Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Znacie grusze odmiany Bradford? Nie? Może i lepiej. To drzewo mogłoby grać w horrorze. Pytania, które sugeruje Google po wpisaniu nazwy tej gruszy w wyszukiwarkę, można streścić do trzech: co jest nie tak z gruszami Bradford? Czy grusze Bradford do czegokolwiek się nadają? Wreszcie: jak zabić gruszę Bradford?

Po raz pierwszy przeczytałam o nich na stronie „New York Times’a", nagłówek brzmiał: „Jak drzewo, które było niegdyś podmiejskim ideałem, stało się złoczyńcą".

Miasto bardziej wspólne
CZYTAJ WIĘCEJ

Grusze Bradford zostały stworzone przez naukowców - powstały w drodze selektywnej hodowli. Nie mają wielkich wymagań, rosną szybko, mają piękny pokrój. Wiosną obsypane kwiatami przypominają obłoki, jesienią przebarwiają się na karminowo. W latach 60. XX w. przeprowadzający się na przedmieścia Amerykanie chętnie sadzili je wzdłuż dróg i w przydomowych ogródkach. Dawały cień, dodawały osiedlom uroku.

Pierwszy problem wyczuwalny był dość szybko. Białe kwiaty pachną – według jednych doniesień – zdechłą rybą. Według innych – niewietrzoną kabiną kina dla dorosłych. Drugi zauważono z czasem: drewno starzejących się bradfordów jest kruche, podczas wichur drzewa stają się niebezpieczne. Trzeci najmocniej doskwiera teraz. Drzewa, które w planach naukowców miały być bezpłodne, okazały się zdolne do krzyżowania z innymi gatunkami gruszy. Dzieci z tych związków mają grube, kolczaste, trudne do usunięcia pędy. Ptaki roznoszą pestki bradfordów, grusze plenią się wszędzie, wypierając rodzime gatunki. Czytam ponure doniesienia właścicieli podmiejskich domów, którzy opuścili je na jakiś czas, by po powrocie znaleźć je całe zarośnięte gruszami. 

A co z gruszkami? Są małe, twarde, pełne pestek i niewarte uwagi. I zawierają formę cyjanku. Organizmy ptaków sobie z cyjankiem radzą, dorosły, by coś poczuć, musiałby zjeść wiadro niesmacznych owoców, ale uważaj na swoje dziecko lub psa – takie ostrzeżenia można znaleźć w internecie.

W niektórych stanach bradfordy zostały już wpisane na listę szkodników. Organizowane są akcje: przynieś nam dowód pozbycia się gruszy, dostaniesz sadzonkę innego drzewa. Czytam o tym i z jednej strony cieszę się, że nikt nie wyhodował podobnego potwora w mojej okolicy. Ale w duszy zbijam z bradfordami piątkę. Człowiek poczuł się bogiem, chciał stworzyć sobie ideał. A grusza pokazała mu figę.

Park nie doda blasku

Na pewno macie w swoim sąsiedztwie miejsce, w sprawie którego odbywał się protest pod sztandarami: chcemy skweru, nie kościoła, parku, nie nowych bloków. W moim rodzinnym Poznaniu do najnowszego studium przestrzennego wpłynęło 500 uwag, okazało się, że mieszkańcy chcą przede wszystkim rezerwować tereny pod zieleń (w przeciwieństwie do właścicieli działek, którzy woleliby na działce zarobić). Kochamy naturę, pragniemy zieleni blisko domów, jest ona nam potrzebna, obniża temperaturę w mieście, co dziś – gdy temperatury biją rekordy – jest szczególnie ważne. W upale da się wędrować przez miasto pieszo, jeśli wzdłuż ulic rosną drzewa.

Ale planowanie zieleni w mieście to wyzwanie, nie wystarczy posadzić drzew na wolnej działce, by powstał udany park.

„Oczekiwania wobec miejskich parków są wygórowane. Lokalne parki nie są w stanie przekształcić w znaczący sposób swojej okolicy ani automatycznie dodać jej blasku" – pisała Jane Jacobs w „Śmierci i życiu wielkich miast Ameryki". Dziennikarka i aktywistka miejska, jako kobieta mieszająca się do urbanistyki w latach 50. uważana była za zwariowaną gospodynię domową. Stała się inspiracją dla pokoleń architektów i urbanistów.

Telewizor w alejce

Jacobs podkreślała, że miasto powinno być interesujące. Jeśli ulica żyje, przechodnie zatrzymują się na pogaduszki, dzieci mogą bezpiecznie się bawić na chodnikach, toczy się handel, okoliczni mieszkańcy chętniej wyglądają przez okna. I pilnują porządku skuteczniej niż patrol policji. Park – według Jacobs – też musi być uczęszczany. Odludne parki zyskują złą sławę, przez co stają się jeszcze bardziej odludne. Przyciągają wtedy „element", a infrastrukturę niszczą wandale. Są jak „ulice pozbawione oczu".

W niektórych nowojorskich dzielnicach wieczorami ludzie gromadzili się na ulicach przed telewizorami. Pojawiały się pomysły, by telewizory poustawiać też w parkach. Jacobs przestrzegała: to nic nie da, a telewizory zostaną rozkradzione. Dla powodzenia parku – podkreślała – kluczowy jest kontekst, w którym się on znajduje. Im bardziej okolica jest różnorodna, tym lepiej to wróży parkowi.

Jeśli w okolicy są same biura, park wieczorami będzie pustoszał, ale jeśli oprócz biur dookoła są ośrodki kultury, sklepy, knajpy i mieszkania ludzi o różnym statusie majątkowym, rośnie pewność, że park zadziała. Dobry park nie wyklucza, odnajdą się w nim też „przyjaźni bezdomni" czy „niespieszni ubodzy". W odróżnieniu od rodziców z dziećmi i pracowników biur są w stanie zapełniać alejki przez większą część dnia.

W braku funkcjonalnej różnorodności otoczenia, należy w parku zaprojektować coś, co stanie się „chodliwym towarem". Basen, lodowisko, boisko, scenę dla koncertów i spektakli. Jacobs proponuje też mniej standardowe rozwiązania. Na przykład sklepiki z materiałami do budowy latawców i miejsca, w których można by je konstruować. Albo myjnie rowerowe (swoją drogą: minęły lata, samochodów na parkingach myć nie można, a właściciele rowerów wciąż skazani są na bieganie z wiaderkiem wody z domowej łazienki pod blok).

Pielenie jak betonowanie

Ale czy my naprawdę kochamy przyrodę? Nie tylko Amerykanie chcą zabijać grusze, w Polsce obiektem hejtu są topole. Eleganckie, strzeliste, szybko osiągające imponujący wzrost 30 m – pylą i śmiecą puchem, zasychają, kruszą się, są nieodporne na szkodniki. Gdyby pachniały rybą, już pewnie dawno tłumnie trafiłyby pod topór.  

Miasto ufundowane jest na biofobicznej nienawiści – zauważa prof. Marek Krajewski, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, w „(Nie)nawidzeniach", eseju, w którym analizuje, jak nienawiść na różne sposoby układa relacje we współczesnym społeczeństwie.

Niektóre przykłady biofobii wymienione przez socjologa wydają się oczywiste: nie montujemy przecież kolców na gzymsach z miłości do gołębi, nie rozsypujemy trutki z sympatii do szczurów. Ale przejawem biofobii jest też hobbystyczne zajmowanie się miejską florą. Praktykując rozmaite rytuały troski - pieląc, kosząc, przycinając – wyrażamy nieuświadomioną niechęć do przyrody. Owocem biofobii są więc nie tylko betonowe place, ale też wymuskane parki i zielone podwórka. W mieście przyroda nie może przecież żyć własnym życiem – to człowiek określa, jakie gatunki są dopuszczalne, jaki kształt i rozmiar osiągać mogą krzewy i w którym momencie wierzba jest zbyt spróchniała i trzeba ją ściąć.

Miłość i nienawiść są sobie bliskie. „Pierwsza produkuje drugą wszędzie tam, gdzie jej obiekt zawodzi, nie jest tym, czym pragniemy, by był" – pisze Krajewski. W mieście chroni się przyrodę, „ale tylko i wyłącznie w tej postaci, która została stworzona dla człowieka i z jego inicjatywy". Przyroda ma cieszyć oko, relaksować, oczyszczać powietrze, tworzyć scenografię do spacerów i zabaw, dodawać miejscom prestiżu. Dzikie chaszcze i podmokłe tereny do tych zadań się nie nadają.

Czwarta przyroda

Ale to się zmienia. „Pojawiają się koncepcje proponujące bardziej symbiotyczne relacje człowieka i świata przyrodniczego w mieście, doceniające rolę nieużytków oraz miejsc spontanicznego rozwijania tego, co określa się mianem 'czwartej przyrody' – pisze Krajewski.

W Warszawie na prawym brzegu Wisły ma powstać największy w mieście park – Park Naturalny Golędzinów. To obszar Natury 2000, żyją tu czaple, kormorany, bieliki, rosną kwiaty łąkowe wymieszane ze zdziczałą roślinnością pozostałą po zlikwidowanych działkach. Miasto tłumaczy, że chce tylko wytyczyć ścieżki, zbudować promenadę. Stołeczna „Wyborcza" już donosi o protestach. - Czy cała przyroda w mieście musi być przycięta pod linijkę i zaprojektowana, czy możemy tu i ówdzie po prostu zostawić ją w spokoju? Czy miasto w czasach kryzysu finansowego stać na to, żeby inwestować w miejsce, który już teraz świetnie sobie radzi bez wielkich ingerencji - korzystają z niego i ludzie, i zwierzęta? – pyta na Facebooku Jan Mencwel, autor „Betonozy".

Kiedyś zwolennicy powiększenia terenów zielonych wołali: "Chcemy parku!", dziś coraz częściej krzyczą: "Parkom precz!". Coraz bardziej dokuczliwe upały sprawiły, że dostrzegliśmy w dzikiej naturze sprzymierzeńca. Jest jednym z mieszkańców miasta. I to słabszym, któremu czasem trzeba ustąpić miejsca.

To co – przestajemy kosić i przycinać, niech rośnie dziko? To też nie jest takie proste.

Upiorna śnieguliczka

Moi dziadkowie mieszkali koło XIX-wiecznego fortu otoczonego zaniedbanym parkiem. Zazdrościłam mamie dzieciństwa, gdy opowiadała, jak przechodziła nad fosą po zwalonych drzewach w stronę bunkrów, niczym na bezludną wyspę. Za moich czasów fosa była już niedostępna, opłotowana. Połamane ławki kolebały się jak huśtawki, krzaki rosły chyba wszędzie – zapamiętałam ten park jako beztrawnikowy, tajemniczy „dom baby-jagi". Lubiłam go.

Któregoś dnia, byłam już nastolatką, szłam przez ten park na przystanek. Spośród śnieguliczek wyłonił się ekshibicjonista. Potem znów, w środku dnia, w innym miejscu miasta, przy ruchliwej ulicy, wzdłuż której jednak mało kto chodzi pieszo – zobaczyłam zboka w krzewach. Wyciągnęłam lekcję: parki należy obchodzić dookoła, najlepiej idąc tą stroną ulicy, gdzie nie ma zieleni. Moje miejsca stały się nagle nie moje, tylko dlatego, że z dziecka zaczęłam się zmieniać w kobietę.

Parę lat później rozmawiałam z socjologiem Piotrem Jabkowskim. W latach 2002-06 wypytywał poznaniaków o poczucie bezpieczeństwa w mieście. Okazało się, że wycięcie gęstych krzaków sprawiało, że czuli się bezpieczniej. Rzeczywiście, w tamtych czasach krzewy zaczęły znikać, park koło domu moich dziadków został uporządkowany, pojawiły się w nim plac zabaw i koszone trawniki. Deweloperzy wykupywali wszystkie wolne działki, nieużytki zmieniały się w osiedla mieszkaniowe. A kiedy już uładziliśmy i wybetonowaliśmy przestrzeń, padło pytanie: gdzie, u diabła, podziały się wróble?

Ubita ścieżka

Gdy spieramy się o kształt naszych ulic, z grubsza wiadomo, kto jest słabszym użytkownikiem. Pieszy jest słabszy od kierowcy, osoba ze zdrowymi nogami ma przewagę nad chodzącym o lasce. Jeśli chcemy mieć miasto zaprojektowane uniwersalnie, musimy brać pod uwagę potrzeby najsłabszych mieszkańców. A jak określić słabszego mieszkańca, gdy projektujemy zieleń? Będzie nim kos wijący gniazdo w gęstej zieleni czy ktoś, kto bojąc się chaszczy, nie wychodzi po zmierzchu?

Tezy Jacobs, choć osiągnęły już wiek emerytalny, są nadal aktualne. Bezpieczniej będziemy się czuć w miejscu, które ma oczy – przebywają w nim inni ludzie. Dzikie tereny też można w miastach zostawiać, jeśli posłuchamy Jacobs i zadbamy o kontekst: mieszkanka będzie miała alternatywę, zamiast drogi przez park wybierze jasno oświetloną, zaludnioną ulicę lub regularnie kursujący autobus.

O potrzebie alternatywy mówi mi też Justyna Kułakowska z Fundacji Aktywnej Rehabilitacji. Praska, dzika strona Wisły jest dla niej niedostępna. Jeśli chce spacerować nad rzeką, wybiera bulwary: bo tam jest równa nawierzchnia i toalety, do których można wjechać na wózku. Praska plaża – tak, ale tylko w asyście znajomych.

Pochodzi w Suwałk i dzikim krajobrazem może się delektować samotnie w Wigierskim Parku Narodowym, gdzie ścieżki są wystarczająco ubite. Nie potrzebuje więc wiele. - Rozumiem jednak, że pewnych rzeczy zrobić nie można i godzę się z tym, że pewne miejsca nie będą dla mnie dostępne – przyznaje. Dlatego nie włącza się do protestów, chętnie natomiast włącza się w konsultacje. – Czasem wystarczy niewielka, nieinwazyjna zmiana. W niektórych miejscach nad Bałtykiem na plaży wykłada się maty. Osoba z niepełnosprawnością, nie prosząc nikogo o pomoc, ma swobodny dostęp do morza – mówi.

Dziki dywan

- Nietknięte ludzką ręką nieużytki są potrzebne zarówno naturze, jak i ludziom: produkują tlen, obniżają temperaturę otoczenia, jak gąbka chłoną wodę opadową - mówi Krzysztof Rogatka, urbanista i architekt krajobrazu oraz juror w plebiscycie Zaprojektowane Po Ludzku. – Ale nie wyobrażam sobie, że w imię dzikości przestajemy pielęgnować kwietne dywany w Ciechocinku. To już symbol uzdrowiska i wielu ludzi przyjeżdża tam właśnie dla nich.

Podkreśla, że miasto jest jak mozaika, musi być różnorodne. - Jedni wybiorą park z równymi alejkami i mnóstwem ławek, inni pojadą na stare, spontanicznie zarastające lotnisko, rozłożą koc i będą grillować. Miejskie parki można też strefować: przy wejściu założyć ogród francuski, gdzieś w głębi oddać kawałek naturze – proponuje.

Zaznacza jednak, że miasto nie jest w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb i w każdym miejscu. Kto szuka doznań jak w puszczy, musi być gotów na wycieczkę. Komu szkodzą pyłki, niech na przebieżkę wybiera się wieczorem lub o poranku. – Miasto jest zawsze pewnym kompromisem, ścieramy się, dyskutujemy, projektujemy na nowo. I godzimy z błędami, które popełniamy. Także wybierając roślinność: drzewa jednych gatunków przetrwają stulecia, inne starzeją się szybciej i po kilkudziesięciu latach trzeba je wymienić na inne. Co nie znaczy, że przez ten czas nie odegrały roli – podkreśla.

Na pewno zieleń jest dla mieszkańców miast niezwykle ważna. W raporcie „Szczęśliwy dom. Miasto dobre do życia", zrealizowanym przez ThinkCo na zlecenie Grupy OLX/Otodom, czytamy, że dostęp do terenów zielonych to jeden z głównych czynników, które nas uszczęśliwiają w mieście.

Zaprojektowane po ludzku

„ZAPROJEKTOWANE PO LUDZKU" to projekt, który w centrum uwagi stawia człowieka – jego potrzeby, marzenia i wartości, którymi się kieruje.

To idea, która przyświeca nam w całym projekcie i którą zamierzamy upowszechniać w różnych obszarach związanych z życiem człowieka. W pierwszej odsłonie poruszaliśmy się w obszarze DOMU, mówiąc, że ludzie nie potrzebują produktów, lecz wartości i jakości. Stworzyliśmy znak, którym wyróżniamy produkty, usługi, miejsca, inicjatywy.

Teraz, w drugiej odsłonie projektu „Zaprojektowane po ludzku", rozmawiamy o MIASTACH skrojonych na ludzką miarę. O tym, jak miejska przestrzeń może sprzyjać budowaniu wspólnoty. Skupiamy się na rozwiązaniach, które dają możliwość wyboru i godzą różne wizje – potrzeby.

W konkursie „Zaprojektowane Po Ludzku" szukamy dobrze zaprojektowanych przestrzeni, inicjatyw i obiektów, dzięki którym chce nam się wychodzić z domu.

Zgłoś swój projekt w konkursie "Zaprojektowane Po Ludzku"!

Szukamy tego, co sprawia, że miasto jest bardziej wspólne, bardziej zrównoważone, czyli zdrowe, ekologiczne, inteligentne, bezpieczne, dostępne, sprawiedliwe, przyjazne starzeniu.

Na zgłoszenia czekamy do 15 listopada 2022 r. Szczegóły na:

WYBORCZA.PL/ZPLKONKURS

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.