Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński: Pani się boi starości?

IRENA ERIS: Nie. To część życia. Nie unikniemy jej. Taka jest po prostu kolej rzeczy. Moim zdaniem każdy moment w naszym życiu jest ciekawy. Z wiekiem składamy się z sumy doświadczeń. Mamy więcej mądrości. Przykre może być to, że ciało idzie swoją drogą. Boję się niewydolności organizmu i niedołężności. Samodzielność w działaniu może pomóc nam, byśmy nie siedzieli bezczynnie, a przez to widzieli sens życia i czuli się młodsi.

100 FIRM NA STULECIE. WSPÓLNIE STWÓRZMY GOSPODARCZĄ HISTORIĘ POLSKI - CZEKAMY NA WASZE ZGŁOSZENIA

Ma pani dwóch synów. Gdyby jeden albo drugi przyszedł do pani i powiedział: „Nie chcę pracować, stać nas na to, abym odpoczywał, wy się już naharowaliście”?

– Nie wyobrażam sobie w ogóle takiej sytuacji. Zawsze wpajałam synom, że praca to największa wartość. Obaj pracują. Jeden w firmie, drugi rozwija się w innej branży.

Rozpieszczała ich pani?

– Umiarkowanie.

Pytamy, bo jakiś czas temu rozmawialiśmy z Ewaldem Rabenem, Holendrem mającym w Polsce jedną z największych firm logistycznych. Powiedział nam, że polskie dzieci są dziś strasznie rozpieszczone przez rodziców. Zwłaszcza jeśli rodzice mają pieniądze. Zaczynają od kupowania im mieszkań. Później mamy 22-latków, których trzeba wspierać, aby znaleźli pracę, trzeba kupić im samochód i jeszcze pięć innych rzeczy. Kto w Polsce płaci za ślub, wesele? Rodzice. Kiedy dzieci kończą 18 lat, powinny same się o siebie troszczyć – stwierdził. I co pani na to?

– Zadaniem rodziców jest przygotowanie dziecka do życia, aby dało sobie radę samodzielnie. Nauczenie różnych rzeczy. Wpojenie systemu wartości, który pozwoli funkcjonować w społeczeństwie. Po prostu wychowanie dobrego człowieka i wypuszczenie go w świat. Z mężem staraliśmy się, aby synowie nauczyli się szanować wartość pieniądza. Dostawali kieszonkowe takie jak ich koledzy oraz jasny sygnał: nie możecie czuć się lepsi od kogokolwiek.

Nie buntowali się?

– Jak to dzieci… W pewnym wieku, gdyby się nie buntowali, nie byłoby to normalne. Młodość rządzi się swoimi prawami i bunt nastolatka jest częścią wchodzenia w dorosłość.

Chcieli studiować za granicą?

– Nie było takich rozmów. Skończyli dobre polskie uczelnie.

Wypada wydawać duże pieniądze?

– Ale na co?

Na prywatny samolot chociażby.

– W moim odczuciu nie.

Można się szybciej przemieszczać. Pewnie jest wygodniej.

– Pomyliliście mnie, panowie, z kimś innym – nie jestem takim krezusem. Wolę kupić bilet, wsiąść do samolotu rejsowego i lecieć, dokąd chcę.

Jachtu pani też wobec tego nie ma. Bo…

– Nie żegluję, więc nie mam i nie zamierzam mieć.

A drogie hobby?

– Normalne. Chodzę do teatru, kina, czytam.

Ludzie pani zazdroszczą pieniędzy?

– Zazdrość to bardzo negatywne uczucie. To, co osiągnęłam i co posiadam, zawdzięczam swojej pracy. Pamiętam nieprzespane noce, stres… Jak było ciężko. I wiem, że bez pracy nic się nie osiągnie. Oczywiście ludzie myślą pewnie inaczej… Że bogaty to biednego człowieka nie zrozumie…

A pani zwykłego człowieka rozumie?

– Ja jestem zwykłym człowiekiem.

Proszę nie żartować.

– Sama robię zakupy.

Gosposi pani nie ma do tych zakupów?

– Nie mam – daję sobie świetnie radę sama.

A marzenie?

– Mam. W styczniu jadę z mężem na pięć dni do Norwegii. Marzę o zobaczeniu zorzy polarnej. To drugie podejście, za pierwszym razem nam się nie udało. Teraz mamy ponoć gwarancję, że ją zobaczymy.

A może wycieczka dookoła świata?

– Nie lubię. Zanudziłabym się na śmierć po dwóch tygodniach, ale rozumiem, że komuś może się to podobać. Nasze urlopy – nasze, bo wszędzie jadę z mężem – nie trwają więcej niż 10 dni. Wystarczy.

Jest coś, czego bogaci zazdroszczą innym bogatym?

– Niczego i nikomu nie zazdroszczę – wtedy żyje się łatwiej. Po prostu robię swoje.

Kiedyś jeden z biznesmenów powiedział nam, że część osób bogatych ciągle żałuje, że nie jest bogatsza, bo zawsze można mieć jacht o metr dłuższy czy droższy samochód. I jak ktoś ma krótszy, to mają kompleksy.

– Jest pewna granica w bogaceniu, która zaspokaja potrzeby człowieka. Ja wolę zainwestować w swoją firmę.

Ile godzin dziennie pani pracuje?

– W biurze jestem codziennie.

Raczej 6 czy 10 godzin?

– 8-9 godzin. Czasami muszę też bywać wieczorami na różnych spotkaniach, wyjazdach, imprezach. To są dodatkowe obowiązki.

Partia Razem chce skrócić czas pracy do 7 godzin.

– Pozwolą panowie, że nie będę tego komentowała.

Rozumiemy, że pani nie popiera.

– Ja chcę pracować dłużej.

Trudno dziś znaleźć pracownika?

– Nie jest to łatwy proces. Szczególne trudności widać w obszarach związanych z usługami. Mamy trzy hotele w różnych częściach kraju i widzimy, że problem jest.

Dlaczego ich brakuje?

– Działamy w trzech obszarach: produkcja FMCG (dobra szybko zbywalne), Kosmetyczne Instytuty oraz hotele, czyli turystyka. Ten ostatni obszar jest bardzo zróżnicowany, dlatego też w turystyce, bardzo trudnym biznesowo sektorze, o niskiej marżowości, jest ciężko przywiązać pracownika do firmy. Szczególnie w czasach, gdy poza turystyką jest duża chłonność pracowników, a wynagrodzenia często są wyższe. Staramy się płacić dobrze, ale jesteśmy ograniczeni efektywnością finansową tej działalności.

Pani kucharze i kelnerzy zarabiają pensję minimalną?

– Zarabiają więcej.

Czy można się więc dziwić, że młody człowiek, który chce utrzymać rodzinę, a zarabia np. 3 tys. zł brutto, szuka lepszej posady i odchodzi?

– Nie można się dziwić.

Taki kelner ma 20 kilka lat i widzi swojego rówieśnika, który podjeżdża dobrym samochodem pod luksusowy hotel. I słucha piosenek, gdy ktoś śpiewa: „Bvlgari zegarek na ręce, a ty w Bułgarii popijasz browary z dziadami na jakiejś wycieczce za 1500”.

– Nie jestem w stanie zlikwidować różnic społecznych. Tak już było, że mieliśmy wszyscy po równo. Dla mnie nie są ważne pieniądze, tylko drugi człowiek. I szanuję tych, którzy pracują. A ci odcinający kupony z majątków rodziców mogliby chociaż raz spróbować.

Eris to w mitologii greckiej uskrzydlona bogini niezgody, chaosu i nieporządku. „Jak się ktoś będzie czepiał o nazwę, niech pani mówi, że się nie zgadza, aby kobiety były stare i brzydkie”, radziła pani pisarka Krystyna Kofta. I co, nie zgadza się pani?

– Oczywiście, że się nie zgadzam. Chcę, żeby kobiety były zadbane. Mężczyźni zresztą też. Nie dzielę ludzi na ładnych i brzydkich – zresztą to nie są wartości, które mogłyby coś więcej powiedzieć o człowieku. Ważne jest, by o siebie dbać i czuć się dobrze z samym sobą.

Czego klienci oczekują od pani branży?

– Cudownego specyfiku, który będzie w stanie zatrzymać młodość na zawsze.

To możliwe?

– Wygląd, urodę potrafimy podkreślić czy wydobyć, natomiast zatrzymać czasu się nie da. I nie wiem, czy kiedykolwiek się komuś to uda. Marzymy, aby być wiecznie młodym, żyć dłużej w dobrym zdrowiu. Jednak natura jest nieubłagana i jakość naszej egzystencji z wiekiem się pogarsza. Człowiek widzi gorzej, słyszy gorzej, a na koniec bardziej trwa niż żyje. Jednak… czy jest sens, by ten czas zatrzymywać? Czy taki młody, żyjący w nieskończoność człowiek to by było według panów dobre?

Pogoń za młodością nie ma sensu?

– Za wieczną młodością chyba nie. Chodzi o to, aby życie było pełne i sprawiało satysfakcję. Owszem, wygląd jest ważny. To jest pierwsza rzecz, którą eksponujemy na zewnątrz. Po której ludzie nas oceniają. Starzeć można się z godnością. Ważne jest wnętrze, bo przyciąga naszych przyjaciół, ludzi, z którymi chcemy bywać i którzy nas akceptują nie ze względu na wygląd, tylko na charakter i osobowość.

Ale ludzie i tak gonią, wnętrze mając w głębokim poważaniu. Płacą za to zresztą krocie. Ile kosztuje najdroższy krem, jaki klienci mogą kupić, aby wolniej się starzeć?

– Około 2,5 tys. zł za opakowanie 40 ml. Ale istnieją również kosmetyki robione na indywidualne zamówienie, a ich cena dochodzi do, a nawet przekracza 10 tys. za opakowanie.

Pani takich używa?

– Testuję różne kremy, ale na ogół używam swoich, ponieważ jestem pewna ich jakości.

Warto wydać 2,5 tys. zł na krem?

– To kwestia osobistego wyboru i zasobności portfela oraz indywidualnych decyzji zakupowych.

Pani to nie dziwi.

– Jeśli ktoś ma pieniądze, które może wydawać, jego wybór.

Czym krem za 2,5 tys. różni się od takiego z Tesco za 10 zł?

– Inna jest technologia, inne surowce aktywne, inna droga i czas potrzebny do prowadzenia badań i opracowania receptury, inne są opakowania, systemy dystrybucji i sprzedaży. A to powoduje różnice w kosztach – czasami bardzo duże. Jednak najważniejsza jest zawartość słoiczka. Wkład w badania naukowe, wieloletnie nierzadko prace przygotowawcze. Płacimy za jakość i spełnioną obietnicę. Dziś, kiedy konsument staje przed drogeryjną półką, może czuć się przytłoczony mnogością dostępnych kosmetyków, których specjalizacja jest niezwykle szeroka. Nie jak kiedyś jeden krem, ale także na poszczególne partie twarzy czy ciała.

Na lewą rękę, na prawą, na duży palec u lewej nogi.

– Powiedzmy.

Aby być pięknym, ludzie chodzą do solarium.

– Mają panowie nieaktualne dane. Błąd. Solaria przyśpieszają starzenie i możliwość wywołania raka skóry. Tylko ci, którzy nie wiedzą, czym jest solarium, odwiedzają je. Zdecydowanie jestem przeciw.

A opalanie się na słońcu, żeby zdobyć zdrowy brąz? Leżaczek w ciepłych krajach i sesja po sześć godzin dziennie. Później koleżanki zzielenieją z zazdrości.

– To też tak już nie działa. Opalenizna nie jest wyznacznikiem luksusu jak kiedyś. Kobiety świadomie używają kremów z filtrem i opalają się z umiarem. Skwarki chyba odeszły do lamusa.

Trudno całkiem uniknąć słońca.

– Przebywanie na słońcu to co innego niż opalanie. Trzeba jednak stosować filtry, które nas chronią przed ingerencją promieni nie tylko UVA, UVB, ale też podczerwonych i HEV. One wszystkie, nie dość, że przyspieszają proces starzenia się skóry, to również uszkadzają nasz materiał genetyczny i jesteśmy narażeni na nowotwory.

To może w drugą stronę? Słynna ze swojej urody generałowa Zajączkowa spała całe życie na koszach z lodem, kąpała się w zimnej wodzie, jadła tylko zimne potrawy. Efekt: w wieku 80 lat miała wygląd nastolatki i łamała serca 20-latkom. Wierzy pani w to?

– Z tego, co wiem, była w swych działaniach niezwykle konsekwentna. A tak jest z pielęgnacją, że musi być systematyczna. Dodatkowo – nie wiem, czy panowie wiedzą – dla utrzymania dobrej kondycji odbywała codzienne dziesięciokilometrowe spacery i jeździła konno. Serio… Dzisiaj dysponujemy lepszymi, opartymi na rzetelnej wiedzy metodami utrzymania dobrego wyglądu niż lód czy choćby upuszczanie krwi w leczeniu chorób. Za to, jak wyglądamy, odpowiadają nie tylko geny, ale także tryb życia, jaki prowadzimy. Lodu pod łóżkiem nie zalecam – nie daje wiele poza potencjalnym przeziębieniem.

Rozmawialiśmy o przygotowaniu dziecka do dorosłości. Czy w ramach tego przygotowania mieści się zafundowanie mu operacji plastycznej? Wie pani, że coraz częściej chrzestni składają się na operację plastyczną na pierwszą komunię? Na przykład na poprawienie uszu.

– To jakieś nieporozumienie… Nie wiem, z czego to wynika.

Wampirzy lifting zawojował kosmetyczny świat. Zabieg polega na wstrzykiwaniu pacjentce jej własnego osocza w celu wypełnienia bruzd i zmarszczek. Spopularyzowała go Kim Kardashian. Co pani na to?

– Nie mam zdania. W moich Kosmetycznych Instytutach stawiamy na profesjonalną pielęgnację, troskę o ciało. Wiem tylko, że jakakolwiek ingerencja igłą w strukturę skóry musi być wykonana przez lekarza, który bierze wtedy odpowiedzialność za prawidłowo wykonany zabieg. Jeśli tego typu ingerencje wykonywane są przez osobę niekompetentną, w niesprawdzonym gabinecie kosmetycznym, może trzeba się zastanowić, czy warto ryzykować zdrowie dla gładkiej buzi.

Popularniejsze od wampirzego liftingu są teraz ponoć maseczki, które stosują m.in. Cate Blanchett i Sandra Bullock. W składzie maseczki są komórki z usuniętych napletków koreańskich noworodków. To nie żart – podobno pomagają w zwiększeniu jędrności i napięcia skóry. Wszystko za sprawą tajemniczego FGF, czyli nabłonkowego czynnika wzrostu, który ma bardzo pozytywny wpływ na skórę.

– Od zawsze próbowano przechytrzyć starość i zatrzymać młodość na dłużej. Różne rzeczy stosowano, różne mody przychodziły i odchodziły. Dla mnie wyznacznikiem skuteczności są badania naukowe. FGF jest rzeczywiście wartościowym i efektywnym czynnikiem, który także wykorzystujemy w naszych kosmetykach. Pamiętajmy tylko, że dbając o siebie samych, w żadnym wypadku nie możemy krzywdzić innych.

Ale w dzisiejszym świecie takie poprawianie urody to coś normalnego. Modelka Cindy Crawford pytana, co jest tajemnicą jej urody, zawsze odpowiadała: dobre kosmetyki, dużo snu, dieta. Przyparta do muru przyznała w końcu, że robi zastrzyki z botoksu, kolagen, lifting, operacje plastyczne, bo tylko to tak naprawdę działa.

– To jej opinia. Owszem, starzenia nie da się powstrzymać. Ale to nie oznacza, że nie ma sensu dbać o siebie. Kosmetyki z pewnością spowolnią ten proces.

Na Instagramie widać, że w dzisiejszych czasach kobiety muszą wyglądać jak siostry Kardashian. Trzeba mieć pontony na ustach, duży biust, odsysany tłuszcz z brzucha, wystające kości policzkowe etc.

– I to jest piękno? Jest taka aktorka, grająca często w filmach Pedro Almodóvara, Rossy de Palma. Można powiedzieć, że ma specyficzną urodę. Ale jest w niej coś tak intrygującego, że dla mnie ona jest piękna.

Kobiety, które powstają dzięki operacjom, są właściwie trudne do odróżnienia.

– Nasz świat stawia na piedestale modelki, które są dla większości niedoścignionymi ideałami piękna. Co wcale nie świadczy o tym, że one same pozbawione są kompleksów. Jesteśmy różni i w tej różnorodności tkwi piękno. To właśnie czyni świat ciekawym. Najważniejsze, by to zrozumieć i akceptować samego siebie.

IRENA ERIS

Stworzyła jedną z najbardziej znanych marek kosmetycznych w Polsce. Jej firma zatrudnia 500 pracowników (ponad 60 proc. kadry stanowią kobiety) i co roku wypuszcza na rynek ok. 30 mln sztuk kosmetyków. Do firmy należy 14 proc. polskiego rynku kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Stawia też hotele spa. Na razie ma trzy: w Krynicy-Zdroju, we Wzgórzach Dylewskich (Mazury) i w Polanicy-Zdroju.

Irena Eris razem z mężem Henrykiem Orfingerem w najnowszym rankingu 100 najbogatszych Polaków magazynu „Forbes” zajmuje 76. miejsce z majątkiem wycenianym na ponad 600 mln zł.

HISTORIA FIRMY

Irena Eris skończyła farmację. Zrobiła doktorat na berlińskim Uniwersytecie Humboldta. I poszła do pracy w firmie farmaceutycznej Polfa, do zakładu badawczo-wdrożeniowego. Straszliwie tam się nudziła i męczyła, bo nie dało się tam zrobić żadnych nowych rzeczy.

 W 1980 roku jej matka odziedziczyła sporo pieniędzy - równowartość sześciu "maluchów". Dla rodziny Eris to była olbrzymia suma i tak naprawdę nie wiedzieli, co z tym zrobić. Siadli więc i zaczęli się zastanawiać. Może jakąś działkę pod Warszawą kupić? Wtedy działka pod Warszawą kosztowała właśnie tyle, co te sześć "maluchów". Ale po co działka, skoro na dom nie starczy? Wtedy do Ireny Eris przyszła matka i zaproponowała: „Wiem, że męczysz się w pracy, jeśli chcesz, to dam ci te pieniądze. Jak się uda, to mi oddasz. Jak nie, to trudno”. 

Eris zrobiła z mężem biznesplan na jednej kartce papieru. Przychody, potrzeby - taki "planik". Najpierw szukali lokalu, oczywiście jak najtańszego. Rozklejali ogłoszenia na słupach trolejbusowych. Zadzwonił do nich mężczyzna, który prowadził piekarnię w Gołkowie pod Piasecznem. I powiedział, że może im wynająć malutki domek, który miał z 50 mkw. 

Firma została otworzona w 1983 roku. Irena Eris zrezygnowała z pracy w Polfie i... nie spała całą noc. Wiedziała, że skacze na głęboką wodę. Jej mąż pracował w Ministerstwie Komunikacji, które wtedy było zmilitaryzowane, więc z pracy do rzemiosła nie mógł odejść wcześniej niż po dziewięciu miesiącach. Zresztą nawet nie byli pewni, czy ma się zwalniać, bo jakby pomysł na własną firmę nie wypalił, to zawsze jego praca była jakimś zabezpieczeniem finansowym dla rodziny. 

Eris przekonywała samą siebie: - Mam wykształcenie, obecna praca mi nie odpowiada, więc nawet jak mi nie wyjdzie, to mogę sobie znaleźć następną.

Pierwszy problem dotyczył opakowań. Eris widziała, jak wyglądają kosmetyki na Zachodzie i chciała, żeby jej pudełka też były ładne, w przeciwieństwie do tego, co oglądano wówczas na sklepowych półkach. Zlecili z mężem budowę własnej formy na pudełka fachowcowi. Taniemu, na drogiego nie było ich stać. Forma mu nie wychodziła, cały czas wracała do poprawki. Mąż Eris, Henryk Orfinger, codziennie nosił mu te formy, a jedna ważyła 70 kg.  Fachowiec za każdym razem powtarzał: - No tak, to ja już wiem o co chodzi, tutaj się rozlewa, poprawię. Poprawiał i dalej się rozlewało. W końcu tej formy dobrze im nie zrobił. 

Sytuacja zrobiła się podbramkowa. Pierwszy krem (półtłusty Eris) już ukręcili, pracownika też zatrudnili, na jego pensję małżeństwo pożyczyło pieniądze, a towaru nie ma w co pakować. Pomógł im przypadek. Mąż Eris, kiedy po raz enty przywoził i odwoził formę, spotkał u wspomnianego fachowca pewnego rzemieślnika. Ten miał w magazynie niewielką partię pudełek, którą ktoś zamówił i nie odebrał. Pojechali wieczorem do niego „maluchem”. Słoiczki były beżowe i brzydkie. Ale były. Zapakowali dwa worki nakrętek, przekładek, spodów i przywieźli pod Piaseczno do „firmy”. Eris całą noc siedziała i nakładała ten krem do pudełek, aby rano można było zacząć go sprzedawać. 

Tyle że państwowe sklepy nie chciały współpracować z prywatnym rzemiosłem. Mimo że miały puste półki. Po co ekspedientce taki kłopot na głowie jak towar? Tak - ktoś przychodził, zobaczył, że nic nie ma i wychodził. A pensja na koniec miesiąca i tak była wypłacana. 

Małżeństwo jak tylko gdzieś jechało, brało ze sobą parę opakowań, żeby je przy okazji pokazywać. Najczęściej to nic nie dawało. 

Eris do tej pory pamięta, jak pojechali na urlop do Zakopanego. Był tam wtedy dobrze zaopatrzony sklep na Krupówkach. Weszli, mąż Eris stwierdził, że ma krem, właścicielka odpowiedziała, że nie jest zainteresowana. Ale zostawili wizytówkę i za jakiś czas zadzwoniła, żeby coś zamówić. I tak to zaczęło się rozkręcać... 
Po 1989 firma zaczęła tracić kontrolę nad tym, co się dzieje z ich produktami. Ludzie sprzedawali je na łóżkach, w "szczękach", leżały tam przeterminowane, narażone na promienie słoneczne. Orfinger zaczął budować sieć dystrybucji, bardzo nowatorską jak na tamte czasy. Wybrał najlepszych, najbardziej solidnych hurtowników, którzy sprzedawali ich kremy i zaproponował im wyłączność na pewien region kraju.

W połowie lat 90. Eris jako pierwsza polska firma stworzyła serię ekskluzywnych kosmetyków dla bardziej wymagających kobiet. Do reklamy zatrudniono Małgorzatę Niemen. Krem nazywał się Forte 40. Małżeństwo nie wiedziało: sprzeda się - nie sprzeda. Ale się sprzedało. Firma weszła na całkiem nowe tory.

100 firm na stulecie100 firm na stulecie Grzegorz Kubicki

AKCJA „WYBORCZEJ” - „100 FIRM NA STULECIE”

Nasza niepodległość liczy sobie już 100 lat. To niezwykły jubileusz, który jak żaden inny powinien być szansą nie tylko na świętowanie „ponad podziałami”, ale i na chwilę refleksji nad tym co nam - jako społeczeństwu - przez te 100 lat się udało. Skąd wyruszaliśmy i dokąd udało nam się dojść.

Na co dzień historii lubimy przyglądać się przez pryzmat bitew, wojen, wielkiej polityki. To nie dość, że efektowne, a jeszcze upraszcza obraz, przynosi konkretne wnioski, a przy okazji recepty na przyszłość. Rozwój gospodarki, ekonomia, przedsiębiorczość, codzienna praca - kojarzą się bardziej przyziemnie.

A przecież historia niepodległej Polski to także historia jej rozwoju ekonomicznego. Gospodarki, która po pierwszych latach szoku związanego z końcem pierwszej wojny światowej, rozbudzonymi oczekiwaniami społecznymi, trudnościami z dopasowaniem trzech części, z których „zszywano” nową Polskę, wpadła najpierw w wojnę handlową z Niemcami, a potem oberwała światowym kryzysem gospodarczym. I gdy w końcu zyskała oddech i zaczęła się rozwijać, to zaraz spotkała ją kolejna wojna, a potem ponad 40 lat brutalnego eksperymentu społeczno-gospodarczego zwanego realnym socjalizmem. Ten ostatni, domykający stulecie okres gospodarki wolnorynkowej, to przecież „tylko” niecałe 29 lat...

Przez ostatnie 100 lat w Polsce były i są firmy i Firmy. Te drugie, pisane wielką literą, tworzyły i tworzą jakość samą w sobie, były i są składnikiem naszej tradycji, jakże ważną częścią historii, kapitałem społecznym. Warto o nich opowiedzieć w stulecie niepodległości.

Wybierzmy 100 z nich.

To oczywiście kropla w morzu polskiej przedsiębiorczości. Członków złotej setki chcemy dobrać tak, by razem tworzyli stuletni pejzaż zmieniającej się, rozwijającej gospodarki naszego państwa. Wybór jest trudny. Na razie w wewnątrzredakcyjnej dyskusji wyłoniliśmy kilkadziesiąt przedsiębiorstw. Pomóżcie nam wybrać kolejne.

Wasze propozycje przysyłajcie na adres stonasto@agora.pl. To mogą być firmy, które prowadzicie, w których pracujecie lub pracowaliście. Albo po prostu takie, które szanujecie i podziwiacie za to co i jak robią. Wszystkie głosy weźmiemy pod uwagę, nasza lista nie jest jeszcze kompletna.

Wspólnie wybieramy firmy, które współtworzą historię Polski. Historię, z której wspólnie chcemy być dumni także za kolejne 100 lat.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.