Nasza wiedza o Szwajcarii jest jak ementaler pełen dużych dziur. Ale tempo poruszania się rowerem jest na tyle wolne, że można pod drodze wiele zauważyć. Nikt się nie dziwi, gdy się zatrzymujesz i pytasz, choćby tak: – Na czym polega wasza szwajcarskość?

W tym kraju mówią w kilku językach. W jednej wiosce dzieci wołają po francusku, a w sąsiedniej już po niemiecku czy włosku. A różnojęzyczne kantony są pod wpływem odmiennych kultur; żyją tu katolicy i protestanci.

– Z tym językiem to ciekawa sprawa – mówi Michell, kryminolog sądowy, który denatów rozpoznaje po zębach, a po południu wsiada na rower i pozbywa się stresu. Spotykamy go przy pomniku Charliego Chaplina w Vevey nad brzegiem Jeziora Genewskiego (albo jeziora Lac Léman, jak powie francuskojęzyczny mieszkaniec).

200 lat świętego spokoju

Zamek Chillon w Montreux zbudowany na skalnej wyspie tuż przy brzegu jeziora w promieniach zachodzącego Słońca kojarzy się z disnejowskim kiczem, ale wczesnym ranem wygląda groźnie i ponuro, jak przystało na średniowieczne zamczysko.

Tuż pod nim jest mała publiczna plaża wysypana drobnym żwirkiem. Uznajemy, że 6 nad ranem to najlepsza pora, aby zanurzyć się w tym alpejskim jeziorze o kształcie ogromnego croissanta, największym, najgłębszym i najbardziej błękitnym w Szwajcarii. Jeśli się nie uda, wejdziemy tylko po kostki w wodę i się wycofamy, nikt nie skomentuje tej sromotnej porażki.

Ale to niepotrzebne obawy. Pod koniec maja woda ma tu temperaturę naszego Bałtyku. Ciepło nie jest, ale daje się pływać. Świadek sukcesu to tylko ławica sporych ciemnych ryb, która podpływa niemal na wyciągnięcie ręki.

Poprzedniego wieczoru też je widzieliśmy – z okien latryny zamczyska Chillon, które pochodzi z XII wieku i zachowało się w niemal nienaruszonym stanie. Szwajcaria jest jednym z niewielu europejskich krajów, które od dawna nie doświadczyły poważnych zniszczeń wojennych. Od początku XIX wieku, czyli od czasów Napoleona, nie toczyła się tu żadna większa wojna!

Może nie było o co, bo pod ziemią nie ma węgla, ropy czy innych cennych surowców, a kto by się bił o niedostępne szczyty i przełęcze?

Nie banki, czekolada czy zegarki, ale święty spokój jest zapewne kluczem do bogactwa tej krainy zwykłych górali i pasterzy.

– Tu się urodziłem, powiedzieli mi, że jestem Szwajcarem i cóż więcej? Nigdy się nad tym dłużej nie zastanawiałem – mówi Michell spod pomnika Chaplina. – Pracowałem wiele lat w USA, zastanawiałem się, czy zostać tam na stałe, ale wróciłem i jestem szczęśliwy. To chyba znaczy, że to moje miejsce. Tu jestem potrzebny. Patrz na ten piękny statek. Miał pójść na żyletki, ale sami zebraliśmy pieniądze, uratowaliśmy go i znowu pływa w rejsy po Lac Léman.

Frankenstein i rok bez lata

Ciężkie drewniane wrota do lochów w podziemiach zamku Chillon są pomazane podpisami niezliczonych zwiedzających, a wybija się nagryzmolone grubą cyrylicą: „Wasia tu był”. Uśmiech wyższości zachodniej cywilizacji nad barbarzyństwem naszych wschodnich sąsiadów gaśnie nam szybko na ustach, kiedy po chwili zauważamy, że swój podpis na grubym filarze wydrapał też lord Byron.

Słynny romantyczny poeta zawitał tu ze swoją kompanią w 1816 roku po ucieczce z Londynu, gdzie obawiał się oskarżenia o stosunki homoseksualne, które były surowo zakazane i karane w ówczesnej Anglii. Towarzyszył mu poeta Percy Bysshe Shelley ze swoją kochanką, a potem żoną Mary Wollstonecraft Godwin, która tego lata miała napisać słynną powieść „Frankenstein albo współczesny Prometeusz”. Ta mroczna historia została zainspirowana upiorną pogodą, bo Europę nawiedzały tego roku nieustanne ulewy, powodzie i gwałtowne burze. Powodem była erupcja wulkanu Tambora w Holenderskich Indiach Wschodnich (dzisiejsza Indonezja), która wzbiła w atmosferę tak olbrzymie ilości pyłów, że zasłoniły Słońce i na półkuli północnej zapanowała zima wulkaniczna.

Dlatego 1816 zwany jest rokiem bez lata. Przymrozki przyszły już w sierpniu, plony były marne, w Anglii i Francji zapanował głód i wybuchły zamieszki, a w Szwajcarii rząd ogłosił stan klęski narodowej.

A brak karmy dla koni zdopingował niemieckiego wynalazcę Karla Draisa do poszukiwań nowych sposobów transportu, co doprowadziło go w 1817 roku do stworzenia welocypedu, przodka współczesnego roweru – wynalazku wszech czasów, nie wahajmy się użyć tego słowa. Rower jest najbardziej efektywnym i ekonomicznym środkiem transportu (tj. pochłania najmniej energii na jednostkę masy ciała), jaki zna nasza cywilizacja.

Kiedy poruszamy się na nogach, najwięcej energii zużywamy na podnoszenie środka ciężkości ciała. Na rowerze środek ciężkości jest stale na tej samej wysokości, pokonujemy tylko tarcie w łożyskach, tarcie toczne kół i opór powietrza. Do jazdy ze stałą prędkością 10 km na godz. wystarcza moc ledwie 0,03 konia mechanicznego możliwa do wykrzesania z siebie nawet przez tych, którzy na co dzień mają kłopot z wejściem po schodach na drugie piętro.

Oczywiście przy jeździe po płaskim. Na wzniesieniach trzeba się jeszcze zmagać z siłą ciążenia.

W Szwajcarii większość tras przypomina rollercoster. Pociesza nas to, że moc, jaką zużyjemy, wjeżdżając pod górę, potem odzyskamy, gdy będziemy śmigać w dół już bez naciskania na pedały i bez żadnego wysiłku.

Jorg leży na betonowym parkingu przed supermarketem i czeka na towarzysza, którego zgubił na ostrym podjeździe.

– Po co wsiadam na rower? Dla sylwetki. – Gładzi się po płaskim brzuchu. – No i dla zabicia czasu, bo jestem na emeryturze. W ubiegłym roku przejechałem ponad 9 tys. km. – Jorg pokazuje dziewiątkę i trzy zera na palcach, abym go dobrze zrozumiał. Głośno liczę, że jak nie zwolni, to w ciągu kilku lat objedzie na rowerze równik.

– Równik? Mi tu dobrze, nie zamierzam się stąd ruszać.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Szwajcaria na rowerach: Pedałując z szumem Renu

W ciągu czterech dni na rowerze nie sposób odkryć prawdy o żadnym z krajów, a tym bardziej tak górzystym jak SzwajcariaW ciągu czterech dni na rowerze nie sposób odkryć prawdy o żadnym z krajów, a tym bardziej tak górzystym jak Szwajcaria Fot. Piotr Cieśliński

Chaplin w betonie

My przez cztery dni zrobimy nieco ponad 200 km. I na razie po płaskim, bo jedziemy wzdłuż Jeziora Genewskiego (pardon, Lac Léman) z Montreux do Vevey, podziwiając urokliwą promenadę, która zwana jest szwajcarską riwierą.

Jak na drugą połowę maja jest wyjątkowo ciepło. Tu zawsze był mikroklimat: zimy łagodne, a lata upalne, ale teraz dodatkowo pogodę podkręca globalne ocieplenie. Tego roku zima od razu przeszła w gorące lato. Zamiast roku bez lata, jak lord Byron, mamy teraz rok bez wiosny.

Na szczęście upał nie daje się we znaki, bo szwajcarska riwiera ocieniona jest drzewami, które rosną tu w zdumiewającej liczbie gatunków – są palmy, sekwoje, akacje czy rozłożyste miłorzęby, które muszą pamiętać Byrona. Gdyby nie ośnieżone szczyty Alp w tle, można by pomyśleć, że jedziemy brzegiem Adriatyku.

Z lewej błękitna woda, z prawej wzgórza, na których ciągną się winnice. Blisko połowa wszystkich szwajcarskich winnic leży właśnie w tutejszym kantonie. Jak mówią miejscowi, winogrona są ocieplane przez trzy słońca – to prawdziwe na niebie, jego odblask z tafli jeziora i jeszcze promienie odbite od kilometrów jasnych kamiennych murków, które dzielą tarasy winnic.

Po drodze mijamy pomnik Freddiego Mercury’ego, lidera zespołu Queen, który kochał Montreux i tu nagrywał przeboje. Kazał swoje prochy rozsypać nad jeziorem. W Vevey w jednym z hotelowych ogrodów wychodzących na jezioro stoi skromniejszy pomnik Henryka Sienkiewicza, który umarł tu w 1916 roku. Jego prochy kilka lat później sprowadzono do Polski.

Ciało Chaplina, który spędził w Vevey ostatnie 25 lat życia, krótko po pogrzebie zostało wykradzione z grobu na lokalnym cmentarzu. Ukradła go para mechaników – Polak i Bułgar – i zażądała od rodziny za zwrot 600 tys. franków szwajcarskich. Szczątki wielkiego aktora odnalazły się w polu kukurydzy, na wszelki wypadek pochowano je ponownie w blisko dwumetrowym bloku betonu.

Jezioro Genewskie od lat jest mekką europejskiej cyganerii i inteligencji, a za nimi ciągną tu możni tego świata. Wielu celebrytów zakochało się w tym zakątku, wielu ma tutaj swoje posiadłości, np. Bill Gates.

Nie dziwimy się temu, kiedy ze szczytu Mont Pelerin po raz ostatni rzucamy okiem w dół – bajkowy kolaż z zielonych winnic, błękitu wód i nieba, białych chmur i alpejskich szczytów.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Szwajcaria na rowerach: przez królestwo spokoju, wina i sera

Zakazana wróżka

Z rokiem 1816 łączy nas nie tylko wynalazek roweru. Przemierzamy tę samą Trasę Jezior – od Jeziora Genewskiego do jezior Thun i Brienze – którą wtedy wędrował także Byron. Tyle że na koniu.

Nadal mnóstwo koni pasie się tu na łąkach i łatwo można spotkać jeźdźców, choć z niejasnych powodów są nimi prawie wyłącznie kobiety. Szwajcaria to jeden z najbardziej końskich krajów w Europie. Dopóki kraju nie pokryła gęsta sieć dróg i kolei, a Karl Drais nie wynalazł roweru, to właśnie koń był w Alpach najlepszym środkiem transportu.

Dziś całą drogę można w kilka godzin przejechać pociągiem. Szwajcarskie koleje dojeżdżają chyba do każdej alpejskiej doliny. Z zazdrością patrzymy na wąskotorowe kolejki, które niczym górskie tramwaje z regularnością szwajcarskiego zegarka przecinają zielone hale. Gdziekolwiek jesteś, choćby to była najmniejsza górska wioseczka, to masz pewność, że w ciągu pół godziny zjawi się jakiś pociąg lub autobus. I chodzą jak w zegarku, rozkład jazdy od lat ten sam w każdy dzień tygodnia.

W razie kryzysu można się zatrzymać na jednej ze stacyjek i podjechać w górę pociągiem. Ale z pomocy kolejki korzystamy tylko raz, żeby wydostać się z niecki Jeziora Genewskiego i wspiąć się na szczyt Mont Pelerin (ale potem i tak zjeżdżamy raz jeszcze w dół, by przejechać między winnicami).

Najostrzejszy podjazd czeka nas następnego dnia – bo naszym celem jest średniowieczne miasteczko Gruyeres z zamkiem, wybudowane na wzgórzu.

Ta okolica to królestwo serów. Tutejsza statystyczna krowa zjada dziennie 100 kg trawy i daje w zamian 25 litrów mleka, z czego powstają 2 kg sera gruyere, który dojrzewa przez lata w piwnicach albo jaskiniach.

Najlepiej go jeść w postaci fondue – garnka podgrzanego i płynnego sera, w którym zanurza się kawałki chleba, ogóreczki czy młode ziemniaki. Popijamy piwem, bo po ostrej wspinaczce jesteśmy spragnieni jak smoki, choć Szwajcarzy przekonują, że do fondue pasuje tylko białe wino, najlepiej miejscowego szczepu sauvignon blanc. Byle nie czysta woda! Ta jest niewskazana, bo ser się zbryli w żołądku. Nie odważamy się sprawdzić, czym to się może skończyć.

Na deser tutejsza specjalność – bezy maczane w gęstej śmietanie z alpejskiego mleka, którą nazywa się tu creme double. I szklaneczka absyntu, którego ojczyzną jest niezwykle malownicza i trochę tajemnicza dolina Val-de-Travers. Przez wiele lat ten psychoaktywny trunek, zwany zieloną wróżką, był zakazany, ale od 2005 roku w Szwajcarii można go znowu produkować.

Najfajniejsze jest to, że podczas rowerowej wyprawy można sobie na te wszystkie mało dietetyczne frykasy pozwolić, bo codziennie spalamy – jak wylicza apka Endomondo – ponad 3 tys. kcal (a najbardziej wypocony odcinek – o przewyższeniu ponad 800 m – kosztował nas nawet 5 tys. kcal, czyli dwa razy więcej niż normalna dzienna porcja jedzenia). Góry odchudzają. Może dlatego trudno spotkać grubego Szwajcara.

W Gruyeres jest akurat festyn – polityk z okolicy został wybrany do rządu tutejszego kantonu Fryburg. Buczą długie alpejskie rogi, dwóch panów chorążych żongluje chorągwiami, a pod pubem rozłożyła się napoleońska armia.

Szwajcarzy podobnie jak Polacy czują do Napoleona sympatię – pomógł im stworzyć konfederację i dał nowoczesną konstytucję. I to chyba jedyne, co nas łączy. W przeciwieństwie do nas Szwajcarzy nie mają ambicji zbawiania Europy i świata.

– Co czyni mnie Szwajcarem? – zastanawia się jeden z napoleońskich żołnierzy (w cywilu inżynier urządzeń medycznych). Wyraźnie ma kłopot z odpowiedzią, błądzi wzrokiem po ośnieżonych szczytach na horyzoncie i nagle mówi: – Alpy! Wszyscy tu są góralami.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Szwajcaria na rowerach. Jak kolarze Tour de France

embed

Szwajcaria jak majonez

Po całym dniu pedałowania dopada nas kamienny sen. Kładziemy się do łóżka wcześnie, ale bez żalu, że coś nas omija. Kto pod koniec maja szuka nocnego życia w Szwajcarii, to go raczej nie znajdzie. Nawet w najbardziej turystycznych kurortach. W ekskluzywnym Gstaad rozglądamy się wieczorem za Madonną i Romanem Polańskim, którzy mają tu gdzieś swoje domy, ale ulice są opustoszałe. Tylko z jednej z knajp dobiegają okrzyki zawodu. To Real Madryt pognębia Liverpool w finale Ligi Mistrzów.

Przedostatni dzień droga prowadzi rozległą doliną Simmental, nazywaną smakiem Szwajcarii, słynącą z pięknie dekorowanych domów i rasy krów mlecznych – w przeciwieństwie do naszych czarno-białych te są biało-kremowe. Celem jest zatoka Spiez na jeziorze Thun – ukryta w cieniu zamku, otoczona zielenią winnic i skałami gór, okrzyknięta najpiękniejszą zatoką Europy.

Ostatniego dnia dojeżdżamy do wąskiej doliny Lauterbrunnen, gdzie wysokie, pionowe kamienne zbocza przecina ponad 70 wodospadów, w tym najwyższy w Szwajcarii (417 m), a nad ich krawędzią błyszczą lodowce i szczyty Eiger (3970 m), Mönch (4107 m) oraz Jungfrau (4158 m).

To miejsce podobno zainspirowało Tolkiena do stworzenia doliny Rivendell – siedziby elfów. Na Byronie też zrobiło wrażenie – w swoim dzienniku porównał największy z wodospadów do długiego ogona bladego konia, którego dosiadała śmierć z Apokalipsy św. Jana.

Tu już się mówi po niemiecku i mają inne pojęcie szwajcarskości. Najbardziej przemawia nam do wyobraźni to, które daje nam Emilie – starsza pani pedałująca z mężem na drodze do Bulle: – Przyrównałabym Szwajcarię do fondue, bo to różne kawałki smakowitych rzeczy we wspólnym serze. Ale to by oznaczało, że łączy nas ten ser, a przecież niemal każda dolina robi swoją specjalność. Więc teraz uważam, że jesteśmy jak majonez.

Wiecie, jak powstaje majonez? Z oliwy i jajek – składników tak różnych, że się nie mieszają ze sobą, a jednak można je zmiksować w aksamitny krem.

W ciągu czterech dni na rowerze nie sposób odkryć prawdy o żadnym z krajów, a tym bardziej tak górzystym jak Szwajcaria. Dla nas to nie fondue ani majonez, lecz raczej inne szwajcarskie danie z kantonu Valais na południu – raclette. Ser stopiony nad ogniem, który ściąga się kolejnymi warstwami szerokim nożem, do tego korniszonki, ziemniaczki w mundurkach oraz marynowana cebulka.

Mamy wrażenie, że ściągnęliśmy tylko jedną z pierwszych warstw.