Maja Włoszczowska - ur. w 1983 r., jedna z najwybitniejszych kolarek górskich na świecie. Srebrna medalistka igrzysk w Rio, wielokrotna mistrzyni i wicemistrzyni Europy, od lat w czołówce Pucharu Świata. Karierę zaczęła w lokalnym klubie w Karpaczu w wieku 14 lat, już po trzech latach dostała zaproszenie do kadry narodowej i zdobyła pierwszy medal na mistrzostwach świata. Z wykształcenia matematyczka finansowa.

Marek Markowski: Pani nie ma wąsów, nie jada bułki z bananem, więc na ulicy tłumy raczej nie zaczepiają, by dostać autograf. Zmierzam do tego, że mamy małyszomanię i stochomanię, a majkomanii nie.

Maja Włoszczowska: Wszystkie sporty letnie są na z góry przegranej pozycji względem zimy. To proste. Wtedy siłą rzeczy więcej czasu spędzamy w domach, przed telewizorem. Ale nie narzekam. Mam dzięki temu znacznie więcej prywatności.

Chyba nie tak proste. Bo nic nie ujmując Małyszowi albo Stochowi, to trochę dziwne: za specjalistami w niszowej, trudnej dyscyplinie szaleje cały kraj, a w kolarstwie, niedrogim sporcie, który może uprawiać każdy przez większą część roku, wielcy mistrzowie, jak pani, Rafał Majka czy Michał Kwiatkowski, ciągle są względnie anonimowi.

- Od dawna podczas niedzielnego obiadu włączamy telewizor. A skoro od kilkunastu lat co tydzień znajdujemy w nim skoczków, to tradycją stało się, że podczas niedzielnego obiadu ogląda się Małysza. Przyzwyczajenie. Choć trzeba przyznać, że chłopaki podtrzymują widza swoimi sukcesami. Sama lubię ich oglądać.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nadskoczków dwóch. Ilość Małysza kontra jakość Stocha

Latem też oglądamy telewizję.

- Może kiedyś. Teraz raczej planujemy weekend na dworze. A jeśli ktoś planuje weekend majowy, to ostatnią rzeczą, jaką weźmie pod uwagę, będzie siedzenie przed telewizorem, żeby obejrzeć mnie albo Contadora.

Ale tu działa sprzężenie zwrotne - jak jest charyzmatyczny bohater, to jest i zainteresowanie. Nikt nie miał pojęcia, co to Turniej Czterech Skoczni, Małysz zaczął wygrywać i już wszyscy wiedzą. Pani wygrywa igrzyska, mistrzostwa, Puchary Świata, Kwiatkowski wygrywa najsłynniejsze wyścigi, Majka etapy w Tour de France, a jednak nie kibicuje wam całe osiedle przy grillu.

- Może problem w tym, że kolarstwo, przynajmniej szosowe, wcale nie jest takie łatwe w odbiorze? Tylko z pozoru wygrywa ten, kto mocniej naciska na pedały. Komentatorzy mówią o „kolarskich szachach”. Przesada, ale coś w tym jest. Bez tego nie da się śledzić wyścigu z zainteresowaniem. Bo inaczej wszystko jest niezrozumiałe - dlaczego na płaskim ktoś atakuje, skoro i tak zostanie połknięty, a innym razem są góry, a wszyscy jadą razem i nikt się nie wychyla, a jeszcze kiedy indziej kolarze zabijają się o punkty na jakichś premiach, mimo że do mety jeszcze daleko.

Jeśli ktoś lubi jeździć na rowerze - a lubią chyba wszyscy - natomiast niespecjalnie się nim interesuje, to po jednej, dwóch wielogodzinnych transmisjach, kiedy akcja rozkręca się najwcześniej w połowie, dochodzi do wniosku, że woli pojechać do lasu. Ja też na początku nie kibicowałam Indurainowi, tylko z rodzicami wsiadaliśmy na rowery.

Z kolei kolarstwo górskie, owszem, jest szybkie, dynamiczne, ale trudne do pokazania. Żeby widowisko robiło wrażenie, potrzeba nawet kilkudziesięciu kamer.

Było nawet ryzyko, że wylecimy z igrzysk, bo MTB okazało się jedną z najdroższych medialnie dyscyplin. Stąd te wszystkie zmiany, które zachodzą w ostatnich latach - szybkie i zwarte rundy nie po 9, ale po 4 km, rosnące trudności, ogródki skalne, hopki...

A poza tym, przepraszam, ale my, kolarze, i tak nie możemy narzekać. Mnie ludzie rozpoznają na ulicy, a proszę zapytać, ilu z pana znajomych kojarzy nasze kajakarki, które lepiej niż ja nadają się na celebrytki, bo zdobywały medale na trzech igrzyskach z rzędu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Narodowy Wyścig Niepodległości. Kolarski weekend na Stadionie Narodowym z Michałem Kwiatkowskim i Mają Włoszczowską

W ogóle kobiety w sporcie - może nie licząc narciarek czy tenisistek - to druga kategoria odśnieżania. Kolarki szosowe za wygrany Tour de France dostają niewiele więcej niż polska średnia pensja, ich zawody pokazują lokalne telewizje między telezakupami a pasmem rolniczym. To samo jest w kobiecym futbolu, skokach...

- Jako kolarka górska nie mogę narzekać. W MTB panuje równouprawnienie. Może nie we wszystkich aspektach, ale jeździmy takie same wyścigi, pokonujemy te same trasy i trudności, ścigamy się w te same dni, mamy takie same nagrody, stypendia.

A zarobki? Meryl Streep, a za nią mnóstwo hollywoodzkich gwiazd, wali wprost: robimy tę samą robotę co faceci, zdobywamy te same Oscary, napędzamy takie same zyski, ale nam płacą o połowę mniej.

- Rzeczywiście, tu równouprawnienia jest nieco mniej. Panowie cały czas mają lepsze kontrakty sponsorskie. Ale nie użalam się, bo to siła wyższa - jeżdżą szybciej, mają więcej siły na triki, więc dają kibicom bardziej atrakcyjne widowisko, a sponsor wycenia efekt, jaki wywarł.

Dlatego my, dziewczyny, zamiast narzekać, kombinujemy, co możemy same dla siebie zrobić, jaką wartość dodać. Potrzeba show - rozwijamy technikę i robimy większe show. Same wypracowujemy sobie szacunek i zainteresowanie. To działa, od kilku sezonów wokół kobiecego ścigania jest dużo więcej rozgłosu niż wokół męskiego.

Myślę, że z czasem przyjdą za tym i wyższe kontrakty. Bo na razie szacuję - konkrety są owiane tajemnicami - że mężczyźni mogą zarabiać czterokrotnie więcej niż my. Co bywa przykre, bo wyścigi są tak samo ciężkie, trenujemy tyle samo, jesteśmy równie popularne, a przecież od nas sport zawodowy wymaga więcej poświęcenia. Mężczyzna nie staje przed wyborem: rodzina albo kariera.

To i tak nie taka przepaść. Kolarki szosowe czy piłkarki zarabiają dziesięć razy mniej.

- O, na szosie kobiety w ogóle dopiero niedawno zaczęły cokolwiek zarabiać. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy dziewczyny jeździły - i mówię o zachodnich drużynach, nie o Polsce - dla pasji, idei. Między treningami, startami pracowały na pół etatu, żeby mieć z czego żyć i dokładać do sportu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Przełom w futbolu. Piłkarki będą zarabiały tyle co piłkarze

Zdaje się, że kolarstwo górskie to w sporcie oaza równouprawnienia. Z czego to się bierze? Może z innych korzeni niż w bardziej szacownych dyscyplinach. Rodziło się w latach 70., już po rewolucji obyczajowej roku 1968, hipisach i „lecie miłości”.

- Tak, to kwestia krótkiej metryki. Szosa ma długą tradycję, sięga przełomu XIX i XX wieku, kiedy sport wyczynowy był zarezerwowany dla mężczyzn, a kobieta sportsmenka budziła prawdziwe emocje. Wyścig kolarski był już na pierwszych igrzyskach w 1896 roku, Tour de France ma 115 lat, słynne wiosenne jednodniowe klasyki sięgają lat 20., 30. To sprawiło, że w świadomości najbardziej równościowo nastawionych kibiców zakorzenił się znak równości: wyścig szosowy, czyli męski.

A MTB pojawiło się na igrzyskach dopiero w latach 90., profesjonalne kolarstwo górskie - niewiele wcześniej. I od początku drużyny były koedukacyjne, rangi zawodów zbliżone, bo wtedy w pracy, na uczelniach, w życiu publicznym równe prawa obu płci były czymś oczywistym. Startowałyśmy z innego pułapu, nasza obecność była czymś naturalnym. Nie musiałyśmy dobijać się o miejsce.

Chociaż jak zwykle nie bez znaczenia jest ekonomia. Kobietom w MTB jest dużo łatwiej się przebić i zaistnieć, bo to sport indywidualny i przez to niedrogi.

Team ma trzech-czterech zawodników, a może się składać z jednego, dwóch i też rywalizować jak równy z fabrycznymi drużynami. Nie potrzebujemy tylu mechaników, masażystów co szosowcy, całej ich skomplikowanej logistyki, która się jeszcze komplikuje u koleżanek jeżdżących po asfalcie właśnie z racji tradycji - my mamy wspólny kalendarz, na szosie jedne kobiece wyścigi pokrywają się z innymi męskimi. To oznacza, że gdyby sponsor drużyny szosowej chciał zorganizować koedukacyjny, równościowy team, musiałby zorganizować podwójne zaplecze.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Maja Włoszczowska: dzień sportowca to trening i micha, ale ja czuję frajdę 

Kobieta w sporcie doświadcza tego samego co kobieta w korporacji czy show-biznesie: nie tylko szklanego sufitu, dyskryminacji płacowej, ale też molestowania. Przy czym #MeToo wydaje się znacznie trudniejszym problemem. Bo np. w Hollywood wszystko jest proste i czytelne: jasna oferta kariery za seks albo zwyczajna przemoc. W sporcie ta granica między przymusem a wolnym wyborem bywa rozmyta, ofiara często jest niepewna, czy naprawdę stało się coś złego...

- Ja różnicy nie widzę. #MeToo wszędzie jest trudnym problemem. Nie kategoryzowałabym. W filmie czy biznesie też nie wszystko jest tak proste, w sporcie nie zawsze tak zniuansowane. Myślę, że każdy przypadek molestowania jest inny i indywidualny.

Szukam jakichś uwarunkowań, a klub sportowy przypomina mi trochę te miejsca, w których pojawia się skrócony dystans i większe zaufanie - szkołę, harcerstwo, Kościół, rodzinę. Tam łatwiej manipulować i uwodzić, bo drapieżnik - trener, wychowawca, ksiądz - jest blisko ofiary i fizycznie, i psychicznie. Dużo bliżej niż producent filmowy wobec aktorki czy dyrektor wobec podwładnej.

- Zapewne wszędzie tam, gdzie funkcjonuje się w zamkniętej, odizolowanej grupie, czy to w drużynie sportowej, czy na wyjazdowym planie filmowym, możliwość manipulacji i wykorzystywania jest większa. Ale gdziekolwiek by to się działo, dla mnie sprawa jest prosta - jeśli ktoś wykorzystuje swoją pozycję, żeby uzyskać korzyści cielesne, to niedopuszczalne. A kiedy, jak, czy przemocą, czy subtelniej - to kwestie drugorzędne. Jeśli coś jest złe, to jest złe i kropka.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Seksafera w kolarstwie. Molestowanie jest w Hollywood, dlaczego miałoby go nie być w Polsce?

W kolarstwie górskim przynajmniej nie ma jednej patologii - dopingu. Na szosie ciągle ktoś wpada. Po Armstrongu byli Bjarne Riis, Alberto Contador, teraz Christopher Froome. Nie jakieś płotki, sami wielcy mistrzowie. Kolarstwem górskim nie wstrząsają takie burze. Dobre maskowanie czy z jakichś przyczyn to czysty sport?

- Muszę stanąć w obronie szosy. Też wstrząsnęła mną sprawa Froome’a, ale mimo to uważam, że w ostatnich latach ta dyscyplina bardzo się oczyściła za sprawą polityki Międzynarodowej Unii Kolarskiej, która od czasów trzęsienia ziemi z Armstrongiem prowadzi bezwzględną i przejrzystą walkę z dopingiem. W wielu innych sportach afery są tuszowane. To, że wpadają mistrzowie, świadczy o prawidłowym działaniu systemu. Tyle że teraz to pojedyncze przypadki, a były przecież lata, kiedy połowa peletonu Tour de France miała na koncie dyskwalifikację za doping. 

To nie tłumaczy, dlaczego nie słychać o koksujących się góralach.

- Rzeczywiście, w całej karierze słyszałam o trzech czy czterech przypadkach, choć jesteśmy kontrolowani tak samo surowo. Myślę, że przede wszystkim powodem są pieniądze. Dużo mniejsze niż na szosie, więc i pokus jest mniej. Jednocześnie drużyny mają znacznie mniejsze budżety, są małe. Rzadko która organizuje obozy treningowe, nie wspominając o zatrudnianiu sztabu medycznego, który mógłby przygotować systemowy doping. 

Do tego kolarstwo górskie ma zupełnie inną specyfikę. Szosowcy na wielkich tourach ścigają się trzy tygodnie bez przerwy, my - raz w tygodniu przez półtorej godziny.

To znacząco mniejsze obciążenie organizmu. MTB jest też bardzo techniczne. Lek poprawiający wydolność nie nauczy nas skakać, zjeżdżać, radzić sobie ze splątanymi korzeniami, piachem, skałami. 

A czy patologia to dobre słowo na doping? Może to jak w motoryzacji: kiedyś turbo było nie fair, bo budowali je tylko nieliczni, teraz ma je każdy. Może po prostu powinniśmy przyjąć, że to kolejny po diecie i treningu element rozwoju sportowca. Każdy ma podobną ramę, podobną przerzutkę, każdy się dopinguje - to punkt wyjścia, a koniec końców i tak wygra najciężej pracujący, najbardziej zdeterminowany, największy talent.

- Przyznałabym panu rację, gdyby nie jeden drobiazg - skutki uboczne. Załóżmy, że wspomaganie się jest legalne. To oznacza, że ktoś, kto na poważnie chciałby się zająć sportem, spełnić marzenie o zawodowym kolarstwie, bieganiu czy pływaniu, musiałby już na starcie zgodzić się na kłopoty ze zdrowiem po zakończeniu kariery. Absolutnie się na to nie zgadzam.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ikar sam sobie obciął skrzydła - niezwykły dokument o dopingu w kolarstwie

Ale przecież zalegalizowany doping już od dawna ma się świetnie. Mam na myśli technologiczny wyścig zbrojeń. Kogo nie stać na karbonowe ramy, elektronicznie sterowane amortyzatory, elektryczne przerzutki, ten przegrywa. Mam wręcz wrażenie, że dzisiejsze rowery są świetną ilustracją pułapki, w którą wpadła cała cywilizacja: gadżeciarstwa, przerostu formy nad treścią, kreowania potrzeb, zbędnej specjalizacji. Rower stał się zaprzeczeniem jego pierwotnej idei: już nie dwa koła, łańcuch i radość z jazdy, tylko ciągłe nowinki, regulacje, serwisy, wydatki, pięć maszyn w piwnicy, każda na inny rodzaj podłoża...

- To bardzo mądrze brzmi, ale się pan myli. Nawet najlżejszy rower ze wszystkimi nowinkami sam nie pojedzie. Człowiek nadal jest kluczowy. A skoro rower to wolność, więc i wolny wybór. Spotykam amatorów z lepszym sprzętem niż mój, a jednocześnie mam znajomych, którzy jeżdżą na naprawdę wysokim poziomie na ramach i przerzutkach w standardzie sprzed dekady. Nikt nikomu niczego nie narzuca, a koniec końców jedni i drudzy spotykają się na szlaku i czerpią tę samą przyjemność.

Poza tym, co pan widzi złego w postępie? Nie wyobrażam sobie jazdy w terenie na rowerze, na którym startowałam 14 lat temu w Atenach. Koła były mniejsze, więc łatwiej utykały na przeszkodach i za każdym obrotem korb pokonywałam mniejszą odległość.

Dziś mamy szerokie kierownice, tamta wąziutka dawała gorszą kontrolę. Teraz mam tarcze, wtedy zwykłe szczękowe hamulce, zjechanie z takich ścianek jak dziś byłoby samobójstwem.

Dzięki postępowi pokonujemy trudniejsze trasy, mamy więcej frajdy, dajemy ciekawsze widowisko. Ale też mamy wygodniej i bezpieczniej. Czy ktoś żałuje oświetlenia gazowego w dawnych automobilach?

Mimo wszystko mam wrażenie, że pani dyscyplina ilustruje całą przemianę naszego stylu życia i aspiracji. To, jak indywidualizm i wolność lat 70. wyewoluowały w kulturę korporacyjną ukrytą pod sloganem: realizuj siebie, bądź sobą. Kolarstwo górskie zaczęło się od kontrkultury, kontestacji rynku, przecierania nowych szlaków, wielkich osobowości, indywidualistów. Dziś to marketing i zarządzanie, imprezy masowe, amatorzy już nie zdobywają w pojedynkę gór w bawełnianych T-shirtach i dżinsowych szortach, tylko dbają o specjalną odzież, suplementację, tabele treningowe, mają mierniki siły i prowadzą statystyki wyników. Był wiatr we włosach, jest Excel.

- Trudno mi mówić o kulturze rowerowej jako odzwierciedleniu naszej cywilizacji, ale nie widzę aż tak dramatycznej zmiany w kolarstwie. Indywidualności ciągle są, różnica polega na tym, jak się rodzą. Pionierzy zdobywali sławę dzięki plotce, legendzie, artykułom, spotkaniom na szlaku. Dzisiaj nie wystarczy być, mieć osobowość, ścigać się i wygrywać. Trzeba stale zabiegać o obecność w świadomości kibiców, udzielać się w mediach społecznościowych. Co, uwaga, niekoniecznie jest dla nas przekleństwem. Dla mnie prowadzenie fanpage’a to praca, moja młodsza o dekadę koleżanka Jolanda Neff mówi mi, że powstrzymuje się, żeby nie wysyłać jeszcze więcej zdjęć, bo nie może żyć bez Instagrama.

I à propos wiatru we włosach i Excela - znowu przywołam Jolandę. Została mistrzynią świata, a trenuje bez jakichkolwiek mierników, opiera trening na odczuciach, a nie rygorystycznych planach.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Narty? Nie - rower. Fatbike to tłusta jazda na śniegu

To trochę jak w sportach górskich. Dla młodych himalaistów to naturalne, że są stale podłączeni do sieci i w kontakcie z publicznością. Starsi żałują, że nie mają chwili na skupienie, refleksję, bo nawet w trakcie ataku szczytowego muszą tweetować.

- Taki jest koszt profesjonalizmu. Jeśli uprawiam swoją dyscyplinę zawodowo i żyję z niej, to mam nie tylko przyjemności, ale też obowiązki. Są momenty, kiedy mam ochotę się zaszyć i z nikim nie rozmawiać, ale jeśli akurat muszę dać komunikat, wrzucić zdjęcie, to wrzucam. Bo tego oczekuje kibic, dla którego jeżdżę, i sponsor, który mi płaci. Pan też musi wstać rano, przeczytać pocztę, pójść na zebranie, nawet gdy to wbrew panu w danej chwili.

To nie znaczy, że godzę się na wszystko i cała oddaję się marketingowi. Wielu celebrytów wynajmuje agencje, żeby dbały o ich wizerunek w mediach społecznościowych, prowadziły strony, wysyłały komunikaty. Ja komunikuję się z kibicami sama i jeśli akurat nie mam czym się podzielić, to nie próbuję zaistnieć na siłę. A oni doceniają szczerość i autentyzm.

Chyba rzeczywiście ten gen przekory wciąż jest w kolarstwie górskim. Bo nie dość, że nie daliście się dyktaturze tabel, statystyk i piaru, to jeszcze unikacie dyktatury młodości. Trzydziestoletni szosowiec, piłkarz, biegacz to już matuzalem. W MTB dopiero zaczyna drugą młodość. Pani ma 35 lat i najlepszą formę, Miguel Martinez, mistrz z lat 90., wrócił do rywalizacji koło czterdziestki, legendarna Gunn-Rita Dahle dobija pięćdziesiątki i nie wybiera się na emeryturę. Kolarzy górskich czas się nie ima?

- Wiek sprzyja dyscyplinom wytrzymałościowym. Proszę spojrzeć na listę zwycięzców słynnego triatlonu Iron Man. Tam nie uświadczy pan ludzi przed trzydziestką. Kolarstwo górskie to także technika jazdy, co z jednej strony daje fory młodym z ich gibkością, ale z drugiej - premiuje doświadczenie. No i nie jest aż tak bardzo obciążające, bo wyścigi są krótsze, sezon też, więc to kolejny punkt na rzecz „weteranów”.

A przede wszystkim to fajna dyscyplina, którą uprawia się nie tylko dla pieniędzy. Większość zawodników mówi, że przeżywają swój sen i chcą, żeby trwał jak najdłużej.

Wkrótce kolarstwo górskie zdemokratyzuje się jeszcze bardziej. Automaty wyręczają nas w każdej dziedzinie i rowery też to dopadło: mikrochip sam ustawia zawieszenie, elektryka pomaga zmieniać przełożenia, a elektryczne wspomaganie pomaga podjechać tam, gdzie wcześniej trzeba było pchać. Dzięki czemu tak jak każdy może dziś wejść na Mount Everest, tak każdy będzie mógł się dostać na trasę alpejskiego ultramaratonu - choć niekoniecznie powinien. Pomijam już pytanie, gdzie istota kolarstwa - bezpośredni kontakt z maszyną, walka ze słabością, pot, element losowy w postaci awarii i błędów cyklisty.

- Przesadza pan. Przerzucać biegi i myśleć, czy to przełożenie pozwoli urwać sekundy, czy też mnie zatrzyma, ciągle trzeba samemu. A z tego, że przerzutkę porusza silniczek zamiast linki, mam tylko korzyść. Jeśli mogę mniej czasu poświęcać na regulacje, dłubanie przy sprzęcie, to mam więcej czasu na jazdę. Mniej obowiązków, mozołu, więcej przyjemności. Czyli tego, o co chodzi w rowerze.

Co innego rowery elektryczne, to rzeczywiście będzie rewolucja. Ale też pozytywna.

Pan mówi o nieodpowiednich ludziach w nieodpowiednich dla nich miejscach. A dlaczego niby nieodpowiedni? Jest cała masa ludzi, którzy chcieliby się zmęczyć, zakosztować przygody, przejechać górską ścieżką, wjechać gdzieś wysoko, ruszyć poza swój park, a nie mogą, bo ogranicza ich fizyczność.

Pewnie, można wymagać: trenujcie, a wtedy będziecie w stanie wjechać na te górki i zjechać z tych fajnych pagórków, które pokazuje na swoim Instagramie Włoszczowska. Ale nie każdy jest leniem, nie zawsze chodzi o tuszę czy brak dbałości o własne ciało. Czasochłonna praca, podeszły wiek, choroby, kalectwo, rozrastająca się rodzina, która zabiera czas na trening... Wspomaganie wielu osobom pomoże spełnić marzenia, pojechać na fajną wyprawę, zobaczyć miejsca, o których zawsze marzyli.

Ba, sama w dniu wolnym chciałabym gdzieś pojechać na rowerze, ale już na luzie, bez potu, żeby odpocząć.

Michał Kwiatkowski na zgrupowaniu w Livigno wypożyczył rowery elektryczne i pojechał z dziewczyną na przejażdżkę po trasach treningowych. Podzielił się swoją pasją, wspólnie spędzili czas. Gdzie tu zdrada rowerowej idei?

Wszystko, co nas wyciągnie z domu, jest dobre. Jasne, że chciałabym mieć góry tylko dla siebie, ale dlaczego mam być taką egoistką? Mogę się nimi podzielić. Góry są dla wszystkich, nikt nie ma wyłączności.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Romet: W Polsce sprzedaje się coraz droższe rowery. Już czas na te elektryczne?

Skoro jesteśmy przy wyprawach... Szosowcy czy piłkarze, którzy po latach w kraju podpisali zachodnie kontrakty, mówią o szoku cywilizacyjnym. Nawet w małych klubach jest zupełnie inna organizacja. Pełna opieka, indywidualne podejście do zawodnika, rozbudowane zaplecze, nie muszą się troszczyć nawet o pranie majtek, nie mówiąc o pieniądzach. Lata świetlne od krajowej rzeczywistości. Kiedy pani zaczęła jeździć dla Gianta, chyba największej firmy rowerowej na świecie, też przeżyła szok?

- Różnica była tylko taka, że spomiędzy samych swoich trafiłam w międzynarodowe środowisko, gdzie każdy był z innego kraju. To był przeskok kulturowy, nie organizacyjny. Organizacyjnie polskie ekipy dorównują zachodnim, żywym dowodem jest Jolanda, Szwajcarka, wielokrotna mistrzyni, która mogła iść do każdego teamu na świecie, a wybrała naszego Krossa.

Jeśli widzę jakieś różnice, to w mentalności. Zawodnicy z Zachodu są bardziej otwarci, zadowoleni z życia. My mamy tendencje do narzekania, nie doceniamy tego, co mamy. W mojej drużynie jeździ dwójka Szwajcarów. Chwalą mechaników, zgłaszają uwagi, nie pretensje, wolą się cieszyć, niż skarżyć.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Szwajcarka Jolanda Neff. Ogień obok Mai Włoszczowskiej

Przyznam, że kiedy usłyszałem, że Włoszczowska przechodzi z Gianta do Krossa, pomyślałem: „Ojej, degradacja”. Chociaż wiedziałem, że to głupie, bo rowery z wysokiej półki, własne biuro konstrukcyjne, duża sprzedaż na Zachodzie, to było silniejsze ode mnie: „Co ona robi, zagraniczni kibice, zawodnicy będą patrzeć z góry, jak na egzotykę z kraju białych niedźwiedzi”.

- Nam się wydaje, że ktoś nas tak traktuje, bo podświadomie tego oczekujemy. A to nasze własne kompleksy i wyobrażenia. Moja drużyna jest bardzo szanowana w światowym kolarstwie, nasze rowery są prezentowane w rowerowych mediach, nasi menedżerowie uczestniczą w branżowych rozmowach o przyszłości rynku, technologii.

To, że jesteśmy gorsi, siedzi w naszych głowach, Zachód nas szanuje i widzi, że tworzymy fajne rzeczy.

Drobny przykład: wszyscy mówią o tym, że Kross będzie produkował karbonowe ramy w Polsce, bo to coś niezwykłego - nawet najwięksi zazwyczaj zlecają produkcję podwykonawcom na Dalekim Wschodzie. Jeśli Zachód nie zna naszych produktów czy rozwiązań technicznych, to dlatego, że nie są wypromowane. Ale jeśli już się dowiedzą, przetestują, to marszczą brwi: „Kurczę, dobre, faktycznie dobre”.

Dlatego ja już pozbyłam się kompleksów. Przy czym nie popadam w specjalny zachwyt nad naszą wyjątkowością, raczej cieszę się, że cały nasz region zmienia wizerunek - czuję dumę, że jeżdżę na polskim rowerze, ale też cieszę się, że na przykład jeździmy na oponach produkowanych przez naszych czeskich sąsiadów.

Ale w sporcie pochodzenie, flaga wciąż są bardzo ważne. W piłce, skokach, siatkówce kibicujemy swoim, w kolarstwie też. Nie tylko my, Polacy, nawet narodom pozornie bardziej otwartym zdarzają się nacjonalistyczne wyskoki. Co roku mamy przypadki opluwania Włocha w Tour de France, bo ucieka na górskim etapie, który Francuzi uznają za dobro narodowe, albo Anglika, bo wygrywa w Giro d’Italia z Włochami. Kolarstwo górskie też jest tak plemienne, też służy do budowania narodowej dumy i wyjątkowości?

- Ale pan demonizuje kibiców innych dyscyplin!

Nie demonizuję. Tyle się mówi o podziałach, rosnących murach w polityce, wewnątrz społeczeństw, między narodami, grupami etnicznymi, że szukam nadziei w świecie podzielonym wzdłuż i w poprzek.

- No to chyba kolarstwo górskie jest w tym świecie oazą, a ja przedstawicielką bardzo wyjątkowej dyscypliny, gdzie wszyscy się lubią.

Pewnie korci pana, żeby ironizować, że istna kraina szczęśliwości, ale tak naprawdę jest.

Opowiem o Pucharach Świata, które są przecież rozgrywane na całym świecie. Kibice mają przygotowane listy startowe, dokładnie wiedzą, kto jedzie w jakim teamie - i dopingują absolutnie wszystkich. Oczywiście, gdy jedzie rodaczka, doping narasta. Za mną po Europie zawsze jeździ autokar albo dwa z Jeleniej Góry, ale to faworyzowanie też niekoniecznie związane jest z kolorem flagi. Bo gdy ściga mnie Jolanda, to klaszczą jej równie głośno jak mnie. A gdy prowadzi Gunn-Rita, to skandują jej imię.
Faworytów dobiera się, doceniając charakter, umiejętności, styl, osobowość.

W tej dyscyplinie idol jest idolem, bo jest dobry i ma to coś - charakter, umiejętności, styl, osobowość - a nie dlatego, że ma paszport w takich czy innych okładkach. I nigdy, ale to nigdy nie słyszałam gwizdów na wyścigu.

To może w kolarstwie górskim nie ma również, tego, co zauważyłem ostatnio w amatorskim sporcie. Plakaty czy strony zapraszające na maratony, mecze, popularne imprezy dla Kowalskiego są pełne takiej pierwotnej, plemiennej agresji. Jesteś wojownikiem, wojowniczką, wilkiem, sam przeciw wszystkim, pokonaj ich. Czerwień, czerń, pięści w geście triumfu, nawet krój czcionki kojarzący się z walką. W kolarskiej oprawie też się pojawia ta wojownicza nuta?

- Lubię jeździć na zawody również dlatego, że to barwne happeningi, takie rowerowe święta, a walka jest czysto sportowa. Wszelkie przekazy marketingowe - czy to Pucharu Świata, czy to amatorskich maratonów - pokazują sportową rywalizację jako samodoskonalenie. Nie: „Pokonaj wroga, bądź najlepszy, pokaż im”, tylko: „Pokonaj siebie, dobrze się baw, zobacz, co jesteś w stanie osiągnąć”.

Rywalizacja jest naturalna, ale nie podsycana. Toczy się między konkretnymi zawodnikami, na zasadzie show, starcia antycznych herosów. Nigdy nie spotkałam się z przesłaniem: „Inny zawodnik to twój wróg i musisz go zniszczyć”.

Może dlatego, że w tym sporcie nie potrzeba wrogów zewnętrznych, bo pod dostatkiem jest wewnętrznych. Głównie w głowie. Dawno temu kolega władował się w samochód, który wyskoczył z boku na zamkniętej trasie. Od tamtej pory nie wyjechał na szosę. Ja wyrżnąłem na zwykłej szutrówce, dłonie trzy tygodnie w bandażach i od tamtej pory nie kładę roweru w zakrętach. Pani tuż przed mistrzostwami świata pokiereszowała sobie twarz, w przeddzień igrzysk w Londynie zmasakrowała rękę - i zaraz wróciła do ostrej jazdy. Co takiego mówi sobie Maja Włoszczowska, żeby przełamać strach?

- Nic specjalnego. Kolarskim psychoterapeutą jest czas. Najlepiej wstać, otrzepać się i pokonać feralny odcinek jeszcze raz, żeby go odczarować, zanim blokada się włączy. Ale jeśli już się uruchomi, to pomaga wyłącznie praca. Ostatnio zdarzyło mi się stracić przyczepność na szosie, nie było przyjemnie, i teraz jeżdżę dużo ostrożniej. Ale jeżdżę, jeżdżę, jeżdżę, przesuwam granicę ciut dalej, aż w końcu złapię dawny flow.

A co mówi Maja Włoszczowska, gdy jej się nie chce? Zimno, wilgotno, sól, wieje, wczesny mrok, wiosna nie chce przyjść. Zawodnik ma tę dodatkową motywację, że musi, bo to jego praca, ale to też człowiek i dopada go zniechęcenie.

- Staram się pamiętać, że problemem jest samo wyjście. Jeśli się przełamię, to po dziesięciu minutach robi się fajnie. Wtedy następnym razem, gdy dopadnie mnie leń czy zniechęcenie, przywołuję to wspomnienie i okazuje się skuteczniejsze niż odwołanie się do obowiązku. Owszem, mówię sobie: „Dawaj, to twoja praca”, ale ostateczny impuls to: „Dawaj, było świetnie, przeżyj jeszcze raz”.

Uf. Dobrze słyszeć. Bo coraz więcej ludzi traktuje sport, czyli coś, co powinno być przyjemnością, sposobem na reset ciała i umysłu, jak przedłużenie kieratu. Ciąg dalszy pracy, Excela, celów sprzedażowych: wynik, wynik, limit treningu do wykonania, nawet jeśli wszystko mówi: dość.

- Z samej definicji hobby wynika, że to ma być przyjemność i ma się chcieć, nie musieć. Mnie też mimo tylu lat i doświadczeń zdarza się, że próbuję, próbuję, zmuszam się, ale jest tak fatalnie, że w połowie treningu zawracam. Nie wolno niczego na siłę.

Jeżeli ktoś ma podejście zadaniowe i silne poczucie obowiązku, to może znaleźć uzasadnienie dla chwilowego złożenia broni w kategoriach zysków i strat: gdy trening nie idzie, to nie przyniesie pożądanych efektów.

Tylko to nie znaczy, że można sobie zupełnie folgować. Nawet jeśli przez tydzień czy dwa pada, wieje i rezygnowaliśmy z ćwiczeń, to w końcu trzeba się ruszyć. Bo stracimy to, co wypracowaliśmy. Warto zadać sobie trud z szacunku dla samego siebie i swojego wcześniejszego wysiłku.

Czasem korci, żeby szukać usprawiedliwień za pierwszym, drugim podejściem, przy każdej okazji, gdy zapiecze, zaboli. Znam to z własnego doświadczenia, gdy roztrenowana wracam po chorobie czy kontuzji, to cierpię nawet dwa miesiące. Ale z każdym treningiem czuję coraz większą przyjemność. A potem to się nakręca: im więcej przyjemności, tym chętniej wychodzę, im chętniej wychodzę, tym więcej przyjemności.

Książkę „Rowerem na szczyt. Trenuj z Majką” można zamawiać na stronie kulturalnysklep.pl