Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

22 stycznia 1863 r. wybuchło powstanie styczniowe. O jego sens historycy spierają się do dziś - wielu uważa, że romantyczny zryw Polaków tęskniących za wolną ojczyzną nie miał szans powodzenia i sensu. Faktycznie, straty były znaczne. Na terenie Królestwa Polskiego i Litwy w walkach i w wyniku represji życie straciło ponad 40 tys. szlachty polskiej, prawie drugie tyle wysłano na Sybir, 10 tys. szukało ocalenia na emigracji.

Tymczasem w Europie rodził się już pozytywizm, który po upadku powstania mocno buchnął również na ziemiach polskich. To, co propagował, to praca organiczna i praca u podstaw. Polacy zaczęli rozumieć, że nie romantyczne zrywy, ale wzmacnianie pozycji ekonomicznej społeczeństwa, kształcenie się, poprawa warunków życia najsłabszych warstw mogą się stać skutecznym orężem w walce z zaborcą i stanowić osłonę przed wynarodowieniem.

I właśnie na fali takich nastrojów w Polsce (ale także w Europie) zaczął się rozwijać ruch spółdzielczy.

Nawet Prus był sceptyczny

W 1868 r. Aleksander Makowiecki wydał książkę „Spółki spożywcze”. To pierwsza tego typu polska pozycja, w której autor wykładał, jak teoretycznie i praktycznie propagować ideę organizowania spółdzielczości na naszych ziemiach. Na odzew nie trzeba było długo czekać. Już 1 lutego 1869 r. minister spraw wewnętrznych Rosji zatwierdził w Petersburgu statut Stowarzyszenia Spożywczego „Merkury” w Warszawie. 13 sierpnia powstało Stowarzyszenie Spożywcze „Oszczędność” w Radomiu. A jako trzecie - 24 lutego 1870 r. - statut miało zatwierdzone Stowarzyszenie Spożywcze „Zgoda” w Płocku. I pod tą nazwą funkcjonuje do dziś, już przez ponad 148 lat. 

Ruch spółdzielczy rozwijał się prężnie, pojawiali się kolejni działacze i propagatorzy. Wśród nich - Stanisław Wojciechowski, prezydent Polski w latach 1922-26. W młodości działał w Polskiej Partii Socjalistycznej, poznał Józefa Piłsudskiego, wydawał nielegalnego „Robotnika”. Potem związał się z powstałym w 1906 r. Towarzystwem Kooperatystów. I zaczął wydawać miesięcznik „Społem”. Pierwszy numer ukazał się w Warszawie 6 października, a pomysłodawcą tytułu był Stefan Żeromski. Pomysł jednego z największych twórców prozy polskiej to nawiązania do staropolskiego zawołania: „społem”, czyli razem.

Jak pisał o Wojciechowskim Sławomir Koper w „Życiu prywatnym elit drugiej Rzeczypospolitej”: „Ryzykował wiele, łącznie ze swoim dobrym imieniem i bytem rodziny. A warszawscy pozytywiści, chociaż z radością powitali powstanie periodyku, nie rokowali mu sukcesu”.

Sceptyczny był nawet Bolesław Prus, który twierdził, że „każdy Polak da sobie uciąć głowę dla ojczyzny, ale nie będzie regularnie chodził do fryzjera. A do sukcesu ruchu spółdzielczego potrzebna jest cierpliwość i wytrwała, codzienna praca - tak obca polskiej naturze”.

Tymczasem już po kilku miesiącach „Społem” z miesięcznika stało się dwutygodnikiem, z początkowych 40 prenumeratorów zrobiło się ich 800. A Wojciechowski nie mógł spokojnie wrócić do domu, bo przed drzwiami czekali na niego ludzie, którzy chcieli z nim współpracować, pomagać albo się poradzić.

Personel musi być czysty i miły

Idee pozytywistyczne zainspirowały grupę obywateli Płocka do założenia Towarzystwa Spożywczego i Kasy Pożyczkowej „Zgoda”. Starania o zarejestrowanie statutu przez carskiego ministra były długie i żmudne, ale skończyły się powodzeniem - 2 maja 1870 r. nastąpiła inauguracja działalności. W tym czasie funkcjonowały już dwa pierwsze sklepy, a ten przy ul. Kolegialnej przetrwał do lat 90. XX w. Na czele nowej organizacji stanął Gustaw Fogel, który pochodził z bogatej żydowskiej rodziny, jego ojciec dorobił się majątku m.in. jako kupiec zbożowy, potem bankier, w końcu na obrocie dużymi majątkami ziemskimi. Fogel syn był filantropem dużej klasy. Zafundował w mieście Szpital Żydowski im. Izaaka Fogla, hojnie wspomagał zarówno polską, jak i żydowską biedotę. Był też najpoważniejszym fundatorem Zgody.

Spółdzielnia miała na starcie 2073 ruble kapitału i liczyła 185 członków. Po dwóch latach członków było już 249, a obroty sklepów znacząco wzrastały. Zgoda nie bała się kredytów, przeznaczała je na zakup wyrobów ślusarskich, skóry, płótna, przetworów chemicznych, a nawet materiałów aptecznych. Towarzystwo realizowało swój cel, którym było „dostarczanie swoim członkom niezbędnych produktów do życia w dobrych gatunkach, po cenach umiarkowanych, a także wydawanie pieniężnych pożyczek”.

Zapis ze starych dokumentów: „W naszych sklepach personel może nie być piękny, lecz koniecznie czysty i miły. Piękne rysy nie każdy posiada, lecz często człowiek brzydki jest bardzo sympatyczny i łatwo zjednywa sobie ludzi. W każdym wypadku najważniejszym warunkiem dobrego, wzbudzającego zaufanie i miłego wyglądu jest czystość. Mężczyzna w sklepie powinien być zawsze ogolony, kobieta - porządnie uczesana, ręce czyste, paznokcie bez żałobnych obwódek”.

Kapitalizm XIX w. był jednak bezwzględny, z konkurencją walczyło się na noże. W 1875 r. Zgoda miała już trzy sklepy, ale obroty zaczynały spadać. A na dodatek konkurenci przeszli do „czynów”. Płock obiegła wiadomość o włamaniu do siedziby spółdzielni, gdzie dosłownie wszystko zostało zdemolowane, spalono też całą dokumentację. Interesy szły w takiej sytuacji marnie. Do tego stopnia, że na początku XX w. o mało nie doszło do likwidacji Zgody. Na jednym z walnych zgromadzeń pojawił się wniosek o zaprzestanie działalności spółdzielni. Sytuacja finansowa była tak trudna, że jej członkowie uznali, iż nie ma sensu dalej tego ciągnąć. Zaledwie dwa lub trzy głosy przeciwne uratowały jednak firmę.

Reklama dźwignią handlu

Złą passę przerwał rok 1903, kiedy nowym prezesem został zasłużony dla płockich spółdzielców Józef Mądrzejewski. Miał duży autorytet w mieście, spółdzielnię prowadził rozsądnie przez trudny okres dziejowy, aż do roku 1917. Zgoda zrezygnowała z udzielania pożyczek, zmieniła też nazwę - na Spółdzielcze Stowarzyszenie Spożywców „Zgoda”. Rozwijała za to swoją sieć handlową. W 1929 r. miała już osiem sklepów, w tym sześć kolonialnych, bławatny i żelazny. Kapitał rósł, tak jak liczba członków - było ich już 1545.

Do płockiej spółdzielni, która wyrosła w mieście na monopolistę, zaczęły dołączać mniejsze, także z okolicy. A w 1933 r. swój akces zgłosił Płocki Okręgowy Związek Stowarzyszeń Spółdzielczych. Tak poważny partner wymagał zmiany statutu. I nazwy. Powstała więc Okręgowa Spółdzielnia Spożywców „Zgoda”.

Lokalna prasa, ta sprzed I wojny światowej i ta z okresu międzywojnia, pełna była ogłoszeń spółdzielców, którzy już wówczas wiedzieli, że reklama jest dźwignią handlu.

W „Korespondencie Płockim” z marca 1867 r. czytamy, że sklep Stowarzyszenia Spożywczego „Zgoda” poleca m.in.: kawior astrachański świeży, sielawy augustowskie, minogi ruskie, minogi elbląskie, grzyby suszone czy suszone śliwki.

W listopadzie 1935 r. w „Życiu Mazowsza” pojawia się informacja, która świadczy o tym, jak rozwija się spółdzielnia:

„Okręgowa Spółdzielnia Spożywców »Zgoda« w Płocku, Sienkiewicza nr 12 (dom. wł.) tel. 14-63. Rok założenia 1870. Prowadzi działy: Kolonjalne - Bławatny - Żelazny - Skład Opału - Nawozów sztucznych - Piekarnię Mechaniczną - Kasę Wkładów Oszczędnościowych”.

Wojna i dwa zarządy

Wrzesień 1939 r. zmienił wszystko. Wybuchła wojna. Spółdzielnia nie uległa likwidacji, ale w latach 1940-44 wszedł do niej niemiecki zarząd. Niemcy przekazali swoim firmom duży sklep gospodarstwa domowego oraz piekarnię, zmienili nazwę na Konsumengenossenschaft „Eintracht” („eintracht” to po niemiecku „zgoda”). Zarządcą komisarycznym został Hans Vonau z Oldenburga. Jego zdjęcie jest dziś w Izbie Pamięci PSS. A pod nim podpis: „Sprytny, odważny, przedsiębiorczy. Pomagał ludności polskiej, bronił ją przed bezprawiem i złością ludzką, narażając się często swoim władzom”.

Vonau zostawił po sobie dobre wspomnienia, ale równolegle z niemieckim spółdzielnia miała swój własny, polski zarząd. Oczywiście tajny. Na jego czele stanął Stefan Pudlik. Polski zarząd uważnie patrzył Niemcom na ręce, pilnował majątku, bo przecież on wróci kiedyś do Polaków.

„Zgoda” znów polska

W styczniu 1945 r., zaraz po wyjściu Niemców z miasta, spółdzielcy zebrali się, by chronić mienie przed rozgrabieniem. Zaledwie tydzień później działało już siedem sklepów, ruszyła też nowa piekarnia. Niektórzy członkowie, żeby kupić towar, pożyczali własne pieniądze. Przewodniczącym Rady Nadzorczej został ks. prałat dr Alojzy Poszwa, wybitny propagator spółdzielczości na Ziemi Płockiej. Ze Zgodą związany był od wielu lat.

Nadeszło jednak nowe. Komunistyczne władze nie zgadzały się na uczestnictwo księdza we władzach. Wszystko było upaństwowiane, Zgoda straciła wiele ze swojej samodzielności. Teraz to centrala narzucała wskaźniki ekonomiczne i gospodarcze, nawet wybory władz statutowych to tylko fasada spółdzielczości. Ale mimo to spółdzielnia się rozwijała. W 1953 r. miała już 68 sklepów, siedem piekarń, dwie ciastkarnie, trzy masarnie i wytwórnię wód gazowanych. Członków - 3375. Pracowników - 395.

Od 1960 r. Płock stał się stolicą polskiej ropy, powstały Mazowieckie Zakłady Rafineryjne i Petrochemiczne (obecnie Orlen), gwałtownie wzrastała liczba mieszkańców, bo z całego kraju zjeżdżali ludzie do pracy w nowym przemyśle. Trzeba więc też było nowych sklepów, większych, na miarę „zdobyczy socjalizmu”. I tak w roku 1965 otwarto Spółdzielczy Dom Handlowy. Wielki dzień otwarcia nastąpił w czerwcu.

- Zapamiętam go do końca życia - opowiada emerytowana prezes „Zgody” Halina Cicherska. - Jestem pewna, że jeszcze nigdy w jednym miejscu klienci nie wybili tylu szyb co wtedy w SDH. Taki był tłok. Nasz szklarz miał wtedy ogromnie dużo pracy.

Sklep był - jak na tamte warunki - ogromny, powierzchnia sprzedażowa wynosiła 867,8 m kw. Na parterze - sklep spożywczy SAM, na pierwszym piętrze – artykuły przemysłowe, gospodarstwa domowego i sprzęt zmechanizowany, na piętrze drugim – konfekcja dziecinna i młodzieżowa. Ekspedientki witały klientów w specjalnych mundurkach, fryzjer codziennie układał im włosy (na koszt firmy), a dekoratorzy pracowali na etatach.

Ale w 1976 r. władze państwowe arbitralnie zdecydowały o utworzeniu dwóch sektorów: spożywczego i nieżywnościowego. Cała sieć PSS-ów została przypisana do tego pierwszego. Pojawiła się obawa, że Zgoda będzie musiała oddać SDH. Spółdzielnia jednak się broniła - był przecież spożywczy SAM na parterze. Sklep został, ale trzeba było zlikwidować wszystkie towary przemysłowe z wyższych kondygnacji - płoccy spółdzielcy nie mogli już ich sprzedawać. Co więc zrobili z tak dużym obiektem? Zamienili go w pierwszą w mieście galerię handlową. Po prostu wynajęli powierzchnię prywaciarzom, a ci urządzili swoje stoiska.

PSS „Zgoda” to jednak wtedy już nie tylko handel. Działały punkty Praktycznej Pani, gdzie można się było nauczyć kroju, szycia lub gotowania. Organizowano też pokazy, występy, powstał teatr i zespoły taneczno-muzyczne.

Czekając na 150. urodziny

Prezesem Zgody jest obecnie Krzysztof Chojnacki. Historię firmy ma w małym palcu, z niej czerpie siłę i dumę. Za dwa lata spółdzielnia będzie obchodziła 150-lecie.

Na koniec 2017 r. Zgoda miała 810 członków, w jej 25 sklepach (dwa są poza Płockiem) pracowało 355 osób, w produkcji (została jedna piekarnia, kultowa w mieście „Dziesiątka”, w której chleb wypieka się tradycyjnie) - 47 osób, w administracji - 40 osób.

Jak dawniej, żeby zostać członkiem spółdzielni, trzeba wpłacić wpisowe - 50 zł - oraz wykupić minimum pięć udziałów - po 100 zł każdy (maksymalnie wolno ich mieć 150). W zamian dostaje się złotą kartę, która uprawnia do 6-procentowych rabatów przy zakupach (oprócz towarów akcyzowych) oraz do 10-procentowej dywidendy rocznej.

- Społem trudno nazwać siecią, od 1989 r. nie mamy wspólnej centrali, każda spółdzielnia jest odrębnym przedsiębiorstwem - mówi Chojnacki. - Mamy więc swoją autonomię, a to ma i dobre i słabe strony wobec rosnącej konkurencji, zwłaszcza ze strony obcego kapitału. Dlatego obecnie jesteśmy udziałowcami Polskiej Grupy Supermarketów i stąd obok logo Zgody mamy też logo Top-Market.

Spółdzielnia patrzy w przyszłość. Jeszcze w tym roku otworzy nowy sklep o powierzchni 600 m kw. Rozbuduje ten istniejący - w SDH. Chce rozwijać współpracę z PGS, bo to firma wyłącznie z polskim kapitałem.

Ale Zgoda, jak zapewnia prezes, swojej tożsamości na pewno nie zatraci.

- Czym się różnimy od konkurencji? W naszych sklepach, inaczej niż w dyskontach, mamy tradycyjne stoiska, lady z mięsem i wędlinami oraz cukierniczo-alkoholowe - wylicza Chojnacki. - I stawiamy na świeże towary, co też nas wyróżnia na tle innych sieci. No i ceny - już nikt nie może powiedzieć, że PSS-y są najdroższe w mieście.

AKCJA „WYBORCZEJ” - „100 FIRM NA STULECIE”

Nasza niepodległość liczy sobie już 100 lat. To niezwykły jubileusz, który jak żaden inny powinien być szansą nie tylko na świętowanie „ponad podziałami”, ale i na chwilę refleksji nad tym co nam - jako społeczeństwu - przez te 100 lat się udało. Skąd wyruszaliśmy i dokąd udało nam się dojść.

Na co dzień historii lubimy przyglądać się przez pryzmat bitew, wojen, wielkiej polityki. To nie dość, że efektowne, a jeszcze upraszcza obraz, przynosi konkretne wnioski, a przy okazji recepty na przyszłość. Rozwój gospodarki, ekonomia, przedsiębiorczość, codzienna praca - kojarzą się bardziej przyziemnie.

A przecież historia niepodległej Polski to także historia jej rozwoju ekonomicznego. Gospodarki, która po pierwszych latach szoku związanego z końcem pierwszej wojny światowej, rozbudzonymi oczekiwaniami społecznymi, trudnościami z dopasowaniem trzech części, z których „zszywano” nową Polskę, wpadła najpierw w wojnę handlową z Niemcami, a potem oberwała światowym kryzysem gospodarczym. I gdy w końcu zyskała oddech i zaczęła się rozwijać, to zaraz spotkała ją kolejna wojna, a potem ponad 40 lat brutalnego eksperymentu społeczno-gospodarczego zwanego realnym socjalizmem. Ten ostatni, domykający stulecie okres gospodarki wolnorynkowej, to przecież „tylko” niecałe 29 lat...

Przez ostatnie 100 lat w Polsce były i są firmy i Firmy. Te drugie, pisane wielką literą, tworzyły i tworzą jakość samą w sobie, były i są składnikiem naszej tradycji, jakże ważną częścią historii, kapitałem społecznym. Warto o nich opowiedzieć w stulecie niepodległości.

Wybierzmy 100 z nich.

To oczywiście kropla w morzu polskiej przedsiębiorczości. Członków złotej setki chcemy dobrać tak, by razem tworzyli stuletni pejzaż zmieniającej się, rozwijającej gospodarki naszego państwa. Wybór jest trudny. Na razie w wewnątrzredakcyjnej dyskusji wyłoniliśmy kilkadziesiąt przedsiębiorstw. Pomóżcie nam wybrać kolejne.

Wasze propozycje przysyłajcie na adres stonasto@agora.pl. To mogą być firmy, które prowadzicie, w których pracujecie lub pracowaliście. Albo po prostu takie, które szanujecie i podziwiacie za to co i jak robią. Wszystkie głosy weźmiemy pod uwagę, nasza lista nie jest jeszcze kompletna.

Wspólnie wybieramy firmy, które współtworzą historię Polski. Historię, z której wspólnie chcemy być dumni także za kolejne 100 lat.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.