Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Protest w Paryżu. Walczą migranci, aktywiści, dziennikarze i policjanci z pałami. Ich wspólna sprawa to niechęć do prezydenta Macrona. Płoną samochody, krew się leje, gaz w oczach. Anarchiści dobrali się do banku, lecą szyby. Próbuję robić zdjęcia, ale podchodzi dziewczyna, pod czarnym kapturem blond grzywka.

- Żadnych dziennikarzy! - mówi stanowczo.

Ściska w dłoni wspinaczkowy czekan, podobnym jej koledzy właśnie prują bankomat.

Ignoruję ją, ale wygląda na to, że mogłaby tego czekana na mnie użyć.

Upadek z grani

- Najmocniej przepraszam, przyjacielu, ale autobus się spóźnił, nie umiem się do tego przyzwyczaić.

Islam przyjeżdża do mnie na północne obrzeża Paryża. Za plecami mam stolicę Francji z pocztówki - najdroższe miasto w Europie pod względem kosztów życia. Przede mną - paryskie przedmieścia, dziecko powojennej industrializacji i migracji z dawnych kolonii, które turyści omijają.

Oba dzieli, niczym płot, le Périphérique - kilkupasmowa, wiecznie zatłoczona obwodnica zawieszona nad ziemią.

Wiadukty obwodnicy Paryża, która oddziela stolicę Francji od Saint-Denis. To ważne miejsce na migracyjnej mapie miastaWiadukty obwodnicy Paryża, która oddziela stolicę Francji od Saint-Denis. To ważne miejsce na migracyjnej mapie miasta fot. Jędrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Znakiem świata migrantów są wlepki, które widać w całym mieście: hasło „wolność, równość, dokumenty” i odcisk buta. To wizja polityki migracyjnej, jaką głoszą tutejsi aktywiści - jeśli postawiłeś krok na francuskiej ziemi, masz prawo zalegalizować pobyt.

Ale państwo pisze swój scenariusz.

Stoję w departamencie nr 93, w którym przebywa bardzo wielu migrantów bez dokumentów. To też najbiedniejsza jednostka terytorialna w kraju, a sąsiaduje ze śródmiejskim Paryżem, jednostką najbogatszą.

Symbolikę wlepek tłumaczy mi Islam, który przyjechał do Paryża półtora roku temu z afgańskiej wioski. Wyruszało z nim dziesięciu mężczyzn.

- Zaczęliśmy busem do Iranu, ale tam nasz agent miał długi, więc zaczęły się problemy.

embed

„Agentem” określa się przemytników, którzy organizują transport na konkretnym odcinku albo pełną usługę z paszportami, wizami, często fałszywymi. Coraz popularniejszy, zwłaszcza w Afryce, jest sposób „na kolegę”, czyli kradzież paszportu na lotnisku. Najdroższy jest ten pełen stempli, bo pozwala omamić celników, którzy nawet nie patrzą na zdjęcia, w myśl zasady, którą często w Paryżu usłyszę - „bo przecież wszyscy czarni wyglądają tak samo”.

- Dalej trzeba było jechać malutkim autkiem, we czwórkę byłoby ciasno, a wrzucili nas ośmiu. Zepsuło się, poszliśmy piechotą. W górach kolega się potknął, zsunął po grani. Nieśliśmy go do najbliższej drogi, tam zostawiliśmy. Nie wiem, co się z nim stało.

Potem przeciążonym pontonem przez Morze Egejskie. Saloniki, Ateny, Macedonia, Serbia. Wreszcie Węgry.

- Przeszliśmy granicę, złapali nas i zamknęli w obozie. Krzyczeli, wszędzie były psy. Skoczyłem z okna pokoju na siódmym piętrze na drzewo. Pociąłem się o gałęzie, bolało kolano. Poszedłem do Austrii, tam zamknęli mnie w więzieniu. Chciałem wyjść, pracować, dostać papiery

- zrobiłem strajk głodowy. Dwa tygodnie nie jadłem, piłem codziennie łyk wody. Widziałem migrantów, którzy nie jedli, nie pili, zagłodzili się na śmierć.

Po wypuszczeniu uciekł do Paryża.

To nie jego pierwsza podróż. 12 lat temu wyjechał z Afganistanu do Danii. Legalnie, samolotem. Nauczył się duńskiego, pracował na czarno jako „pizzaiolo” we włoskiej knajpie, ale nawet po 10 latach dokumentów pobytowych nie dostał.

- Bo Duńczycy już nikomu nie dają.

- I co zrobiłeś?

- Deportowałem się.

- Jak to?

- Powiedzieli: w Afganistanie wojna się skończyła, wracaj do siebie, i dali bilet. Poleciałem, rodzinę odwiedziłem.

W Afganistanie została jego żona i dwójka dzieci. Ich wiek - cztery lata i 16 miesięcy - wyznaczają odwiedziny jego żony w Danii i jego powrót do domu. Zdjęcia dzieci pokazuje w telefonie - to dla niego najważniejszy przedmiot. W nim zamyka swoje całe europejskie życie większość migrantów: zapisane numery pomocowe, terminy spotkań w urzędach, kontakty do wolontariuszy, zdjęcia rodziny. Utrata komórki to jak utrata nadziei i własnej pamięci. Islamowi raz telefon ukradli, policji to nie interesowało, a mógł nawet pokazać miejsce jego odnalezienia. Był na pchlim targu, w ślepej uliczce przy stacji metra Porte de la Villette.

Zaprowadził mnie tam, okolica wydawała się bezpieczna, ale Islam nagle spoważniał.

- Miej oczy dookoła głowy, uważaj na swoje rzeczy - chowa komórkę do przedniej kieszeni kurtki. Prowadzi mnie w ciasny zaułek przytulony do nasypu kolejowego. Mijam ludzi handlujących wszystkim. Migranci sprzedają, migranci kupują.

- Wszystko, co widzisz, jest kradzione. Mój telefon też tu był. O tu, w tym miejscu, na ręczniku - pokazuje zaimprowizowany na asfalcie stragan. - Nie chcieli oddać. Kasy, żeby odkupić, nie miałem. Tu jest najgorzej, bo ten sprzęt migranci ukradli innym migrantom. Policja? Nigdy tu nie przychodzi.

Drut kolczasty

Pod koniec ub. roku prezydent Emmanuel Macron przedstawił projekt ustawy, która wprowadzała kary za nagrywanie działań policji przez obywateli. Maksymalna grzywna - nawet 45 tys. euro. Zwolennicy podkreślają, że ma chronić funkcjonariuszy, bo zakłada, że nagrań nie wolno udostępniać, gdyby zagrażały bezpieczeństwu policjantów albo ujawniały dane wrażliwe. Obywatelska opozycja, w tym zdecydowana większość organizacji działających na rzecz migrantów, ale też dziennikarskie związki zawodowe widzą w nim knebel i ukrywanie policyjnej brutalności. Francuzi wychodzą na ulice, protestują przeciwko - jak twierdzą - orwellowskim metodom Macrona. Zwłaszcza że projekt poszerza uprawnienia władz do korzystania z dronów w czasie demonstracji i zgromadzeń publicznych, ułatwia dostęp do zapisów z kamer przemysłowych.

Sytuacja jest napięta, a zapalnik do buntu pojawia się w listopadzie, gdy Michel Zecler, czarnoskóry producent muzyczny, zostaje zatrzymany przez patrol policji przed budynkiem swojego studia. Oficjalna wersja: nie miał obowiązkowej maseczki, był agresywny, wiało od niego marihuaną. Ale z nagrania kamery przemysłowej wynika, że policjanci biją Zeclera po głowie, skaczą mu na plecy, wrzucają do biura gaz łzawiący. Francuzi to oglądają i wychodzą na ulice.

A kilka dni wcześniej policja w okolicy Saint-Denis likwiduje nielegalny obóz uchodźców. Trzy tysiące osób - Afgańczyków, Pakistańczyków, z Wybrzeża Kości Słoniowej i innych krajów Afryki. Tam też mieszkał Islam. 17 listopada o 4 nad ranem policja dokonuje „ewakuacji”: pakuje migrantów do autobusów, obiecuje noclegi - ostatecznie miejsc wystarczy tylko dla części z nich. Ci, którzy do autokarów się nie zmieścili, 300-400 osób, rozchodzą się po przedmieściach, ale większość miejsc, w których mogliby się rozłożyć ze śpiworami, ogrodzona zostaje płotami, także z drutem kolczastym, co na północy praktykują też prywatne posesje i strzeżone osiedla.

„Policja good people”

Na poszukiwanie migrantów wyruszam z kolektywem Wilson, jedną z największych w Paryżu organizacji na rzecz uchodźców.

Jest początek grudnia, władze poluzowały nieco restrykcje pandemiczne, ale restauracje pozostają zamknięte, więc aktywiści nie mogą prowadzić darmowych jadłodajni i rozwożą posiłki na rowerach. Dają tym, których uda się znaleźć, bo prześladowani przez policję migranci ukrywają się przed Francją, żyjąc w cieniu le Périphérique.

Wolontariusze Wilsona spotykają się w starym teatrze na północy Paryża. Ściany wytapetowane sierpami i młotami, zaciśniętymi pięściami, antykapitalistycznymi hasłami. Zbierają się w korytarzu, pakują jedzenie: ciastka, soki, kawa, ciepły makaron i kuskus. Są też plastikowe naczynia i środki ochrony sanitarnej - maseczki, płyny do dezynfekcji. Zza głównych drzwi słyszę hałas - trwa próba spektaklu.

Mickael, szczupły brodacz w okularach, pakuje jedzenie do czerwonego wózka, doczepia go do roweru. Z zawodu jest psychologiem, z Wilsonem współpracuje od roku. Kiedy dowiaduje się, skąd jestem, rzuca kilka słów po polsku. Jego dziadkowie uciekli z Warszawy przed Zagładą, więc - jak mówi - wie, co znaczy los migrantów.

Wilson dzieli się na cztery oddziały rowerowe i dwa samochodowe - razem 30 osób. Jest zimno, pada, wsiadam na miejski rower, dostaję odblaskową kamizelkę z logo organizacji. ?

Mickael: - Migranci się boją, bo po pacyfikacji w Saint-Denis policja ich przegania, nie chce kolejnego obozu. Chodzą całymi nocami, aż padają ze zmęczenia, policja ich znajduje, niszczy namioty.

Leje, jesteśmy mokrzy, choć jedziemy kilka minut. To jazda na ślepo, bo nawet wolontariusze nie wiedzą, gdzie szukać. Po kwadransie pada grad, hula wiatr, zatrzymujemy się przy grupce mężczyzn. Proszą tylko o kawę. Mickael pyta, gdzie są jeszcze migranci. Wskazują na zachód. Mijamy kilka grupek, siedzą na murkach, krzyczą do siebie, ktoś śpi na kartonie. Nieliczni podchodzą, pytają o zapalniczkę. W ręku jednego z nich widzę przezroczystą torebkę z kolorowymi pigułkami.

Mickael: - Jest tu mnóstwo narkomanów, to ogromny problem. W latach 80. ta strefa była nazywana Wzgórzem Ćpunów, ale chodziło głównie o białych, francuskich narkomanów. Zniknęli. Zostali czarnoskórzy, ale wielu to Francuzi. I przez to zostaje ci w głowie taki obraz: czarny ze strzykawką, czarny z pigułką, czarny naćpany.

Dojeżdżamy do ruchliwego skrzyżowania, kilkunastu migrantów. Pytają o pomoc przy legalizacji pobytu. Mickael bierze numery telefonów, zapisuje imiona. Jeden mężczyzna podchodzi i każdego z nas pyta, czy mamy dla niego mieszkanie. Kilkoro mężczyzn i kobiet rozłożyło się na kracie wentylacji metra - wieje ciepłym powietrzem. Spoglądam na telefon - jeden stopień powyżej zera, leje coraz mocniej.

Podchodzi do mnie młody mężczyzna, John z Gambii, nie ma dokumentów.

- Bracie, Francja to piękny kraj, dobrzy ludzie, na co mi dokumenty, dobrze się żyje, tylko fajnie byłoby mieć mieszkanie, policji się, bracie, nie boję, to ludzie tacy jak my, ich się boją tylko źli, jak jesteś zły, to cię ukarzą, a ja jestem dobrym człowiekiem, wszyscy jesteśmy good people, policja jest cool.

Zaczyna się przytulać, wolontariusze odciągają mnie na bok, mówią, że czas się zbierać.

Pytam Mickaela, czy rzeczywiście migranci nie boją się policji tak bardzo, jak piszą media.

- Weź pod uwagę, że ci ludzie byli chyba na haju. A tam, na ruchliwym skrzyżowaniu, nikt ich nie pobije. Policjanci wiedzą, że wszyscy patrzą im na ręce, dlatego rząd chce zakazać filmowania. Dużo mniej bezpieczni są ci, którzy się ukrywają: w zaroślach, na nasypach, pod wiaduktami. Tam policja może robić, co chce.

Jedziemy wzdłuż nowoczesnego apartamentowca, centrum handlowe, biurowiec, banki, potem w kierunku dworca, który nosi imię Rosy Parks, ikony walki czarnoskórych Amerykanów o prawa obywatelskie. Patronuje okolicy, w której ludzie ukrywają się przed policją. Trzech mężczyzn z Afganistanu nie chce nawet kawy, palą papierosy, mówią, że po drugiej stronie nasypu kolejowego jest nawet 200 osób, też z Afganistanu.

Przejeżdżamy wzdłuż kanałów rzecznych, ale nie ma tam nikogo. Zmieniamy strefę, jedziemy do Porte de la Chapelle. Ciągle dziwię się, jak Mickael i inni wolontariusze znajdują migrantów. Widzą ich w krzakach, pod ławkami.

Po ponad dwóch godzinach jesteśmy przemoczeni, wracamy do teatru, składamy meldunki.

Odciski z pierwszej ręki

Wracam na przedmieścia następnego dnia. Pod obwodnicą, przy granicy departamentów, nowy kampus stawia Sorbona. Ogromny teren ogrodzony metalową siatką, pilnują go stróże z psami. Dwa lata temu był tu duży obóz migrantów. Tak samo jak na Saint-Denis policja go spacyfikowała i zniszczyła.

Kilku mężczyzn kręci się po okolicy, z plecakami, w kapturach, proszą kierowców o drobne. Dwóch siedzi na betonowej konstrukcji, machają w powietrzu nogami.

wykres

Są Somalijczykami, do Francji dostali się z Włoch. Młodszy, Mohamed, jest tu trzy miesiące. Starszy, Libem, jest weteranem. Twierdzi, że był już deportowany 12 razy, zawsze z powrotem do Włoch. Siadam między nimi.

Libem: - Nie podoba mi się tu, nie ma pracy, nie mówię po francusku, ludzie nieprzyjemni. Chciałbym wrócić do Włoch, bo mam włoską rękę.

„Ręką” migranci określają moment pobrania im odcisków palców po przekroczeniu unijnej granicy. Zgodnie z zasadami tzw. mechanizmu dublińskiego, kiedy zostaną w UE złapani bez dokumentów i nie zaczęli starać się o ochronę prawną, są deportowani do pierwszego kraju Unii, do którego się dostali, żeby tam ewentualnie ubiegać się o azyl. Dla wielu z nich to właśnie Włochy, bo tam docierają, przeprawiając się przez Morze Śródziemne. Często nie mają dokumentów - przemytnicy każą wyrzucać je za burtę łódki albo nie zabierać w ogóle, żeby uniknąć deportacji do ojczyzny. To strategia popularna zwłaszcza wśród „agentów” działających w Afryce. Przekonują, że europejskie władze nie będą wiedziały, skąd pochodzą migranci, bo przecież „wszyscy czarni i tak wyglądają tak samo”.

Libem, Mohamed i wielu innych ma odciski pobrane przez Włochów. Jeśli pobiorą je Francuzi czy Duńczycy, to w systemie wyświetli się, kto zrobił to już wcześniej. I wracają do Włoch.

- Jestem Włochem - powtarza. - Tam, bracie, jest la bellissima vita - pierścionki, które ma na ręce, połyskują w słońcu. - Tylko, kurwa, roboty tam nie ma. No i teraz wszystkich migrantów Włosi biorą za terrorystów. No a ja przecież jestem Włochem, jednym z nich - uśmiecha się, pociąga łyk piwa.

- Dlaczego tam nie wrócisz?

- Pewnie i tak mnie deportują. Deportowali mnie już z Finlandii, Danii, Szwecji, Norwegii, Holandii. Samolotem, autobusem, pociągiem. Ale zawsze do Mediolanu. A Mediolan jest brzydki. Wolę południe, morze, słońce. Tylko pracy tam nie ma.

Na jezdni pod nami kierowcy trąbią na siebie. Libem krzyczy, żeby przestali. - Widzisz, to moja rola tutaj. Tłumaczę ludziom, że wszystko będzie dobrze, nie muszą się na siebie wkurzać.

Schodzimy na jezdnię. Na murze Libem namalował sprayem swoje graffiti. Jest z niego dumny.

- Kupisz mi obiad? Najbardziej chciałbym pizzę. Ale musi być halal.

 Wilczur warczy

Islam pod wiaduktem nie mieszkał, ale zna realia życia wokół le Périphérique. Kiedy spotykamy się po raz pierwszy, oprowadza mnie wzdłuż jej północno-wschodniego fragmentu. Najpierw jedziemy na Saint-Denis, gdzie kilkanaście dni wcześniej policja zlikwidowała obóz migrantów.

Dzisiaj to pusty plac otoczony płotem. W aucie, jak przy innych ogrodzeniach, siedzi ochroniarz, a wokół włóczy się pies, często to duże wilczury. Kiedy ktoś się zbliży, zaczynają warczeć, strażnik wychodzi z samochodu.

Kiedy spotkam się z Chloé Guerber-Cahuzac, francuską dokumentalistką, autorką filmów o migrantach i aktywistką, od razu spyta, czy widziałem psy i ogrodzenia. Opowie: - To powszechna taktyka stosowana od lat przez policję. Czasami spuszczają psy na migrantów, żeby nie leżeli na ziemi. Dzisiaj to psy, wcześniej ich ulubioną taktyką było rozkładanie sztucznych kamieni po całych przedmieściach. Szpiczastych, często ostrych. Tak żeby nie dało się usiąść, nie mówiąc o spaniu.

Na miejscu dawnego obozu Islam smutnieje. Pokazuje miejsce, na którym stał jego namiot, i obozową kuchnię.

- Gotowałem tu afgańskie potrawy, euro za porcję. Dziennie potrafiłem ich sprzedać nawet 150! Dobrze nam się tu żyło. Jeden znajomy zamieszkał obok, bo prześladowali go Arabowie, dwa razy grozili nożem, pobili. Zgłaszaliśmy na policję, ale nas olali. Tutaj był spokój, mało kto pił. Trochę gorzej było z narkotykami, bo dużo migrantów lubi haszysz.

Gdzieniegdzie widać wypaloną ziemię i pozostałości po spalonych oponach. Wracamy na przystanek, jedziemy na Porte de la Vilette. To tam powie, bym pilnował swoich rzeczy.

Wysiadamy na bardzo ruchliwej ulicy.

- Byłem jednym z tych, dla których miejsce w ośrodku się znalazło, ale najpierw mówili, że wezmą każdego, a niektórych do ośrodków nie przyjęli, ludzie wrócili na ulicę. A w moim pokoju w ośrodku na 13 łóżek zajętych jest tylko osiem.

Islam pracuje u mężczyzny, który ma szwalnię, skupuje też ubrania z drugiej ręki. Do pracy bliżej centrum Paryża wstaje przed 5 rano. W niektóre dni szyje, w inne zawozi ciuchy na pchli targ, próbuje sprzedawać. Pracuje na czarno, bo we Francji wciąż przebywa bez dokumentów. Próbuje dostać azyl, ale ciągle słyszy, że Afganistan to bezpieczne państwo. Ma tylko kartę prepaidową, na którą co miesiąc rząd przelewa mu 200 euro. Może nią płacić za jedzenie i transport publiczny. Zakup innego produktu jest możliwy, ale francuskie państwo pobiera za niego haracz: jeśli kupi np. telefon komórkowy za 80 euro, państwo ściągnie mu z karty 90.

Włóczymy się po ulicach: tu ktoś mieszkał, tam kogoś widział, to wygląda na zbocze, na którym można rozbić namiot. Prowadzi mnie pod wiadukt obwodnicy.

- Tydzień temu znaleziono tu ciało migranta. Leżał w kałuży krwi. Dużo ich ginie w Paryżu. Raz na tydzień-dwa ktoś dostanie nożem, wielu zamarza, nie wszyscy mają śpiwór. Przedwczoraj dwóch Afgańczyków zamarzło.

Zauważamy zapięty śpiwór. Wygląda, jakby był w nim człowiek. Nie porusza się. Islam odzywa się po angielsku, francusku, w paszto. Bez odpowiedzi. Patrzymy niemal sparaliżowani. Islam bierze kij, szturcha. Bez reakcji. Rozpinamy zamek - śpiwór jest pełen śmieci. Islam komentuje, że we Francji przeszkadza mu bałagan i chaos.

- Tutaj nic nie działa, autobusy się spóźniają, urzędnicy nic nie wiedzą, śmieci wszędzie. W Danii wszyscy mówili, jaki Paryż jest piękny, a tu wszędzie syf.

Inna kultura podrywu

Słysząc te narzekania, Chloé Guerber-Cahuzac wybucha śmiechem. Siedzimy w jej kawalerce na wschodnich przedmieściach Paryża. Na ścianach mapa Japonii, amulet z okiem proroka.

- Francja fatalnie traktuje migrantów, ale nie różni się od innych krajów Unii - mówi.

- Migranci twierdzą, że w niektórych miejscach jest lepiej. W Niemczech czy Danii dostają mieszkania, mają dach nad głową, opiekę - zauważam.

- Ale ubieganie się o azyl to długa walka. W Niemczech lepiej to ukrywają. Francja nie ma żadnego systemu. Migranci trafiali kiedyś najpierw do urzędów do spraw pomocy cudzoziemcom, które są w mieście, przy ładnych osiedlach, przeganiała ich stamtąd policja. Teraz zgłoszenie składa się telefonicznie, ale linia jest zajęta. MSW obiecało, że zwiększy liczbę konsultantów. Nic to nie zmieniło, bo po półgodzinie zajęte są już wszystkie terminy spotkań. A jeszcze numer nie jest darmowy, zżera masę pieniędzy i napędza kolejny biznes wykorzystywania najuboższych.

Półtora miesiąca przed naszą rozmową Francją wstrząsnęło morderstwo Samuela Paty’ego, który w szkole średniej prowadził zajęcia między innymi z etyki i wolności wypowiedzi. Na lekcji pokazał uczniom karykaturę Mahometa z magazynu „Charlie Hebdo”. To miało pchnąć 18-letniego Czeczena Abdullaha Anzorova do morderstwa. Anzorov urodził się w Moskwie, do Francji trafił jako 6-latek. Miał tu status uchodźcy.

W czerwcu zamieszki z udziałem ponad 100 czeczeńskich migrantów i uchodźców przez kilka dni trwały w Dijon - wywołała je śmierć czeczeńskiego nastolatka z ręki dilera narkotyków. Do Dijon rząd wysłał dodatkowe oddziały policji szturmowej, a Emmanuel Macron powiedział, że „Francja została zaatakowana”, i rozpoczął kampanię walki z radykalnym islamskim terroryzmem. Jej głównym wykonawcą był Darmanin. Zamknięto meczet w Pantin na północno-wschodnich przedmieściach Paryża.

Początkowo Chloé nie chciała rozmawiać o tych sprawach. Przy herbacie to łatwiejsze.

Chloé: - Tak, ostatnio mieliśmy sporo zamachów, ale większość sprawców to byli Francuzi. Francja ich zniszczyła. Ale kiedy zamachu dokonuje muzułmanin, natychmiast zapominamy, skąd jest.

W 2020 r. we Francji odnotowano dziewięć incydentów zakwalifikowanych jako ataki terrorystyczne. Zginęło w nich dziewięć osób, 14 zostało rannych. Jeden ze sprawców znajdował się na liście osób podejrzanych o współpracę z ISIS i Al-Kaidą, jego narodowości nie ujawniono. Spośród pozostałych trzech było obywatelami Francji. Inni pochodzili z Sudanu, Pakistanu, Czeczenii, Tunezji i Gruzji.

- Tak, są konflikty między samymi migrantami, między Afgańczykami i Sudańczykami. A migranci z Maghrebu? Przyjeżdżają do Francji, ale nienawidzą tego kraju. Czy kradną? Jasne, zwłaszcza po meczach piłkarskich, bo dla kieszonkowców to raj. A dla tych z Maghrebu to wręcz forma rewanżu za kolonializm: okradać Francuzów w chwili ich dumy narodowej.

Z kampanią przeciwko muzułmanom jest podobnie. Dla francuskiego rządu komunitaryzm to zbrodnia. Zakładanie społeczności, wspieranie się w jej wnętrzu to zbrodnia. Powołują się na tradycję laickiego państwa, ale laickość nie oznacza przecież, że masz porzucić wszystkie religie, przeciwnie: możesz je wyznawać, bo są równe.

Pytam Chloé o stosunek migrantów muzułmańskich do praw kobiet.

- Prawa kobiet to ulubiona wymówka rządu. To żart, bo Francja nie chroni praw kobiet. Darmanin chce mojego dobra? Sam kiedyś został oskarżony o molestowanie, miał obiecać pewnej kobiecie mieszkanie socjalne w zamian za czynności seksualne. Potem miał sprawę o gwałt, którą najpierw umorzono, ale niedawno postępowanie wszczęto na nowo - unosi się Chloé.

- Wiem, jaki to jest problem. Ci młodzi mężczyźni, którzy kobiet nigdy nie widzieli albo oglądali tylko ich oczy, nagle trafiają tutaj i dla nich to szok. Nie umieją flirtować, robią wszystko impulsywnie, chcą od razu wielkiej miłości. Są w tym zabawni, bo po pierwszej randce chcieliby małżeństwa, a jak dostają kosza, robią wielkie sceny. Niektórzy się tych relacji uczą, niektórzy nie.

Wcześniej jej działalność ograniczała się do małych demonstracji na rzecz migrantów, które tłumów nigdy nie gromadziły, i akcji przeciwko deportacjom migrantów. Razem z grupką znajomych jechała na lotnisko i próbowała nie dopuścić do odlotu samolotu, na którego pokładzie migranci mieli wracać do swoich krajów. Przekonywali załogę, by odmawiała startu, nakłaniali innych pasażerów, żeby stali, zamiast siedzieć na swoich miejscach. Wystarczy jedna taka osoba, a samolot zostaje na pasie, deportacja jest odroczona o kilka dni.

- We Francji, jeśli jesteś migrantem, nawet zaangażowanym politycznie, pochodzącym z kraju ogarniętego wojną, twoje szanse na azyl wynoszą mniej więcej 1 proc.

Unia? O tak, zwłaszcza Frontex to skuteczna instytucja - mówi z ironią. O unijnej agencji ochrony granic zewnętrznych ma dużo do powiedzenia. Zwłaszcza kiedy przypomina sobie, że jestem z Polski, a jej siedziba jest przecież w Warszawie.

- Frontex jest wydajny zwłaszcza w krajach, w których nikt nie patrzy na ręce urzędnikom. Bułgaria to piekło dla migrantów. Jeśli Bułgarzy cię złapią, idziesz do więzienia, siedzisz rok. Bicie, przemoc, nawet gwałty. Regularnie zdarzają się tam samobójstwa. Migranci pokazali mi nagrania, zdjęcia, dowody. Frontex patrzy na to z założonymi rękami.

Jestem ciekaw struktury demograficznej Paryża.

Chloé: - W Paryżu nie mieszkają już Francuzi. Nikogo na to nie stać. Stał się miastem Saudyjczyków, emirów Dubaju, innych bogaczy. Pozostali uciekają z centrum, by znaleźć mieszkanie, ale dalej pracują w mieście. Wychodzą rano, wracają wieczorem. Sporo czasu spędzają w metrze czy pociągach, bo przedmieścia są fatalnie skomunikowane, infrastruktura jest przestarzała, często się psuje.

Merostwo nie inwestuje w przedmieścia, są biedne, to skupisko wszystkich form wykluczenia.

Hitem szarej strefy wśród migrantów stała się sperma. Macron wprowadził przepis, że jeśli migrant albo migrantka ma dziecko z obywatelem Francji, który przez rok udziela wsparcia rodzinie, dziecko dostaje francuskie papiery. Migrantki zachodzą więc w ciążę z Francuzami, ale za wszystko muszą zapłacić.

Zbliża się północ, następnego dnia jest demonstracja, którą Chloé organizuje. Pytam, jak dojechać rano z miejsca noclegu na protest.

- Metrem, unikaj autobusów. Na pewno się spóźnią.

Gaz i ogień

5 grudnia demonstracje odbywają się w ponad 90 miastach w całej Francji. Uwaga świata skupiona jest na Paryżu. Protest współorganizują aktywiści na rzecz praw migrantów, związkowcy dziennikarscy, organizacje bezrobotnych, którym rząd chciał zmienić warunki przyznawania zasiłków i ubezpieczenia. Oficjalnie marsz ma być wyrazem sprzeciwu wobec artykułu 24, który mówi o zakazie filmowania policji, ale wszystkie te grupy łączy nienawiść do Macrona, który skręca w prawo, by zniwelować zagrożenie ze strony Marine Le Pen - jedynej osoby, która mogłaby zagrozić mu w walce o reelekcję w 2022 r. Brytyjski magazyn „The Spectator" zarzucił nawet Macronowi „trumpizację” francuskiej polityki.

Protest zaczyna się po południu. Tydzień wcześniej przyszło blisko 50 tys. osób, były aresztowania, 20 policjantów zostało rannych. Ofiarą policyjnej przemocy był między innymi Ameer Alhalbi, syryjski fotograf, który do Francji uciekł przed wojną w jego rodzinnym kraju.

Jego twarz jest wciąż posiniaczona, miał złamany nos i uszkodzenia czaszki. - Doskonale wiedzieli, że jestem dziennikarzem.

Teraz też jest kilkadziesiąt tysięcy ludzi, wielu ustawia się w wąskich uliczkach, między nimi wozy z nagłośnieniem emitują przyśpiewki przeciwko Macronowi i antyglobalistyczne hasła. Są plakaty porównujące Francję do opresyjnego państwa z „Roku 1984” Orwella. Z przodu dwie kukły: Macrona i szefa MSW.

Uciekam z tłumem przed gazem. Wybucha panika, bo gazu jest za dużo, niektórzy zaczynają się dusić. Tłum napiera. Obok mnie mdleje dziewczyna, koledzy niosą ją na rękach, a w tym wszystkim przeciska się facet z wózkiem z marketu i z nonszalancją kelnera sprzedaje małe piwo za 2 euro. Ktoś kupuje, ze spokojem wydaje resztę.

Na czele protestu widzę języki ognia, czarny dym, gazu jeszcze więcej, ale wielu jest przygotowanych - mają gogle, okulary balistyczne, maski przeciwgazowe. Policja strzela gazem, oni w tym gazie przystają i idą dalej.

Alessio aż podskakuje z podniecenia. Pochodzi z Włoch.

- To mi się we Francji podoba. Kultura protestu, tradycja wychodzenia na ulice. Stary, idziesz tutaj i czujesz ducha rewolucji!

W Paryżu mieszka od 1,5 roku, pracuje jako kucharz - legalnie, „gotuje dla tych bogatych”.

Jego kolega Pietro, też kucharz: - U nas, we Włoszech, jak ktoś protestuje, to jest potencjalnym kryminalistą. Tutaj ludzie idą po swoje prawa. A że przy okazji spalą kilka samochodów… Jezu, naprawdę to aż tyle?

Pytam, czy wrócą do siebie, bo tu mieszkają w biednym Saint-Denis.

Pietro: - Po co, kurwa? We Włoszech nie ma pracy, przyszłości. Włochy to stacja przesiadkowa.

Alessio: - Saint-Denis? Mnie się podoba. Żywe, atrakcyjne, ludowe. W centrum miasta Amerykanie, szejkowie.

Zamieszki muszą być coraz bardziej intensywne, bo oddziały policji w szturmowym umundurowaniu wyłaniają się z kolejnych bocznych uliczek i blokują demonstrantom drogi ucieczki. Z przodu słupy czarnego dymu unoszą się już od wielu minut. Udaje mi się przecisnąć przez policyjny kordon - do przejścia wystarczy legitymacja prasowa, nie sprawdzają mi nawet zawartości plecaka - i widzę obraz dużo bardziej przypominający pole miejskiej bitwy niż obywatelski protest. Tlący się wrak dostawczego samochodu dogasza zastęp straży pożarnej, obok widać spalone wraki trzech innych aut. Powybijane szyby na przystankach, spalone kosze na śmieci. Wszędzie smród dymu i wędzenia przemieszany z odorem gazu i zapachem strażackich środków gaśniczych.

Policja próbuje rozproszyć tłum w ciasnych zaułkach: kilka nabojów z gazem i wąskie gardło, by ludzie się rozeszli. Ląduję w takiej zasadzce sześć razy. Protestujący nie ustępują, w tylnej części demonstracji powstaje luka. Wykorzystują ją anarchiści z Czarnego Bloku - radykalnej organizacji, która stawia sobie za cel niszczenie jakichkolwiek przejawów systemu kapitalistycznego. Nikt ich nie zapraszał, przychodzą sami, ostatnio pobili organizatorów demonstracji, którzy usiłowali ich powstrzymać.

Chloé mocno się ich obawiała. - Nie chcę, żeby taka radykalna lewica szła w naszych marszach. Media skupiają się tylko na ich wybrykach. Pobili zwykłych demonstrantów.

Patrzę, jak ubrani na czarno zakapturzeni młodzi mężczyźni rozbijają kamieniami witrynę banku. Wyciągam telefon, próbuję robić zdjęcie. Podchodzi do mnie dziewczyna, spod czarnego kaptura wystaje jej blond grzywka. Zdecydowanym tonem mówi mi: „żadnych dziennikarzy”, pokazuje na moją opaskę na ramieniu. Ściska w dłoni wspinaczkowy czekan, podobnym jej koledzy właśnie prują bankomat. Ignoruję ją, ale wygląda na to, że mogłaby tego czekana na mnie użyć. Odchodzę, chłopak z Czarnego Bloku biegnie za fotografem, który robił zdjęcia demolki banku, próbuje wskoczyć mu na plecy. Ustępuje, kiedy odciągają go demonstranci. Po kilku minutach bank jest zniszczony, zostaje podpalony. Policjanci tworzą kocioł, dziennikarzy przepuszczają. Kilku chłopaków rozwala zaparkowany skuter i podpala, dorzucają elektryczną hulajnogę, ogień obejmuje zaparkowanego obok białego SUV-a.

Czoło protestu doszło na plac Republiki, gdzie trwa regularna bitwa z policją. Demonstranci ustawili się wokół pomnika Marianny, symbolu ideałów rewolucji francuskiej. Statua przykryta kłębami dymu wygląda jak rekonstrukcja „Wolności wiodącej lud na barykady”. Kilkadziesiąt metrów dalej dostawcy Uber Eats podjeżdżają pod fast foody odebrać zamówienia.

Policja się fortyfikuje, blokuje wyjścia z placu. Demonstranci rzucają w policjantów butelkami i kamieniami, w odpowiedzi lecą granaty hukowe i gaz, mężczyzna na wózku inwalidzkim zakłada maskę i ubliża policji. Ktoś kuśtyka ranny w nogę.

Ale zamieszki powoli się kończą. Zagaduję fotoreportera idącego w tym samym kierunku. - E, w sumie dzisiaj było spokojnie - odpowiada.

Bilans: 95 aresztowań, 67 rannych policjantów. Darmanin dziękuje służbom za sprawne działanie.

Filozofia squatu

Islama spotykam dwa dni później, idziemy nad kanały szerokimi bulwarami. Co chwilę mija nas jakiś biegacz albo rowerzysta, dzieci w mundurkach idą do szkoły. Niskie domki i postindustrialne budynki, wielki billboard reklamujący plany wioski olimpijskiej, która ma tu powstać do 2024 r.

Za żelaznym ogrodzeniem, na placyku przed blaszanym budynkiem, mężczyzna siedzi na fotelu, inny strzyże mu włosy, kobieta na plastikowym krześle przygotowuje mięso, wylewa brudną wodę do kratki ściekowej. W drzwiach budynku starszy mężczyzna, Ben z Wybrzeża Kości Słoniowej. Zza jego pleców wychylają się inni.

W tej blaszanej szopie ciągną się ciasno stłoczone łóżka. Jest strasznie wilgotno, prawie każde łóżko zajęte, pod ścianą równo ułożone pary butów.

Ben: - Jest nas 150 osób, nikt nie ma dokumentów, wcześniej byliśmy we Włoszech. Do Europy trafiliśmy na łódce, na Lampedusę.

W środku prawie sami mężczyźni, z komórkami w ręce przeglądają zdjęcia piłkarzy na Instagramie. Jest kilka gniazdek z prądem, ale instalacja słaba, żarówki przygasają.

- Ktoś was tu odwiedza, przynosi jedzenie, na zewnątrz przecież szaleje pandemia? - pytam.

- Nikt o nas nie wie, nawet wolontariusze.

Kiedy rozmawiałem później z grupą Wilsona, nie wiedzieli, że przy kanałach mieszka tak liczna grupa migrantów. Nie byli zdziwieni, bo takich miejsc na przedmieściach jest mnóstwo.

Na przykład w hali po hurtowni. Siedzibę ma tu Kolektyw Schaeffer - grupa ponad 150 migrantów z Afryki, głównie z Wybrzeża Kości Słoniowej, ale też Kamerunu, Gambii, Sierra Leone. Wcześniej mieszkali w opuszczonym budynku przy Rue Schaeffer, stąd ich nazwa. Przepędziła ich policja, więc przenieśli się tu. Wewnątrz budynku mieszkają całe rodziny - w prowizorycznych mieszkaniach oddzielonych sklejką.

Aboubakar zaprasza na środek hali, tu obraduje kierownictwo squatu.

- Ja jestem rzecznikiem prasowym, ktoś zajmuje się naszą szkołą, kto inny bezpieczeństwem, gotowaniem.

Ma 36 lat, przyjechał z Wybrzeża Kości Słoniowej, nie ma papierów.

- Czujemy się tu bezpiecznie, mamy układ z właścicielem hali. Policja też nie robi już problemów.

Mają tu wszystko. Wspólną kuchnię, „szkołę”, czyli tablicę na ścianie. Czego się uczą? Aboubakar uśmiecha się: - Różnych rzeczy. Czego potrzeba.

Jest elektryczność i bieżąca woda. Dwie siłownie, parking dla skuterów, miejsce modlitwy, o którym Aboubakar mówi „nasz meczet”.

Jeśli ktoś ma pracę, to dorywczą: ochroniarz, sprzątacz w sklepie, w szpitalu do mycia podłóg. Niektórym uda się zarobić na skuter i pracować w Uber Eats. Rejestrują się w tym serwisie dzięki pożyczonym dokumentom. Uber tego nie weryfikuje.

- Jakie masz marzenia? Co chciałbyś osiągnąć we Francji?

- Zapisać się z powrotem na uniwersytet! W moim kraju studiowałem filozofię, chciałbym kontynuować tutaj, najlepiej na Sorbonie. Próbowałem, ale zawsze odmawiali, bo jestem nielegalnie, nawet słuchać wykładów nie mogłem.

Córka opozycji

Równie ambitne plany ma Fani, córka aktywistów politycznych z Konga, którzy działali przeciwko reżimowi prezydenta Laurenta-Désiré Kabili, kongijskiego marksisty i dyktatora. Leciała tu na cudzym paszporcie.

Mieszka w hotelu socjalnym na Montmartrze z córką i synem. Kiedy odwiedzamy ją z Chloé, ma na nodze stabilizator - spadła ze schodów, nie mogła przez to zacząć pracy jako sprzątaczka w szpitalu.

Jej pokój ma jakieś 9 m kw.

- Nie podoba mi się tu, chciałabym mieszkać gdzieś indziej, ale potrzebowałabym jakieś 1200-1500 euro miesięcznie. Tu są karaluchy, sąsiedzi za każdą przysługę każą sobie płacić.

Składała podanie o azyl, zostało odrzucone, choć działalność rodziców ma udokumentowaną. Urzędnicy uznali, że zagrożenie dotyczy jej rodziny, ale nie jej samej. Jej drugie dziecko urodziło się we Francji, ma ojca Francuza. Korzystają z prawa, które wprowadził Macron, dostało tutejsze dokumenty.

Hotel, w którym mieszka, to jeden z wielu, który otrzymuje wsparcie z systemu 115. To publiczny numer telefonu, na który może zadzwonić każdy, kto nie ma gdzie spać. Nocleg subsydiuje państwo, a hotele zgłaszają, ile mają wolnych pokoi. W pandemii był to dla nich doskonały interes, bo nie było turystów.

- Administratorzy numeru nie kontrolują jakości tych pokoi. Byli tu raz przez cztery lata.

Noga ją boli, ale za dwa dni zamierza iść do nowej pracy. Stabilizator i wizytę u lekarza zapewnił jej rządowy program, który daje minimalne ubezpieczenie zdrowotne nawet migrantom bez dokumentów. Warunek - co najmniej trzymiesięczny pobyt na terenie Francji.

- To niedużo, ale coś. Zwłaszcza w pandemii dawało minimalny komfort życia - dodaje Chloé. Córka Fani chodzi niedaleko do szkoły, ale w pandemii nie miała żadnych zajęć. Fani nie ma komputera, o nauczaniu online nie mogło być mowy.

- Lubię Francję, jest opieka medyczna, edukacja, państwo działa. Chciałabym zostać. Tylko dzielnicę bym zmieniła, bo tu, w XVIII, jest brudno i niebezpiecznie. Myślałam o czymś bliżej centrum, na przykład XVI dzielnica, ale kiedy tam władze chciały zrobić hotel dla 115, mieszkańcy się zbuntowali - wzdycha Fani. - Marzę, by zobaczyć ojca. Drugie marzenie to założyć sierociniec u mnie w kraju. Ale chciałabym prowadzić go stąd, z Francji. Do Konga wracać nie chcę.

Jesteśmy już na klatce schodowej, kiedy Fani wybiega, woła Chloé. Prosi o talony na jedzenie, bo w pandemii wiele organizacji nie funkcjonuje normalnie, a bez pracy nie ma za co jeść. Chloé daje jej trzy kupony.

Idziemy w kierunku metra, Chloé podkreśla, że Kongijka jest i tak w dobrej sytuacji, choć jest samotną matką. - W takich hotelach żyje się bardzo trudno. Ci ludzie nie mają pracy, pandemia odcięła ich od przyjaciół, sieci wsparcia. W tego typu miejscach jest też sporo prostytucji. Te kobiety przecież muszą jakoś przeżyć.

Wolność

Na koniec spotykam się jeszcze z Islamem. Narzeka na pracodawcę.

- Pracuję tylko kilka dni, zarabiam 40 euro dziennie. Szefem jest Pakistańczyk, skąpy. Afgańczycy płacą więcej - po 50 euro. Najlepiej u Turków, można nawet 60-70 euro dostać. Najgorsi Arabowie - chcą, żebyś pracował za półdarmo, najchętniej nic by nie płacili.

Pyta o warunki w Polsce - ile się zarabia, czy jest dużo roboty. Tłumaczę, że praca może i by się znalazła, a koszty życia sporo niższe, ale problemem jest polski rząd, który, delikatnie mówiąc, za migrantami nie przepada. Islam się krzywi. Zaraz opowiada, że widział tu trochę Polaków, nie ma o nich najlepszego zdania.

- Nie dzielą się robotą. Wszystko biorą dla siebie, jeszcze ceny zaniżają. Pracują na budowach albo przy remontach. Jak jest jakiś budynek do odmalowania, to Polacy biorą cały dla siebie. Harują po nocach za połowę normalnej stawki i jeszcze nikogo nie zatrudnią.

- Jakie masz plany na przyszłość?

- Chciałbym prowadzić tu pizzerię albo targ z ciuchami. Mam kolegę, który jest „legalny”, założę z nim biznes. Marzeniem jest Kanada, tam lubią migrantów, ale nigdy się tam nie dostanę. Najbardziej jednak chciałbym być kierowcą. W Afganistanie dużo jeździłem, tutaj nie mam prawa jazdy. Chciałbym znowu usiąść za kierownicą. Dopiero wtedy czuję się naprawdę wolny.

Wielokrotnie próbowałem skontaktować się z merostwem Paryża i paryską policją, aby porozmawiać o strategii wobec migrantów, policyjnych represjach i innych elementach systemu państwowego. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi na pytania i prośby o rozmowę.

Jeśli chcesz więcej takich reportaży w naszej gazecie wesprzyj Fundację Gazety Wyborczej i jej działania na rzecz rozwoju wolnych mediów w Polsce

Wesprzyj Fundację
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.