Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Edyta Bryła: Jak zmienił się w Polsce rynek bakalii od czasów, gdy zajadaliśmy się co najwyżej orzeszkami ziemnymi?

Marek Moczulski, prezes zarządu Bakalland SA: Od razu wyjaśnię, że z botanicznego punktu widzenia arachidy to nie orzechy, ale rodzaj ziemniaka. Bakalie rzeczywiście stanowiły kiedyś rarytas, ale od początków lat 2000 zaczęliśmy jeść je powszechnie. Rynek rośnie w Polsce szybko, w tempie 20 proc. rocznie. Sześć lat temu był wart 700 mln zł, teraz jest to już 1,5 mld zł. Wzrost dotyczy zwłaszcza bakalii w małych opakowaniach, które je się na raz, w biegu, przy biurku w pracy. To nowy trend. Wcześniej, jeśli już kupowało się bakalie, to w dużych opakowaniach, zwykle do pieczenia, i to tylko dwa razy w roku, czyli na święta.

Teraz nadal największą sprzedaż odnotowujemy podczas świąt, ale nie jest to już 80 proc. Wszystko za sprawą mody na przekąski. Dziś sprzedaż bakalii w małych opakowaniach rośnie dwa razy szybciej od innych kategorii.

Które bakalie kupujecie z upraw w Polsce?

– Na przykład orzech włoski. 30 proc. pochodzi z Polski, reszta z Ukrainy, Chile, Mołdawii, USA.

Dlaczego tylko 30 proc.?

– Upraw jest bardzo mało, więc więcej nie oferuje nam rynek. Był kiedyś unijny program dofinansowania upraw orzechowców, niestety, zabrakło w nim kryterium trwałości. W efekcie orzechowce tylko zasadzono, ale potem nikt ich nie utrzymywał, a potrzeba kilku lat dbania o drzewka, zanim dadzą orzechy. Większość nie zdążyła zaowocować.

A szkoda, bo mamy dobry klimat do hodowania orzechowców. Rodzynek, moreli i pistacji nigdy nie będzie u nas w większych ilościach. Własnych orzechów moglibyśmy mieć za to bardzo dużo.

Natomiast z Polski w większości pochodzą nasze pestki dyni, około 70 proc.

A śliwki? Ich chyba w Polsce nie brakuje?

– Problem w tym, że nie ma w Polsce przetwórni. W Chile suszenie śliwki jest tanie, bo schną na płachtach w gorącym słońcu. W Polsce trzeba by było inwestować w piece do suszenia, więc import z Chile jest korzystniejszy.

Jakich bakalii sprowadzacie najwięcej?

– Wagowo – żurawiny. Sprowadzamy jej 3 tys. ton. Potem śliwek – ponad 2 tys. ton. Jeśli chodzi o wartość, to najdroższy jest import orzechów makadamia. Jeden kontener kosztuje aż milion dolarów. Dlatego nie sprowadzamy ich zbyt dużo. Do najdroższych należy też orzech brazylijski.

Dlaczego orzechy są takie drogie?

– Bakalie rzeczywiście w ostatnim czasie mocno zdrożały. Funt migdałów kosztował kiedyś 80 centów, teraz to kilka dolarów, w zależności od pogody. 80 proc. sprowadzamy z USA, a tam zdarzają się różne kataklizmy.

Ale bakalie opłaca się konsumentom kupować. Zawierają wiele cennych składników odżywczych, dlatego mogą zastępować suplementy, w które Polacy inwestują fortunę.

Często różne marki sprzedają bakalie w zupełnie różnych cenach. Waga orzechów taka sama, a jedna firma sprzedaje je kilka złotych drożej od drugiej. Z czego to wynika?

– To nie są te same bakalie, bo orzech orzechowi nierówny. Odmian jest mnóstwo. Różnią się też sposobem przetwarzania. Śliwki drylowane będą droższe od wyciskanych. Cena może wynikać też z różnych rozmiarów, bo duże mają więcej miąższu i kosztują dwa razy więcej od wyciskanych. W rodzynkach cena może zależeć od ich wielkości i koloru.

Z migdałami jest to jeszcze bardziej skomplikowane, bo specyfikacji jest kilkadziesiąt. Inna będzie cena zadrapanych, uszkodzonych, migdałów ze skórką czy blanszowanych. Żurawina może być cała lub cięta, przetwarzana na różne sposoby. To wszystko ma ogromne znaczenie dla ceny.

Tańsze bakalie często kupuje się do ciast, bo nie są wtedy tak widoczne. Ale bakalie jedzone jako przekąski muszą dobrze wyglądać i ma to odzwierciedlenie w cenie.

Wielu producentów ma jednak problem z powtarzalnością. Kupują te bakalie, które akurat są tanie, a jakość może być raz dobra, raz gorsza. Za każdym razem można być więc zaskoczonym smakiem, kupując bakalie tej samej marki.

Bakalland skupia się na polskim rynku. Dlaczego nie eksportujecie więcej?

– Eksport to 10 proc. całej sprzedaży, a jest w tym 5 proc. eksportu naszych batonów. Są dostępne w 40 krajach, w każdej części świata. Bakalie jednak trudno sprzedać za granicę. W wielu krajach już są, bo produkuje się je w ich rodzimych regionach.

Eksperci mówią, że polscy producenci żywności za wolno wchodzą do krajów trzecich.

– Nie jest to łatwe zadanie przez dystanse kulturowe i geograficzne. To też nie działa tak, że samo wejście na zagraniczny rynek zagwarantuje dobrą sprzedaż już na zawsze. Polskim firmom często brakuje pieniędzy na dalsze inwestycje.

Niekoniecznie więc dzieje się to za wolno. Problemem są jednak niskie marże naszych produktów, bo zazwyczaj są mało przetworzone i mniej się na nich zarabia. Producenci za rzadko sprzedają pod własną marką. W zamian są poddostawcami innych marek. Na przykład sprzedają ser do Włoch, gdzie jest sprzedawany jako włoski pod lokalną marką cztery raz drożej. Tak polscy producenci tracą na marżach.

Oczywiście nie wszyscy. Na przykład Suempol, producent łososia, przejął firmy w tej branży we Francji i w Niemczech. Produkuje taniej w Polsce, sprzedaje drożej tam.

Mała skala takich inwestycji to kwestia zapóźnień. Gdyby nie komunizm, Wedel byłby dzisiaj pewnie firmą o skali Ferrero, ze sprzedażą na całym świecie. Potrzebne są czas i pieniądze, by nadrobić zapóźnienia. Wierzę, że na dobrej drodze są zwłaszcza polskie mleczarnie. Za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat mogą być potentatem w Europie i na świecie.

Inna sprawa, że w Europie mimo wspólnego rynku też nie jest łatwo. Najlepiej byłoby sprzedawać w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech, bo tam mają najwyższe marże. Ale to bardzo trudne rynki, bo bariery w handlu są ogromne, a wolny przepływ towarów w przemyśle spożywczym w Unii to – jak się często okazuje – fikcja. W Niemczech trzeba być niemiecką spółką, żeby można było sprzedawać żywność. Oczywiście żadna sieć handlowa oficjalnie nie odmówi sprzedawania naszych produktów. Ale jak przyjdzie do negocjowania cen, kiedy trzeba spełnić wszystkie formalne wymogi, to się okazuje, że to prawie nie do przejścia. Rozmowy i formalności mogą się ciągnąć latami i eksportu się odechciewa. To problem, z którym borykają się wszyscy producenci.

Marek Moczulski

Prezes zarządu Bakalland SA od kwietnia 2014 r. Wcześniej od czerwca 2013 r. pełnił obowiązki przewodniczącego rady nadzorczej Bakalland. W latach 1998-2003 związany z Grupą Kapitałową Agros (Grupa Pernod Ricard). Początkowo piastował stanowisko dyrektora finansowego Agros Holding SA, a od 1999 r. członka zarządu. W 2000 roku objął stanowisko prezesa zarządu i dyrektora generalnego Agros Fortuna sp. z o.o. które sprawował do kwietnia 2003. W latach 2003-09 był prezesem zarządu i dyrektorem generalnym ZPC Mieszko SA. Jednocześnie – w latach 2005-07 – pełnił funkcję niezależnego członka rady nadzorczej BGŻ Bank. Od roku 2009 jest także niezależnym konsultantem w zakresie strategii biznesowych, doradztwa inwestycyjnego i usprawniania procesów biznesowych.

Grupa Bakalland

Lider na rynku bakalii w Polsce, istnieje od 26 lat. W portfelu ma dwie główne marki – Bakalland i Delecta. Produkuje w fabrykach w Janowie Podlaskim, Włocławku, Łodzi i Osinie. Od 11 grudnia 2006 r. do 10 lutego 2015 r. spółka była notowana na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.

100 firm na stulecie100 firm na stulecie Grzegorz Kubicki

AKCJA „WYBORCZEJ” – „100 FIRM NA STULECIE”

Nasza niepodległość liczy już 100 lat. To niezwykły jubileusz, który jak żaden inny powinien być szansą nie tylko na świętowanie ponad podziałami, ale i na chwilę refleksji nad tym, co nam jako społeczeństwu przez te 100 lat się udało. Skąd wyruszaliśmy i dokąd udało nam się dojść.

Na co dzień historii lubimy się przyglądać przez pryzmat bitew, wojen, wielkiej polityki. To efektowne, ale upraszcza obraz, przynosi konkretne wnioski, a przy okazji recepty na przyszłość. Rozwój gospodarki, ekonomia, przedsiębiorczość, codzienna praca – kojarzą się bardziej przyziemnie.

A przecież historia niepodległej Polski to także historia jej rozwoju ekonomicznego. Gospodarki, która po pierwszych latach szoku związanego z końcem pierwszej wojny światowej, rozbudzonymi oczekiwaniami społecznymi, trudnościami z dopasowaniem trzech części, z których „zszywano” nową Polskę, wpadła najpierw w wojnę handlową z Niemcami, a potem oberwała światowym kryzysem gospodarczym. I gdy w końcu zyskała oddech i zaczęła się rozwijać, to zaraz spotkała ją kolejna wojna, a potem ponad 40 lat brutalnego eksperymentu społeczno-gospodarczego zwanego realnym socjalizmem. Ten ostatni, domykający stulecie okres gospodarki wolnorynkowej to przecież „tylko” niecałe 29 lat...

Przez ostatnie 100 lat w Polsce były i są firmy i Firmy. Te drugie, pisane wielką literą, tworzyły i tworzą jakość samą w sobie, były i są składnikiem naszej tradycji, jakże ważną częścią historii, kapitałem społecznym. Warto o nich opowiedzieć w stulecie niepodległości.

Wybierzmy 100 z nich.

To oczywiście kropla w morzu polskiej przedsiębiorczości. Członków złotej setki chcemy dobrać tak, by razem tworzyli stuletni pejzaż zmieniającej się, rozwijającej gospodarki naszego państwa. Wybór jest trudny. Na razie w wewnątrzredakcyjnej dyskusji wyłoniliśmy kilkadziesiąt przedsiębiorstw. Pomóżcie nam wybrać kolejne.

Wasze propozycje przysyłajcie na adres stonasto@agora.pl. To mogą być firmy, które prowadzicie, w których pracujecie lub pracowaliście. Albo po prostu takie, które szanujecie i podziwiacie za to, co i jak robią. Wszystkie głosy weźmiemy pod uwagę, nasza lista nie jest jeszcze kompletna.

Wspólnie wybieramy firmy, które współtworzą historię Polski. Historię, z której wspólnie chcemy być dumni także za kolejne 100 lat.

WIĘCEJ O AKCJI NA wyborcza.pl/100firm

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.