Jakiś prywaciarz sprowadził je chyba z Węgier i chwyciło. Koleżanki i koledzy ze szkoły widziani z okna mojego pokoju w wieżowcu wyglądali jak kolorowe diody na tle burego osiedla.

Mojemu pokoleniu zmiany 1989 roku kojarzą się z przedmiotami. Byliśmy dość duzi, by je zapamiętać, ale wciąż za mali, by pojąć złożoność przemian politycznych i gospodarczych. Granice się otworzyły, chiński piórnik na magnes zmienił się w niemiecki piórnik z wyposażeniem, Myszka Miki na bluzach wreszcie zaczęła przypominać disnejowski oryginał. Przedmiotów przybywało i niemal wszystkie były w kolorach… No właśnie! O prawidłową nazwę toczyliśmy spory na przerwach. Jaskrawych? Jarzeniowych? Fluorescencyjnych? Może oczojebnych?

Pokochaliśmy przedmioty. Koniecznie niepolskie. Zachwyt związany z kupowaniem zagranicznego ogarnął nie tylko dzieci.

Zachodnie czyli chińskie

Dobrych polskich produktów brakowało. Na uczelniach w Poznaniu i we Wrocławiu powstały wydziały wzornictwa, ale bankrutujący przemysł nie był w stanie wchłonąć absolwentów. Konsument wolał kupować rzeczy z Zachodu, nawet jeśli były chińskie. Być może ktoś jeszcze dzisiaj pamięta zaprojektowane w latach 90. zelmerowskie odkurzacze Meteor czy krośnieńskie wazony w tulipany. Trudno jednak uznać je za ikony na miarę starszych o dwie dekady kulistych zegarów kominkowych Predom Metron albo naczyń ze szkła prasowanego projektowanych przez Jana Sylwestra Drosta.

Po roku 1989 roku przedmioty, które nas otaczały, podzieliły się na dwie grupy; z jednej strony te, których potrzebujemy, używamy na co dzień i na które nas stać, z drugiej strony design, w niespolszczonej jeszcze pisowni – kosztowny, zbędny, udziwniony. Design powstawał na wyższych uczelniach i w ogóle nie trafiał do produkcji albo przyjeżdżał z zagranicy i oferowany był w „sklepach z designem” (obśmianych później przez Marcina Wichę w książce „Jak przestałem kochać design”).

Reaktywacja meblościanki

Nowa Polska była już pełnoletnia, gdy zaczęły się pojawiać zmiany w myśleniu. Pamiętam, jak polski producent mebli postanowił reaktywować meblościankę. Vox nie wyprodukował sprzętu naśladującego jeden do jednego mebel Kowalskich, ale zorganizował warsztaty dla studentów polskich i zagranicznych, których propozycje miały później inspirować projektantów. To było odważne: przyznać, że nie wszyscy Polacy mieszkają w loftach, i chcieć projektować dla nich meble, które będą kompaktowe, a także wielofunkcyjne.

Z czasem design spowszedniał i stał się swojskim dizajnem, a czasem nawet klasycznym wzornictwem.

Nadal też kupujemy rzeczy made in China, ale sklepy z designem mają się nieźle. I przybywa produktów z grupy pomiędzy. Dobrze zaprojektowanych, z uwzględnieniem potrzeb odbiorców, wyprodukowanych lokalnie. Muszą powstawać, bo dorośliśmy i nie dajemy się łatwo uwieść przedmiotom, których główną cechą jest to, że dają po oczach.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl