Stowarzyszenie Promyk Nadziei działa w Ustrzykach Dolnych. Od 18 lat pomaga niepełnosprawnym dzieciom i młodzieży. Cztery niewielkie pomieszczenia, które w siedzibie MOPS-u i środowiskowego domu samopomocy służą jako świetlica. Specjalny bus wozi tutaj dzieci z gminy i regionu na dodatkowe zajęcia, które pomagają w rozwoju umysłowym i fizycznym poza codziennymi lekcjami w szkole.

Podopiecznymi stowarzyszenia są dzieci i młodzież od ósmego do 18. roku życia, które cierpią na autyzm, lekkie upośledzenie umysłowe, wodogłowie i lekkie porażenie mózgowe. Wśród nich jest jeszcze jeden 27-letni chłopak, który pod opieką stowarzyszenia jest od początku, czyli od 2001 r. – Mamy łącznie 20 podopiecznych, którzy przyjeżdżają do nas na zajęcia z logopedą, pedagogiem, na masaże oraz rehabilitację ruchową. To zajęcia dodatkowe, które nie kolidują ze szkołą. Przywozimy dzieci swoim busem, a później są odwożone albo do domu, albo do internatu, w którym mieszkają – mówi Angelika Szmyd, prezeska stowarzyszenia Promyk Nadziei.

Zajęcia odbywają się w różne dni. Nie zawsze udaje się zebrać wspólnie wszystkich podopiecznych. W grupie panuje już jednak rodzinna atmosfera. – Staramy się, by w każdą sobotę spotkali się wszyscy. Dzieci są już do siebie bardzo przyzwyczajone. Czasami się pokłócą, ale świetnie się ze sobą dogadują. Traktują się jak rodzeństwo – mówi prezeska.

Angelika Szmyd jest prezeską stowarzyszenia od ponad roku. Zaczęło się od tego, że u jej synka rozpoznano autyzm. Został podopiecznym Promyka. Rok temu ówczesny prezes stowarzyszenia musiał ustąpić ze stanowiska. Rodzice poprosili właśnie ją, by objęła to stanowisko. W pracę stowarzyszenia angażowani są opiekunowie, pracownicy administracyjni, informatyk i kierowca, który wozi dzieci na zajęcia specjalnym busem, ale też księgowy. Liczy się każda złotówka przelewana na konto przez darczyńców. Utrzymanie placówki wiąże się z wieloma opłatami. Za czynsz, za godziny przepracowane miesięcznie przez opiekunów, logopedę, rehabilitanta i pedagoga. Każdy wystawia fakturę, za którą Promyk musi zapłacić. – Każdemu trzeba zapłacić, a niestety brakuje nam środków na zatrudnienie stałych opiekunów. Wspomagamy się biurem pracy, skąd przychodzą do nas pracownicy zatrudniani w formie trzymiesięcznego lub półrocznego stażu – mówi pani prezes. – Miesięczny koszt utrzymania placówki to ok. 15 tys. zł. Wszystko zależy od miesiąca. Jeśli dzieci mają dużo wolnego, są święta, to wtedy rachunki są mniejsze i wychodzi np. 13 tys. zł – dodaje.

Stowarzyszenie nie ma stałego źródła dofinansowania. Są darczyńcy, którzy płacą cyklicznie po kilkaset złotych. Przeważnie przy okazji świąt, dwa razy do roku. Konto Promyka zasilają takie firmy jak Mercedes, który w tym roku wpłacił dla podopiecznych 30 tys. zł. – Z 1 proc. podatku udało nam się uzyskać w ub.r. 37 tys. zł. To wystarcza tak naprawdę na nieco ponad dwa miesiące utrzymania Promyka. Resztę roku staramy się jakoś załatać. Są osoby, które wpłacają nam stale, raz w roku, po kilkaset złotych. To darczyńcy z drugiego końca Polski, czasem z zagranicy – mówi prezeska.

Za wynajem czterech niewielkich pomieszczeń Promyk płaci gminie 700 zł czynszu. To świetlica, w której odbywają się zajęcia rozwijające dzieci umysłowo i fizycznie. Sale stają się już powoli zbyt małe, a meble podniszczone. – W naszych puzzlach brakuje elementów, ściany są szare i trudno jest przejechać wózkiem. Brakuje nam pieniędzy na remont, a warunkiem uzyskania funduszy unijnych jest utrzymanie pomieszczeń w wysokim standardzie. Nie stać nas na to – ocenia prezeska.

Po rozmowach z władzami gm. Ustrzyki Dolne jest szansa na nową siedzibę Promyka. Zanim stowarzyszenie ją dostanie, minie jednak kilka miesięcy. – Budynek będzie wymagał odświeżenia, którym będziemy musieli zająć się sami. To kolejne wydatki, ale cieszymy się, że znajdzie się dla nas więcej przestrzeni – dodaje pani prezes Szmyd.

Bieszczadzkie stowarzyszenie może jednak liczyć na pomoc, której czasami nawet się nie spodziewa. Prezeska głównie sama musi starać się o dodatkowe środki, ale zdarza się, że wsparcie oferują bezinteresownie lokalni mieszkańcy. – W ub.r. sama zgłosiła się do nas pani, która ma w Mucznem stadninę koni. Zaproponowała, że przyjedzie do nas i zorganizuje przejażdżki dla dzieci. Jechała z końmi w przyczepie aż 50 km. W tym roku też chce do nas przyjechać – mówi prezeska. – Próbowałam kontaktować się również ze sławnymi osobami, ale większość mówi, że pomogliby, gdybyśmy byli „bliżej świata”, czyli Warszawy. W Bieszczady to już za daleko. Udało nam się jednak skontaktować z fundacją Kuby Błaszczykowskiego, która zwykle nie wspomaga stowarzyszeń. Nam jednak przelali 6 tys. zł na delfinoterapię, którą chcemy zorganizować w tym roku – dodaje.

Potrzeby Promyka są ogromne. Oprócz remontu nowej siedziby prezeska chciałaby dla swoich podopiecznych zatrudnić dodatkowego psychologa i zorganizować wyjazd. – Marzy mi się zatrudnienie psychologa, który objąłby swoją opieką nie tylko dzieci, ale też i rodziców. Oni również potrzebują pomocy. Naszym ostatnim marzeniem jest też wyjazd do Turcji na delfinoterapię – mówi prezeska.

Delfinoterapia to zajęcia, które pomagają stymulować mózg dzieci cierpiących np. na padaczkę lub mających autyzm. Delfiny wykorzystują do kontaktu echolokację, która potrafi pomóc człowiekowi. Dzieci dodatkowo mogą dobrze się bawić. Zabawa z delfinami poprawia im humor, zapominają na chwilę o swojej chorobie. – Kontaktowałam się z mamą, której dziecko cierpi na padaczkę. Dziewczynka miała nawet do kilkunastu ataków na dzień. Po delfinoterapii ta liczba spadła do jednego i do maksymalnie kilku na tydzień. Koszt takiego wyjazdu to 10 tys. zł na jednego podopiecznego i rodzica, który musi obowiązkowo towarzyszyć dziecku. Na naszych 20 podopiecznych to 200 tys. zł. To i tak dobra cena, którą udało się wyliczyć dzięki fundacji Dobra Wioska, z którą wspólnie organizowalibyśmy wyjazd. Na razie udało nam się uzbierać 16 tys. zł – wylicza Angelika Szmyd.

Zajęcia w Promyku trwają po pół godziny. Logopedzi, pedagodzy czy rehabilitanci wymieniają się salami i sprzętem. Prezeska chciałaby, żeby trwały dłużej, ale wiązałoby się to z dodatkowymi kosztami. Trzeba jeszcze utrzymać samochód – specjalny bus, który wozi dzieci. Ubezpieczenie i serwis to kolejne koszty, w granicach 2 tys. zł. – Pieniędzy ciągle brakuje. W tej chwili na koncie Promyka są 43 tys. zł i zaczynamy się bać – dodaje.

embed