Jolanda Neff – ur. w 1993 r. w Szwajcarii, wielokrotna mistrzyni i wicemistrzyni świata w kolarstwie górskim, dwukrotna zdobywczyni Pucharu Świata. Razem z Mają Włoszczowską jeździ w polskim zespole Kross Racing Team

Tadeusz Kądziela: Jeśli chodzi o sport, to w Szwajcarii kolarstwo przegrywa chyba tylko z narciarstwem alpejskim.

Jolanda Neff: Pudło! Numerem jeden jest piłka nożna. Jest znacznie ważniejsza niż cokolwiek innego.

Naprawdę? Przecież nigdy nie mieliście medalu na mundialu ani nawet na mistrzostwach Europy.

– Nasi piłkarze są kiepscy, nie mają spektakularnych wyników. Ale jeśli weźmiesz do ręki gazetę, to jakieś 70 proc. tekstów na stronach sportowych jest o futbolu. Potem tenis, bo mamy Rogera Federera, dalej narciarstwo alpejskie i hokej, który też jest popularny.

Dziwne. W plebiscycie na sportowca roku siedmiokrotnie wygrywał Federer, ale dwa razy pokonał go Fabian Cancellara. Kolarz, złoty olimpijczyk, mistrz świata.

– Plebiscyty to inna sprawa. Jest taki sport, schwingen, popularny tylko w Szwajcarii. Przypomina zapasy, ale walczy się na trocinach w specjalnym stroju. Dwa lata temu jeden z chłopaków został sportowym odkryciem roku, pokonując zawodników z dyscyplin olimpijskich.

A co do kolarstwa, to może gazety się o nim tak nie rozpisują, ale znacznie więcej ludzi jeździ na rowerze, niż kopie piłkę.

Najbardziej irytujące pytanie, jakie może zadać dziennikarz, brzmi: Jak zaczęła się twoja przygoda z.... To ja zapytam: Jakie jest twoje pierwsze wspomnienie związane z rowerem?

– Nie pamiętam, ale opowiedziała mi to mama. Byliśmy na kempingu nad jeziorem, a ja zaczęłam zjeżdżać w stronę brzegu i nie wiedziałam, jak zahamować. Mama złapała mnie w ostatnim momencie.

Potem już wszystko kręciło się wokół kolarstwa. Tata startował w zawodach, więc jeździliśmy kibicować mu całą rodziną. Ja z siostrą brałyśmy udział w wyścigach dla dzieci i już wtedy zaczęłam wygrywać. Tata stwierdził, że raz w tygodniu będzie trenował dzieci z okolicy. Inicjatywa się rozrastała, po kilku latach na treningi przychodziło nawet 40 osób. Rodzice stworzyli klub. Dla nas to był wymarzony start, miałam superdzieciństwo.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Maja Włoszczowska: W tej dyscyplinie idol jest idolem, bo jest dobry. Nieważne, jaki ma paszport

Próbowałaś innych sportów?

– Przez sześć lat trenowałam balet i też startowałam. W końcu musiałam podjąć decyzję, na co chcę postawić. Wybrałam kolarstwo, bo bardziej je lubiłam, ale doświadczenie z baletu mi się przydało, jestem wygimnastykowana, mam lepszą koordynację.

Byłam aktywna i w lecie, i w zimie, dla frajdy jeździłam na nartach, na snowboardzie, biegówkach. Ale kolarstwo zawsze lubiłam najbardziej. W szkole cały czas myślałam o tym, kiedy znów będę mogła trenować ze znajomymi. Trzymaliśmy się razem, w weekendy jeździliśmy na zawody, mieszkaliśmy w namiotach albo przyczepach kempingowych.

Jeździłeś kiedyś?

Tak zwyczajnie. Po mieście, czasem po lesie, ale nie w górach.

– Spróbuj koniecznie! To zupełnie inne uczucie. Gdy jeżdżę prawie codziennie, nie myślę o tym. Ale niedawno złamałam obojczyk, więc przez pięć tygodni nie pokonałam nawet metra w terenie. Kiedy wyszłam na rower po raz pierwszy po przerwie, krzyczałam: „Boże, jak ja to kocham!”.

Złamany obojczyk brzmi groźnie. Czy kolarstwo górskie naprawdę jest dla każdego?

– Każdy może spróbować, choć niekoniecznie od razu zjazdu ze stromego, trudnego zbocza tak szybko jak ja. Jeżdżę od 20 lat, a przez ostatnie 10 prawie codziennie. Początkujący powinni zacząć od podstaw. Najpierw pojeździć po wybojach, potem spróbować przyspieszyć, nauczyć się technicznie zjeżdżać.

Szwajcaria kojarzy się z Alpami. Początkujący kolarze chyba nie mają tam czego szukać – ani na szosie, ani w terenie? Tu stromo, tam kamieniście i przepaściście...

– Po alpejskich dróżkach jeździ się niesamowicie, ale Szwajcaria – przepraszam za slogan jak z biura turystycznego – jest dla każdego. Na północy mamy wiele płaskich terenów. Wzdłuż początkowego odcinka Renu można jechać całymi godzinami. To naprawdę łatwa trasa.

Poza tym z ukształtowaniem terenu mamy to szczęście, że zwykle wszystko da się pogodzić. Mieszkam w Konstancji, przy samej granicy z Niemcami. Kiedy chcę, mogę wyjść z domu i ruszyć prostą trasą wzdłuż jeziora. Ale jeśli potrzebuję mocnego treningu, wybieram się w drugą stronę. Zaraz koło mojego domu zaczyna się zbocze i mogę wspinać się na rowerze przez godzinę. Każdy może wybrać coś dla siebie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Hamburger plus trzy kotlety? Żaden wstyd. Sylwetka Rafała Majki - najlepszego "górala" świata

Jeździsz w polskiej drużynie. Kontrakt był tak korzystny czy polskie rowery okazały się lepsze od szwajcarskich?

– Głównym powodem, dla którego dołączyłam do Krossa, była moja przyjaciółka Maja Włoszczowska. Wcześniej dwa lata jeździłyśmy razem w innym zespole. I nie żałuję, bo zaraz pojawiły się kolejne powody. Wszystko mi się w tej drużynie podoba. Nie tylko rower, który jest świetny, ale też ludzie. Wcześniej byłam w szwajcarskim zespole, więc mam porównanie.

W Polsce spotykam się ze zrozumieniem. Wszyscy wiedzą, że chcę być jak najlepsza, więc ufają mi i dają wolność działania. Kiedy mówię, że trzy dni przed wyścigiem potrzebuję treningu przez trzy godziny, to nie pytają, czemu tak krótko albo że się przemęczę, tylko mówią: „Dobra, szykujemy sprzęt”.

Nie chcę powiedzieć, że w Szwajcarii nie miałam wsparcia, ale często to inni mieli wizję, jak wszystko ma wyglądać. W Polsce mam więcej swobody.

Jesteś świetną zawodniczką, może po prostu wszyscy uczą się od ciebie?

– Nie. Mamy znakomitą, luźną atmosferę, a przy tym każdy – od mechanika, przez fizjoterapeutę, po menedżera – ciężko pracuje. Nasz mechanik dłubie przy rowerach od wczesnych godzin porannych, czasem nawet do północy. Zdarza się, że menedżer mówi: „Zostaw, nie pali się, zrobisz jutro”, on upiera się, że nie, musi być zrobione dziś. Bo chce, żeby sprzęt był przygotowany perfekcyjnie i nie było żadnych niespodzianek w ostatniej chwili.

Potem mechanik mówi menedżerowi, że powinien się już kłaść, a on jeszcze kończy maile do sponsorów. Wszyscy pracują niezwykle ciężko, ale są w dobrych humorach. To jest świetne.

Zespół to tylko kilka osób. A reszta Polski? Też ci się podoba?

– Zawsze wyjeżdżam stąd z dobrymi wspomnieniami. Byłam kilka razy u Mai w Jeleniej Górze, poza tym w Kielcach, Warszawie, w Zakopanem. Podobają mi się góry i miasta, ale nie tylko. Ilekroć pracowałam z Polakami, przy wywiadach, sesjach zdjęciowych, to wszystko było zawsze bardzo porządnie zrobione.

Czasem jedziesz do innego kraju i zderzasz się z inną kulturą. A w Polsce zawsze jestem pozytywnie zaskakiwana jakością.

Jolanda NeffJolanda Neff Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta

PRZECZYTAJ TAKŻE: Maja Włoszczowska. Jej marzenie nie odwlekło się na długo

Trudno uwierzyć. My, Polacy, lubimy narzekać na naszą bylejakość, dla nas solidne, porządne, przemyślane znaczy szwajcarskie.

– W Szwajcarii wszystko jest drogie, a skoro jest drogie, to powinno być solidne. W Polsce płacisz połowę ceny, więc automatycznie spodziewasz się, że rzeczy będą trochę gorsze. Ale nie! Ludzie robią często lepszą robotę w krótszym czasie. I nie mówię tylko o branży rowerowej. W Szwajcarii miałam sesje zdjęciowe, które zajmowały cały dzień, choć były zaplanowane na trzy godziny. W Polsce mi się to nie zdarza. Wszystko jest świetnie zorganizowane, każdy wie, co ma robić, idzie błyskawicznie.

A da się porównać te dwa kraje pod względem tras rowerowych? Znajomi rowerzyści lubią narzekać, że góry za niskie, szlaki zbyt łatwe, ścieżek zbyt mało.

– Macie piękne góry i świetne trasy, ale Szwajcaria rzeczywiście wygrywa, jeśli chodzi o infrastrukturę. U nas jedyne, czego potrzebujesz, to rower – a jeśli go nie masz, to wypożyczysz na miejscu, od amatorskiego po profesjonalną maszynę.

Mamy mnóstwo tras, wszystkie świetnie oznaczone, rozrysowane na mapach. Do wyboru jest ponad 200 wypraw ze wszystkimi informacjami: poziom trudności, gdzie spać, jakie atrakcje zwiedzić po drodze – to wszystko dostępne za darmo w internecie.

Do tego mamy bardzo rozbudowany transport publiczny. Gdziekolwiek jesteś, choćby to była najmniejsza górska wioseczka, to masz pewność, że w ciągu pół godziny zjawi się jakiś autobus. I chodzą jak w zegarku. Jeśli jest napisane, że ma być o 15.57, to o tej godzinie przyjedzie. W ogóle nie potrzebujesz samochodu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Gdy noga nie kręci. Dlaczego nasz czołowy kolarz Michał Kwiatkowski zaczął przegrywać

Słyszałem, że w górskich kurortach wyciągi narciarskie i gondole po sezonie są dostępne dla rowerzystów.

– Zapomniałam o tym wspomnieć, bo u nas to zupełnie normalna sprawa. Niemal na każdym zboczu masz jakiś wyciąg w lecie otwarty dla rowerzystów. Dzięki temu fajne wycieczki i trasy są dostępne dla ludzi, którzy nigdy by ich nie posmakowali, bo są za starzy albo brakuje im sił. Jednocześnie właściciele stacji narciarskich inwestują w bikeparki – budują skocznie, bandy, przeszkody. Są trasy dla początkujących i bardzo wymagające. Można spędzić w takim miejscu cały dzień, świetnie się bawić, spocić, wyprodukować mnóstwo adrenaliny i ani razu nie podjechać pod górę.

Czy rower to też popularny środek transportu? Studiujesz w Zurychu, jeździsz rowerem na zajęcia?

– Tak, ale niewiele osób to robi. W Zurychu trwa właśnie kampania, która ma uczynić miasto bardziej przyjaznym dla rowerzystów. Teraz ludzie poruszają się samochodami i autobusami. W Amsterdamie czy Kopenhadze widzi się rowerzystów na każdym kroku, u nas brakuje ścieżek. Chciałabym, żeby dojeżdżanie rowerem do pracy było normą, ale jesteśmy dopiero na początku drogi.

Znowu mnie zaskakujesz. Wyobrażałem sobie, że tylko my jesteśmy pod tym względem zacofani. W Warszawie ścieżek przybywa, ale w zimie nie zawsze są odśnieżane, po zimie często nikt ich nie sprząta, a kierowcy nerwowo reagują na rowerzystów na ulicach.

– W Szwajcarii obelgi mnie nie spotkały, ale kierowcy bywają nieuważni jak wszędzie. Wczoraj na treningu samochód minął mnie o centymetry, prawie musnął. Zdenerwowałam się, bo ostatnio było głośno o poważnych wypadkach z udziałem zawodowych kolarzy w RPA i Hiszpanii.

Maja Włoszczowska napisała kolejną książkę. Czytałaś ją?

– Jeszcze nie, ale na pewno kupię. Wiem, że przewijam się w niej kilka razy i pojawiam się na zdjęciach. Na jednym pierzemy ubrania w wannie.

Myślałem, że może konsultowała treść z tobą.

– A po co? Jeśli chodzi o naszą przyjaźń i tematy prywatne, Maja może publikować, co chce, ufam jej. Poza tym ta książka przede wszystkim pokazuje kolarstwo i sportowe życie od zaplecza, a do tego Maja nie potrzebuje mojej pomocy. Jest zawodowcem.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Maja Włoszczowska, mistrzyni kolarstwa górskiego, radzi, jak dobrze kupić rower

Gdybyś mogła dopisać swój rozdział, to o czym?

– Może o mojej pierwszej wizycie w Polsce? Maja wzięła mnie na lotnisko w Jeleniej Górze i wsadziła do szybowca. To był mój pierwszy raz w maszynie latającej bez silnika i od razu kręciliśmy te wszystkie ewolucje.

Maja jest najlepszym przewodnikiem turystycznym, jakiego znam. Byłam w Polsce trzy dni, a ona zorganizowała cały plan wycieczki. Jeździłyśmy rowerami po górach, poszłyśmy na kręgle, potem do świetnego spa, jadłyśmy bardzo smaczne rzeczy. Może to dzięki niej mam tak dobre wrażenia z Polski.

A co ty byś poleciła komuś, kto pierwszy raz przyjedzie na rower do Szwajcarii?

– Trasy są wszędzie, ale warto wybrać wcześniej jedno lub dwa miejsca, które chce się odwiedzić. Bikepark w Lenzerheide jest fajny. We wrześniu odbędą się tam mistrzostwa świata w kolarstwie górskim. To świetna okazja, żeby tam pojechać, pojeździć kilka dni samemu, a potem obejrzeć światową czołówkę. A jeśli wolisz jeździć po szosach, to punktem obowiązkowym jest słynna Przełęcz Świętego Gotarda. Takich widoków nie da się zapomnieć.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl