Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

J ego początki sięgają roku 1870, kiedy to Mojżesz Szyja Sarna, a zaraz po nim także Paweł Urbański i Maurycy Margulies założyli w Płocku pierwsze warsztaty usługowe i rozpoczęli produkcję narzędzi rolniczych. Warsztaty rosły, przekształcały się w fabryki, produkowały zarówno podstawowe narzędzia, jak i małe maszyny dla rolnictwa. Aż do drugiej wojny światowej, kiedy to Niemcy połączyli firmy i utworzyli Landmaschinen Fabrik Plock Maschinen-Industrie.

W 1945 r. na bazie tego mienia powołano państwowe Płockie Zakłady Przemysłowe, które we wrześniu 1948 r. przekształcono w Fabrykę Maszyn Żniwnych, gdzie powstawały wówczas wialnie, kosiarki i żniwiarki.

Vistula skopiowana od Sowietów, którzy skopiowali ją od Amerykanów

Na początku lat 60. ub. wieku w płockiej fabryce ruszyła produkcja vistuli. Konstrukcja powstała na wzorcach radzieckich, jedynie słusznych w tamtym czasie. Ale Sowieci zerżnęli je od Amerykanów! Bo było tak: w czasie wojny do wojska wcielono w ZSRR ok. 20 mln ludzi, głównie z kołchozów. A w tych zostały tylko kobiety, które nie dawały rady ciąć i żąć wszystkiego kosami. Dlatego ZSRR, który w sprzęt wojskowy był początkowo zasilany był przez Amerykanów, dostał od nich także maszyny rolnicze. Po wojnie te kombajny zostały w ZSRR, Sowieci je skopiowali i wprowadzili do masowej produkcji.

– A u nas pierwszy kombajn według rosyjskiego wzoru powstał w 1954 r. – opowiada Józef Dębski, specjalista produktowy marki w CNH, który pracuje w fabryce ponad 40 lat. – Jeszcze nie mówiło się wtedy „kombajn”, bo to przecież z języka angielskiego. Nazywał się ŻMS4 i była to żniwiarko-młocarnia samobieżna. Kosiła i młóciła. Model rozwijał się do 1956 r., maszyny dostarczano do PGR-ów [Państwowe Gospodarstwa Rolne – red.], fabryka nabierała doświadczenia. Bo wcześniej, w 1948 r., po nacjonalizacji ruszyła produkcja żniwiarki, takiej ze „skrzydłami”. Nazywała się przodownica – przodownicy pracy byli wówczas bardzo modni. Do 1970 r. wyprodukowano 135 tys. przodownic.

Ale już w 1956 r. inżynierowie z FMŻ wpadli na pomysł, że warto by zacząć robić małe kombajny, żeby pomóc rozległym PGR-om. Większość ludzi z produkcji nie znała wówczas rysunku technicznego, nie umiała się posługiwać przyrządami pomiarowymi. Wszystko robiono „na macki” – brało się dany element i po prostu go odwzorowywało.

Vistule (od Wisły) były sprzedawane do demoludów, ale też na Kubę, do Albanii, Grecji, Brazylii. Ostatnia vistula zeszła z taśmy w 1971 r., w sumie powstało ich 19 tys. Dębski opowiada: – Miały jedną wadę: silnik od samochodu star. Tak zwanego kaszlaka, bo kaszlał jak gruźlik. W ciężarówkach dawał radę, bo te były w ruchu, silnik opływało powietrze. W powolnym kombajnie tego chłodzenia już nie było, więc silniki okazały się rzeczywiście zawodne. Do maszyn na eksport montowaliśmy więc silniki Perkinsa produkowane w Jugosławii.

FMŻ zaczęła się rozbudowywać, opuszczała tereny w centrum, jeszcze po zakładach Marguliesa i Sarny. W 1971 r. rozpoczęła się era bizona. Jego produkcja trwała przez lata 70., 80., 90. Ostatni bizon rekord został sprzedany w 2004 r. – W sumie wyprodukowaliśmy ich 70 tys. – bizony super, gigant, rekord, america, BS i kilka innych modeli – wspomina Dębski.

W bizonach w Płocku nie chcieli już montować silników ze Starachowic. Ostatecznie ministerstwo zakupiło licencję na angielskie silniki marki Leyland. Były produkowane w Andrychowie w Wytwórni Silników Wysokoprężnych.

Chłopi w gumiakach z reklamówkami pieniędzy

Fabryka stale się rozwijała, powstawały nowe obiekty. Do końca lat 80. produkowano 6 tys. kombajnów rocznie. Wszystko zaczęło się sypać w czasach transformacji ustrojowej na przełomie lat 80. i 90. Załamały się wtedy ceny. – Już w końcówce lat 80. to odczuliśmy – wspomina Dębski. – Rolnicy mówili wówczas, że mogą kupić kombajn za 20 tuczników! Przyjeżdżali do fabryki chłopi w gumiakach, prosto z pola, z reklamówkami wypchanymi pieniędzmi i pytali, gdzie mają iść, bo chcą kombajn kupić. Wtedy żywność była bardzo droga, a technika tania.

Urealnienie cen wszystko radykalnie zmieniło. Place fabryczne były zastawione maszynami, po które już nikt nie przychodził. Ceny wzrosły wielokrotnie. O ile wcześniej bizona można było mieć za 100 ton zboża, to teraz – za 500-600 ton. Handel zamarł, a zakład... dalej produkował. – Bo były plany do zrealizowania – mówi Józef Dębski. – Eksport nigdy nie był naszym głównym celem, sprzedawaliśmy maszyny za granicę, żeby mieć złotówki dewizowe czy ruble transferowe (taka „waluta” w krajach RWPG) na zagraniczne komponenty.

W końcu zaczęło brakować na wypłaty dla załogi, firma zastawiała w bankach kombajny, ośrodki wypoczynkowe itp. Długi rosły, aż w końcu nic nie można było już zrobić.

Po wielu naradach uznano, że aby ratować firmę, trzeba ją podzielić na dwie części. I w ten sposób powstała spółka prawa handlowego Bizon, której dostały się nowa hala produkcyjna, maszyny i poważny potencjał ludzki w postaci ponad połowy załogi. Bizon był wolny od jakichkolwiek obciążeń i wierzytelności.

Od Bizona do New Holland

Spółka Bizon powstała w 1992 r. Początki były bardzo trudne, banki nie chciały dać kredytów. Pierwsza pomogła – 10-milionowym kredytem – Agencja Rozwoju Przemysłu. Ruszyła produkcja, zaczęła się sprzedaż, także na eksport – do Ukrainy i na Białoruś. Właścicielem spółki był Bank Handlowy, który 10 proc. udziałów przekazał załodze.

– Przez cały czas prezesem w Bizonie pozostawał Janusz Majchrzak. To on, razem z zarządem i radą nadzorczą, starał się utrzymać produkcję, wyciągał zakład z zapaści – przypomina Dębski. – Majchrzak rozumiał, że aby utrzymać firmę, trzeba ją sprzedać dobremu inwestorowi. Robił wszystko, by takiego znaleźć.

Od 1996 r. firma zaczęła generować zyski. Pojawił się zainteresowany jej kupnem New Holland, który gwarantował rozwój fabryki. – Majchrzak parł do związania się z tą marką także dlatego, że dawała nam dojście do innych rynków zbytu. Oni mieli ok. 5 tys. dilerów na całym świecie, którzy mogli dystrybuować nasze maszyny – podkreśla Józef Dębski.

Dodajmy, że New Holland powstał w efekcie decyzji Forda i Fiata z końca lat 80. o połączeniu sił w zakresie produkcji dla rolnictwa (głównie chodziło o traktory). W roku 1998 New Holland kupił płockiego Bizona.

Z taśm zjeżdżają żółte TC, nadchodzi CX

Kiedy New Holland przejmował płocką fabrykę – teraz nazywa się CNH Industrial Polska – zatrudnieni w niej inżynierowie zaczynali pracę nad nowym kombajnem. Ale nowy właściciel chciał wprowadzić na rynek własny produkt – kombajn odpowiadający normom unijnym. To był TC 59, zastąpiony potem przez TC 56. Ich produkcja została przeniesiona do Płocka z Belgii. Dziś powstaje ich ok. 1,5 tys. rocznie.

Ale już nadchodzi nowa era. To kombajny CX. Właśnie oddano do użytku nową halę o pow. 2 ha. I tu na początku przyszłego roku przeniesie się z Belgii produkcja CX. To istne cudo. Kabina bardziej przypomina wnętrze osobowej limuzyny. Jest przestronna, panoramiczne szyby dają doskonałą widoczność. Wyposażona jest w klimatyzację, poziom hałasu został znacznie obniżony – do poziomu 73 decybeli. – Samo sterowanie odbywa się wyłącznie przy pomocy przycisków i dużego dotykowego monitora – podkreśla Józef Dębski. – Wszystko jest skomputeryzowane. Wystarczy jedno kliknięcie jak na tablecie. Można zapisać całą historię żniw: gdzie, ile, kiedy zebrano. A jeśli zainstaluje się dodatkowo GPS, to maszyna pracuje sama, bez udziału operatora (choć trzeba być w kabinie). Można też połączyć pracę kilku CX i obserwować w laptopie, co który w danym momencie wykonuje. Wiadomo wszystko: czy kombajn nie żniwuje na polu sąsiada, czy trzeba uzupełnić paliwo, czy go gwałtownie nie ubywa, bo kombajnista może próbuje sprzedać je na lewo. Można podpowiedzieć operatorowi, żeby zmienił ustawienia, jechał wolniej lub szybciej, bo komputer zanotował stratę ziarna.

Maszyny te będzie się produkować w Płocku na wszystkie światowe rynki, cena takiego cuda to ponad 500 tys. zł.

100 firm na stulecie100 firm na stulecie Grzegorz Kubicki

AKCJA "WYBORCZEJ" - 100 FIRM NA STULECIE

Historia niepodległej Polski to także historia jej rozwoju ekonomicznego. Mamy mnóstwo firm, które – nawet w PRL-u – osiągnęły sukces, stały się marką. Chcemy o nich opowiedzieć, celebrując stulecie niepodległości.

POZOSTAŁE TEKSTY NA wyborcza.pl/100firm

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.