w ten sposób nie rozwiązujemy problemów, a jedynie dotujemy banki – twierdzi Twardoch. - Potrzebujemy mieszkań czynszowych. Nie tanich, socjalnych, ale takich z czynszem dostępnym w ramach rozsądnych zarobków, nieprzekraczającym 40 proc. dochodu rozporządzalnego gospodarstwa domowego – mówi Twardoch.

Kupując mieszkanie-towar mamy złudne poczucie wyboru. Choć przecież jest on ograniczony naszymi możliwościami. Przyciśnięci kupujemy mieszkania źle zaprojektowane, z oknami wychodzącymi na jedną stronę, "kiszkowatymi" pokojami, korytarzem pochłaniającym większość metrażu, na osiedlach pozbawionych komunikacji i usług publicznych. Dostępne na rynku mieszkania na wynajem należą albo do osób prywatnych, albo do funduszy inwestycyjnych, którym zależy na zysku. A gdyby tak założyć, że na mieszkaniach – choć są towarem, niekoniecznie ktoś musi zarabiać krocie?

- Obok komercyjnych podmiotów, na rynku powinny działać podmioty non profit: budujące nowe mieszkania lub skupujące już istniejące - bo już dziś mieszkań jest więcej niż gospodarstw domowych. Podmioty te pobierałyby czynsze i z zarobionych pieniędzy zapewniały kolejne mieszkania – mówi Twardoch. - Takim organizacjom samorząd mógłby udostępniać grunty. Nie sprzedawać, pozostawiać sobie nad nim kontrolę. Zresztą widzę, że w samorządach zmienia się myślenie i już pojawiają się głosy, że wyprzedaż komunalnej własności nie jest najlepszym rozwiązaniem.

Twardoch przyznaje, że nowe rozwiązania łatwiej wprowadza się w czasie dobrobytu. Żeby budować tory, kupować nowe autobusy, zatrudniać nowych kierowców, skupować lub budować mieszkania. Za to kryzys daje impuls, by nowe rozwiązania wypracować. Ba, przyciska i zmusza do innowacji. Będą jak znalazł na kolejny dobrobyt.

***

"ZAPROJEKTOWANE PO LUDZKU" od początku w centrum uwagi stawia człowieka – jego potrzeby, zachowania, oczekiwania, marzenia i wartości, którymi się kieruje. To idea, która przyświeca nam w całym projekcie i którą zamierzamy upowszechniać w różnych obszarach związanych z życiem człowieka.

W pierwszej odsłonie poruszaliśmy się w obszarze DOMU, mówiąc wprost, że ludzie nie potrzebują produktów, lecz wartości, których im dostarczają. Stworzyliśmy znak jakości, którym wyróżniamy produkty, usługi, miejsca, inicjatywy.

W drugiej odsłonie projektu „Zaprojektowane po ludzku" rozmawiamy o MIASTACH skrojonych na ludzką miarę. O tym, w jaki sposób miejska przestrzeń może sprzyjać budowaniu wspólnoty. Skupimy się na rozwiązaniach, które wspierają współpracę mieszkańców. Które pozwalają żyć w zgodzie z własnymi preferencjami, dają możliwość wyboru i godzą różne wizje – potrzeby.

W konkursie „Zaprojektowane Po Ludzku" szukamy dobrze zaprojektowanych przestrzeni, inicjatyw i obiektów, dzięki którym chce nam się wychodzić z domu.

Zgłoś swój projekt w konkursie "Zaprojektowane Po Ludzku"!

Szukamy tego, co sprawia, że miasto jest bardziej wspólne, bardziej zrównoważone, czyli zdrowe, ekologiczne, inteligentne, bezpieczne, dostępne, sprawiedliwe, przyjazne starzeniu.

Na zgłoszenia czekamy do 15 listopada 2022 r. Szczegóły na:

WYBORCZA.PL/ZPLKONKURS

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.