Wiktoria była jeszcze dzieckiem, kiedy zaczęła się tułać po działkach – bez meldunku i bez perspektyw. Mało brakowało, a jej syn Bartuś urodziłby się jako bezdomny. Od roku mieszkają w pięknym, widnym mieszkaniu z dwiema łazienkami. – To jest jak cud. Uwierzyłam, że wszystko mi się uda – mówi Wiktoria.

Tacy sami mieszkańcy jak reszta

Czterokondygnacyjny, nowoczesny budynek otulony lasem widać z daleka. W pobliżu jest osiedle jednorodzinnych domków, na którym mieszają ludzie sukcesu – lekarze, prawnicy, biznesmeni. Gdy kilka lat temu dowiedzieli się, że w sąsiedztwie ma powstać dom ekologiczny z mieszkaniami ze wsparciem, nie byli zachwyceni. Kto by tam chciał za sąsiada ludzi po wyroku, z nałogami, chorobą psychiczną albo bezdomnych? Podobno były protesty i próby zmiany decyzji. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz miał wtedy przekonywać, że osoby potrzebujące wsparcia są – jak wszyscy inni – mieszkańcami Gdańska i nie ma powodów, aby ich izolować. I dom stanął w pięknej, zielonej okolicy, w świetnej lokalizacji. Wystarczy 20 minut kolejką, żeby dojechać do centrum miasta. Za ażurowym ogrodzeniem jest nowoczesny plac zabaw i wymurowany grill, z którego mogą korzystać wszyscy lokatorzy. Przy drzwiach domofon, za drzwiami szerokie, widne korytarze. Jest wspólna pralnia i świetlica z dużym stołem. W aneksie kuchennym stoi porządny ekspres do kawy – też prezent od prezydenta Adamowicza, który mówił na otwarciu domu, że ma służyć mieszkańcom, aby lepiej się poznawali i polubili.

Żeby tak mieszkać, niejedna rodzina zdecydowałaby się wziąć kredyt na kilkadziesiąt lat. Ale mieszkańcy tego domu kredytów nie brali. Więcej nawet – pewnie nikt by im kredytów nie dał. Jest na przykład mężczyzna wychowany w rodzinie zastępczej, który popadł w konflikt z prawem i na kilka lat trafił do więzienia. Są lokatorzy, którym udało się wyjść z uzależnienia. Osoby z kłopotami psychicznymi i zagrożone bezdomnością. Jest 19-letnia Wiktoria, mama Bartusia, która dobrze pamięta, jak spała z matką na jednym łóżku w rozpadającym się domku na działce. Swoją historię opowiada w świetlicy, przy wygodnym stole, nad parującym kubkiem kawy.

Bezdomna nastolatka. I dziecko

Za dużym oknem balkonowym jest piękny, drewniany taras, a za nim widać drzewa. Zadowolony Bartuś kręci się na kolanach mamy. Zaraz pójdziemy oglądać mieszkanie. Ale najpierw posłuchamy:

Wiktoria: – Kiedy zostałam bezdomna, miałam 15 lat. Wcześniej razem z rodzicami mieszkałam u babci. To była mama ojca. Trudno było się z nią dogadać. Moja mama nie była w stanie. A ojciec stawał w obronie swojej matki. I robił się z tego konflikt między moimi rodzicami. Dużo kłócili się też o pieniądze. Ojciec raz pracował, raz nie pracował, więc powodów do kłótni przybywało. Koniec końców wyprowadziliśmy się od babci na działki. Mały domek bez wygód to była własność ojca. Zrobiło się trochę spokojniej. Nie na długo. Rodzice się rozstali i musiałyśmy się z mamą wyprowadzić. Nie miałyśmy gdzie. Wtedy sąsiadka z tych działek zgodziła się udostępnić nam swój domek. Miał może ze 20 metrów wielkości, bez wody, bez toalety, bez zameldowania. To właśnie była nasza bezdomność. Zimno strasznie. Ogrzewałyśmy się piecem opalanym drewnem. Uczyłam się w technikum fryzjerskim. Mama pracowała. Brała sprzątanie, gdzie tylko się dało, ale pieniędzy miałyśmy bardzo mało. Rodzice byli po rozwodzie i tata przez jakiś czas płacił na mnie alimenty. Zachorował jednak i zmarł. A dwa miesiące później skończyłam 18 lat. W ciągu kilku tygodni straciłyśmy i alimenty, i 500 plus. Połowę miesięcznych dochodów. Nie stać nas było, żeby wynająć nawet najmniejsze mieszkanie. Wegetowałyśmy na tych działkach. Pewnej zimowej nocy prawie straciłyśmy życie. Potworny ból głowy obudził mnie o czwartej w nocy. Obudziłam mamę. Nie była zachwycona, podejrzewała, że wymyślam, bo nie mam ochoty iść do szkoły. Ale poszła szukać tabletki przeciwbólowej. Upadłam na podłogę. Mama chwilę po mnie. Mimo to zdążyła się zorientować, że to chyba coś z piecem, i zanim straciła przytomność, zdołała otworzyć okno. To nas uratowało. Po jakimś czasie się ocknęłyśmy. Mamie udało się zadzwonić na pogotowie. W szpitalu w Gdyni mama trafiła do komory hiperbarycznej, a ja przez cztery godziny leżałam pod tlenem. Lekarz powiedział, że mamy zaczadzone 50 procent organizmu i cud, że żyjemy. Wtedy babcia się nad nami zlitowała i pozwoliła mieszkać w tym domku działkowym, gdzie wcześniej mieszkałyśmy z tatą. Warunki nie były tam dużo lepsze, za to chociaż piec sprawny.

A kilka miesięcy później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Byłam tuż po osiemnastce. Nie chciałam mieć dziecka. Z moim chłopakiem – a teraz już narzeczonym – po prostu wpadliśmy. Przestałam chodzić do szkoły. Różne myśli przychodziły mi do głowy. Dopóki nie poczułam pierwszych ruchów syna, byłam gotowa zrobić wszystko, żeby go nie było. Na szczęście nic nie zrobiłam. Bartuś za dwa dni skończy roczek. Jest moim szczęściem.

Kiedy tylko wyszłyśmy z mamą od lekarza, poszłyśmy do pań z MOPS, które odpowiadały za nasz rejon. Wysłuchały naszej historii, powiedziały, że zrobią wszystko, co w ich mocy, żebym nie musiała wychowywać dziecka na działce. A robiło się coraz gorzej, bo babcia kazała nam się wynosić z działek i nie miałyśmy się gdzie podziać.

Już w zaawansowanej ciąży mieszkałam przez jakiś czas z moim chłopakiem i jego rodziną. W dwóch pokojach z jego rodzicami i bratem. Mama jeździła sprzątać na Hel, do pensjonatu. Kiedy przyjeżdżała do Gdańska, pomieszkiwała u swojej mamy. Tam też nie było warunków – ani ciepłej wody, ani miejsca.

Truchlałam, kiedy myślałam, co będzie, gdy Bartek się urodzi.

I wtedy stał się cud. 17 października 2017 roku, dziesięć dni przed narodzinami Bartka, dostałyśmy z mamą mieszkanie w domu ekologicznym Dolne Młyny.

Kawa z asystentką

Jest tu 25 mieszkań dla rodzin po przejściach (dzieci jest 18). Wszyscy to podopieczni Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, którzy mieli problem mieszkaniowy. Łączy ich też to, że wykazują chęć poprawy swojej sytuacji. Niektórzy musieli przejść długą drogę, żeby wyjść z nałogów, inni brali udział w programach, które pozwoliły im zdobyć pracę. Nie czekają z założonymi rękami – działają, pracują, chcą wrócić do społeczeństwa. I dostają szansę. Gdański projekt „Dom ekologiczny z mieszkaniami ze wsparciem przy ul. Dolne Młyny” jest nowatorski w skali kraju. Budynek – wykonany w modułowej, energooszczędnej technologii – kosztował 7,5 mln. Milion pochodzi z budżetu miasta, reszta z miejskich obligacji. Klucze szczęśliwcy odbierali jesienią 2017 roku. A wcześniej musieli przejść rekrutację i podpisać kontrakt z MOPR-em. Mają zaplanowaną ścieżkę do samodzielności. Przez dwa lata płacą preferencyjny czynsz – po cztery zł za metr kwadratowy. Później opłaty będą systematycznie podnoszone aż do stawki komunalnej, czyli 10,5 zł za metr. Jeśli lokatorom uda się systematycznie płacić, po ośmiu latach staną się pełnoprawnymi najemcami miejskich mieszkań.

A przez cały ten czas mogą korzystać ze wsparcia – i to codziennie. Na parterze domu ekologicznego, przy świetlicy, jest niezwykłe biuro, do którego lokatorzy przychodzą porozmawiać. Nie ma tu biurka ani oficjalnej atmosfery. – Zadbałyśmy o nieformalny wystrój, żeby zachęcał do rozmów, nie tworzył barier – mówi Joanna Buraczek, jedna z dwóch asystentek zajmujących się projektem. – W jednym z najmniejszych mieszkań na parterze jest miejsce, gdzie lokatorzy zawsze mogą nas znaleźć. Jesteśmy po to, żeby pomagać i wspierać, ale nie wyręczać. Zdarza się, że ktoś ma problem, bo stracił pracę i potrzebuje wsparcia przy poszukiwaniach nowej. Jedna z lokatorek miała cofnięte świadczenie 500 plus i pomagałyśmy jej wypełniać wniosek. Czasem pocieszamy, bo któryś lokator stracił bliską osobę. Dużo słuchamy, rozmawiamy. Ale nie rozwiązujemy problemów. Lokatorzy uczą się sami to robić. W końcu po to jest ten projekt.

A po ośmiu latach, gdy projekt się skończy, asystentki wyprowadzą się z nieformalnego biura, które zostanie przekazane kolejnemu lokatorowi.

Nieufność i drony pod oknem

Wiktoria tamtą październikową noc pamięta doskonale. – Bo to była pierwsza noc w naszym mieszkaniu. Mury jeszcze nie zdążyły się nagrzać, więc było zimno. Spałyśmy z mamą na dmuchanych materacach i byłyśmy szczęśliwe.

Pierwsze kontakty z sąsiadami z okolicy nie były łatwe. – Byli nieufni, nie akceptowali nas. Podchodzili przez płot, przyglądali się, mówili, że my jesteśmy patologia. Ktoś puścił drona, który latał nam pod oknami. Nie dziwię im się. Ja sama nie wiedziałam, jacy będą ci lokatorzy, z którymi będziemy tu mieszkać. Na szczęście szybko złapaliśmy kontakt. A mieszkańcy okolicy też się chyba do nas przekonali. Z jednym starszym panem z tego elitarnego osiedla spotykamy się na spacerach, bo on też ma pieski. Powiedział mi: „Dziecko, ty się nie przejmuj, tam u nas jest większa patologia niż u was”.

Wiktoria bierze Bartusia na ręce i z dumą prowadzi nas do mieszkania na pierwszym piętrze. Od progu witają nas dwa spore kundelki, które są w rodzinie na dobre i na złe. Na działkach też były. Merdają ogonami, witają panią i gości. Biegają po mieszkaniu. A jest gdzie biegać. – Jak Bartuś w chodziku rozpędzi się w salonie, to gna wzdłuż korytarza aż do drzwi – śmieje się Wiktoria.

64 m kw. Dwie sypialnie. Kuchnia, Salon. Dwie łazienki. I balkon z widokiem na zieleń. – Tak. To luksusy, o jakich nawet nie marzyłyśmy. Przez lata spałam z mamą na jednej wersalce i marzyłam o ciepłej wodzie w kranie.

Mama Wiktorii pracuje. Wiktoria chce odchować Bartusia i też pójść do pracy. Poważnie myśli o przyszłości z Krzyśkiem, ojcem Bartusia. – Jest o rok starszy ode mnie i bardzo oddany. Przerwał szkołę, żebym ja mogła skończyć swoją. Teraz pracuje w magazynie, uczy się w liceum wieczorowym. Po pracy jest u nas codziennie. Nie, nie mieszka z nami. Kiedyś będziemy się starali samodzielnie stworzyć dom dla nas i Bartusia.

Wiktoria się uśmiecha. – Czasem nie wierzę, że ten dom jest naprawdę. Ale budzę się, a on wciąż stoi. Mam szczęście.

W domu ekologicznym, blisko frontowego wejścia, jest spora tablica. A na tablicy wisi karta życzeń urodzinowych dla mieszkańców z okazji pierwszej rocznicy odebrania kluczy. „Stałych umów na mieszkanie” życzy Wydział Gospodarki Komunalnej. „Aby każdy dzień był dla was nadzieją, że w życiu wszystko jest możliwe” – życzą Gdańskie Nieruchomości. A MOPR: „Radości z bycia razem na Dolnych Młynach”.

embed