Michał miał roczek, kiedy zamieszkał na osiedlu Armii Krajowej w Poznaniu. 36 lat temu wprowadził się z rodzicami i rodzeństwem do mieszkania na parterze bloku z wielkiej płyty. Mieli własny, całkiem duży ogród, do którego wchodzili wprost z dużego pokoju. W latach 80. sąsiedzi uprawiali w przyblokowych ogródkach jarzyny; rodzice Michała posadzili tylko kilka iglaków i posiali trawnik. Było dość miejsca na sąsiedzkie spotkania i dziecięce nocowania pod namiotem. Michał jako dorosły szukał mieszkania w tej samej okolicy.

W maju tego roku Instytut Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza przeprowadził ogólnopolskie badania więzi sąsiedzkich. Składały się z ankiety dystrybuowanej przez Facebooka i wywiadów kwestionariuszowych przeprowadzonych na kilku osiedlach Warszawy, Poznania i Wronek.

Armii Krajowej okazało się wyjątkowe. Inne niż poznańskie osiedle Batorego, warszawskie Sady Żoliborskie i Saska Kępa. Na Armii Krajowej mieszkańcy bardzo dobrze oceniają swoje sąsiedztwo, ponad połowa bierze udział w osiedlowych imprezach (średnia dla dużych miast to 31 proc.). – Potwierdzam: na sąsiadów narzekać nie mogę, w którejkolwiek części osiedla bym mieszkał – mówi Michał.

70 PROC. ODWIEDZA SWOICH SĄSIADÓW

Jest moda na relacje sąsiedzkie. – Mamy coś w rodzaju demokratycznej wiosny – mówi prof. Marek Nowak, socjolog, który koordynował badania. – Ludzie wracają do myślenia w kategoriach wspólnoty.

Jesteśmy już społeczeństwem dość zamożnym, bardziej niż na zarobieniu kolejnych pieniędzy zależy nam na jakości życia.

A na osiedlu, na którym ludzie się rozpoznają, pozdrawiają i zostawiają sobie furtkę do nawiązania głębszych więzi, żyje się lepiej.

93 proc. badanych przyznaje, że kontakty z sąsiadami są ważne. Sąsiad pomoże w potrzebie, odbierze paczkę, podleje kwiaty. Dobre sąsiedztwo to poczucie bezpieczeństwa. Ponad 70 proc. deklaruje, że odwiedza się często z przynajmniej jednym sąsiadem. Niemal co trzeci zna imiona sąsiadów, co czwarty – także ich zawody. Największą liczbę zaprzyjaźnionych sąsiadów mają mieszkańcy małych miejscowości, domów jednorodzinnych oraz ludzie między 45. a 64. rokiem życia.

CASTING NA SĄSIADA

Pokolenie Michała dorastało w czasach, gdy sąsiad był niemal jak rodzina. Pożyczało się cukier, krzesła na rodzinną imprezę, podrzucało dzieci i wpadało bez zapowiedzi w dniu imienin. W telewizji leciał „Piątek z Pankracym”: bohaterowie – pan i jego pies – utrzymywali ciepłą relację z niewidoczną na ekranie Babcią Sąsiadką. – Ja też byłem zostawiany mieszkającej obok cioci-babci. Dziś relacje między ludźmi mieszkającymi obok siebie nie są takie głębokie. Nie częstujemy się szarlotką na „dzień dobry” i raczej nie powierzamy sobie nawzajem dzieci. Potrzebujemy więzi, ale sami regulujemy, w jakim stopniu chcemy wchodzić w relacje. Odbywa się coś w rodzaju castingu na sąsiada – mówi Nowak.

Bliższych sąsiadów dobieramy sobie na placach zabaw albo podczas spacerów z psem. Nawiązywanie więzi ułatwia dobrze zaplanowana przestrzeń: skwery, na których można urządzić festyn, albo suszarnie, w których można zamienić kilka słów przy okazji wieszania prania.

Duże znaczenie mają media społecznościowe. – Najpierw jest konflikt. Grupy na Facebooku tworzą się zwykle wokół jakiegoś problemu. Uczestnicy knują przeciwko deweloperowi, który nie zrobił drogi lub trawnika, a potem zaczynają dyskutować o innych sprawach, coś wspólnie organizować, umawiać na żywo – mówi Nowak. Sąsiedzkie relacje bywają bardzo trwałe, utrzymujemy kontakt nawet po przeprowadzce.

NAJWIĘKSZE ZAGROŻENIE – STUDENTYFIKACJA

Ale nie lukrujmy sąsiedztwa – ludzie zza ściany potrafią być denerwujący. 60 proc. wprawdzie nie narzeka na sąsiadów w ogóle, ale pozostali wyliczają irytujące zachowania: palenie papierosów, hałaśliwe zachowanie dzieci, głośna muzyka, częste remonty, zaśmiecanie klatki schodowej. Stosunkowo najmniej przeszkadzają nam sąsiedzcy stróże porządku – zwracający uwagę, wzywający policję.

Jednak to nie wzajemna uciążliwość jest największym wyzwaniem. Problemem jest tzw. studentyfikacja. Socjolodzy zestawili Armii Krajowej z innym poznańskim osiedlem – Batorego. Armii Krajowej znajduje się blisko kampusu Politechniki Poznańskiej otoczonego akademikami. Batorego położone jest obok rozrastającego się kampusu Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, przy którym akademików wciąż nie ma, a studenci wynajmują mieszkania w blokach.

– Młodzi definiują siebie jako „będących w drodze”. Mieszkanie studenckie jest przestrzenią tranzytową między domem rodziców a uczelnią.

Ankietowani studenci mówili nam: nie będziemy wchodzić w relacje z sąsiadami, skoro zaraz się stąd wyprowadzamy – mówi Nowak.

Więzi sąsiedzkie są silniejsze tam, gdzie rotacja mieszkańców jest mniejsza. Saska Kępa ani Sady Żoliborskie nie będą jak Armii Krajowej.

CO DZIESIĄTY SĄSIAD JEST UKRAIŃCEM

Wyzwaniem dla osiedli jest coraz większa wielokulturowość naszych miast. Już co dziesiąty poznaniak jest Ukraińcem.

Irina mieszka w Poznaniu od września. – Przyjeżdżałam pełna obaw. I na początku rzeczywiście nie było łatwo. Mieszkania szukaliśmy tydzień, nikt nie chciał ukraińskiej rodziny. Pod koniec mąż już mówił: jeśli teraz się nie uda, rezygnujemy z tego twojego stypendium i wracamy – opowiada. W ramach programu stypendialnego studiuje ekonomię organizacji pozarządowych, mąż jeździ po Europie jako kierowca, dwoje dzieci chodzi do podstawówki. W końcu znaleźli mieszkanie na Głuszynie, dzielnicy daleko od centrum.

– Migranci czują się w nowym miejscu mało pewnie, boją się złamać zasady, ośmieszyć, dlatego warto, byśmy my, gospodarze, jako pierwsi wyszli z inicjatywą – mówi Witold Horowski, konsul honorowy Ukrainy w Poznaniu. – Ukraińcy są podobni do nas, też kochają biesiadować, choć może więcej śpiewają. A w grillowaniu są może nawet lepsi.

Irinie się udało. Zabrała syna na uczelniane zajęcia dla dzieci, tam spotkała sąsiadkę, też z synem. Dogadały się, że mieszkają w pobliżu. Przyjaźnią się, sąsiadka zrobiła zrzutkę wśród przyjaciółek i na Wielkanoc dzieci Iriny dostały w prezencie rower i hulajnogę. Na grill są umówione, gdy tylko mąż Iriny wróci z trasy.

PUŁAPKI „KAPUŚCIANEJ URBANIZACJI”

Irina tak bliską więź ma tylko z jedną osobą, z resztą sąsiadów utrzymuje przyjazne, lecz konwencjonalne relacje.

Zbyt intensywne „sąsiadowanie się” może być pułapką.

Sąsiedzkie wspólnoty łatwo rozwijają się na deweloperskich osiedlach, zwłaszcza na poletkach szeregowców wyrosłych na pustkowiu za granicami miasta. Ludzie wprowadzają się jednocześnie, w tym samym czasie skręcają meble, zwykle mają dzieci w zbliżonym wieku. – Jestem bardzo sceptyczny wobec pozornie pozytywnych efektów tej „kapuścianej urbanizacji” – mówi Nowak. – Jeśli mieszkamy na kompletnym wygwizdowie i wielkiego wysiłku wymaga np. zorganizowanie wyprawy dziecka do kina, bo musimy prosić o pomoc ludzi mieszkających obok, to trudno nazwać tę wspólnotę pozytywną wspólnotą wyboru. W takiej społeczności jesteśmy na siebie skazani, mogą się pojawić mechanizmy kontroli, plotki, ostracyzm wobec łamiących normy.

JABŁKO ZE STAREJ JABŁONKI

Kluczowa dla więzi sąsiedzkich jest więc dobrze zaprojektowana przestrzeń: dla studentów trzeba budować akademiki, a z myślą o mieszkańcach podmiejskich osiedli organizować komunikację publiczną. Gdy z małej miejscowości można łatwo, niezależnie od pomocy sąsiadów przedostać się do miasta, zagrożenie, że zapanuje w niej duszna atmosfera, jest mniejsze.

Michał z Armii Krajowej mówi o zieleni. – To chyba ona jest najważniejszą cechą naszego osiedla. Ludzie dużo spacerują, bo mają gdzie – mówi. Osiedle – 20 bloków i cztery wieżowce – przylega do dużego parku, wędrując, można się natknąć na pozostałości po dawnej wsi, zerwać jabłko ze starej jabłonki. – W 10 minut jestem nad Wartą. Chodzimy na ryby z grupą sąsiadów, znamy się jeszcze od podstawówki. Chyba jedynym miejscem, w które zgodziłbym się wyprowadzić, jest domek nad jeziorem – opowiada Michał. – Z Iloną, moją żoną, mówimy sobie, że będziemy mieszkać tu już zawsze. A wie pani, gdzie ją poznałem? Na placu zabaw! Ja przychodziłem z moim dzieckiem, ona ze swoim. Małżeństwa nam się posypały, myśleliśmy, że już nic dobrego nas nie czeka. I kiedyś ona mówi: sąsiad, a może przewiózłbyś mnie na motorze? Bo widziała, że jeżdżę. I tak się zaczęło.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl