Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

MARGIT KOSSOBUDZKA: Po raz pierwszy na narty jadę z pięcioletnim synem. To dobry moment, żeby zacząć go uczyć jeździć? A może już za późno?

BŁAŻEJ DAWIDSON: Nigdy nie jest za późno, a pięć lat to dobry wiek. Pierwszy moment, kiedy można zacząć uczyć dziecko jeżdżenia na nartach z instruktorem, to trzy i pół roku, cztery lata. Najczęściej w tym okresie dzieci już potrafią zostać sam na sam z instruktorem, który przecież jest dla nich obcą osobą. Często jednak jest to pierwszy raz, kiedy zostają odcięci od rodziców. Bywa, że połowę czasu z maluchem spędzam na wyciszaniu go i zapewnianiu, że zaraz przyjdzie mama czy tata. Czasem to zbyt duży stres dla dziecka i niepotrzebnie wydane pieniądze na lekcje.

Niektórzy rodzice sami już zaczynają uczyć maluchy, nawet dwuletnie, ale wiek nie jest jedynym kryterium. Liczy się także np. motoryka dziecka.

Starszego syna próbowaliśmy uczyć, gdy miał cztery lata. Ale instruktor powiedział, że nic z tego nie będzie, bo mały „nie trzyma nóg”. Byłam trochę zła, że przesadza.

– Niekoniecznie instruktor przesadzał. Dzieci są przecież różne. Maluch musi mieć już pewną świadomość własnego ciała, żeby mógł się uczyć jazdy na nartach. Małe dzieci często poruszają się niemal całym ciałem, nie mają jeszcze dobrej kontroli nad tym, co np. robią ich prawa ręka i lewa noga. Brak im dobrej świadomości ruchu. To naturalne.

Trenerzy mówią czasem, że dziecko ma miękkie nogi, ale to też wynika z tego, że jeszcze nie umie np. napiąć odpowiednich mięśni. Maluch spina i usztywnia wszystkie, a to utrudnia naukę. Chodzi o to, żeby napiąć mięśnie nóg, a nie np. grzbietu.

Jak sprawdzić, czy nasze dziecko ma już świadomość ruchu?

– To nie jest łatwe, często okazuje się właśnie dopiero na stoku. Błędem popełnianym przez rodziców jest to, że często narty są pierwszym sportem, jaki fundują dziecku. To nie jest dobra metoda. Jak taki maluch niemal wyrwany z domowych pieleszy, bez żadnego wcześniejszego kontaktu ze sportem nagle ma zapanować nad swoim ciałem?

Dobrą motorykę rozwijają np. zabawa na basenie, swobodne bieganie, wspinanie się czy choćby zjeżdżanie na sankach.

W mojej ocenie dwu-, trzylatek jeszcze ma czas na naukę jazdy na nartach. Niech na razie ćwiczy swoje możliwości inaczej, ale to oczywiście kwestia wyboru rodziców.

Na narty. Jak przygotować dziecko na stok

A czy język, w jakim instruktor mówi do dziecka, ma znaczenie? Niektórzy zaczynają naukę za granicą...

– Moim zdaniem ma. Lepiej, żeby instruktor mówił do dziecka w jego języku. Tu znowu wracamy do psychologii. Po pierwsze, maluch musi się czuć bezpiecznie. Jest w końcu bez mamy i taty, nawet jak stoją gdzieś obok.

Jeśli nie rozumie, co mówi do niego trener, to nie pomoże pozbyć się lęku. Widziałem włoskich trenerów uczących polskie dzieci i to był problem.

Po drugie, dzieci łapią narty intuicyjnie, ale do tego potrzebna jest zabawa, a maluchy uczą się nart trochę przypadkiem. Bawimy się np. w chodzenie jak niedźwiedź, w skakanie jak zając. Często jest jakiś motyw przewodni tej zabawy, np. piraci. W to trzeba wkręcić dzieci, opowiadając im historie. Trudno to zrobić, nie mówiąc ich językiem.

Lepiej uczyć samemu czy oddać dziecko pod opiekę trenera?

– Jak ktoś ma stalowe nerwy, a przy tym umie do nauki podejść mniej emocjonalnie, to może próbować sam uczyć dziecko. W praktyce jednak wygląda to najczęściej tak, że rodzic nie umie pohamować emocji. To jego dziecko, jest z nim bardzo związany, więzi są zbyt bliskie, żeby dobrze nauczać.

Nieraz musiałem rozmawiać z rodzicami, którzy już po zajęciach stale besztali dziecko za błędy, że zbyt wolno się uczy. Dwa dni minęły, a ono nie opanowało jazdy pługiem! Rodzice się stresują, czasem blokują postępy dziecka. Oni chcą dobrze, ale to nie pomaga. Często na stoku słyszę: „Gdzie ta noga?! Nie w tę stronę! Co ty robisz?!”.

Lepiej skorzystać z profesjonalisty, który nie wchodzi w tak emocjonalny kontakt z dzieckiem. I ma duże doświadczenie z różnymi sytuacjami. To, co rodzicom często wydaje się dziwne, dla nas jest normą. Wiele dzieci np. tak się zachowuje i nie jest to żaden „feler jednego, mojego dziecka”.

A jeśli mimo to chcemy uczyć sami, to jakich błędów unikać?

– Na pewno musimy mieć dobrą umiejętność zjeżdżania tyłem. To niezbędna asekuracja dziecka. Jak nam się wymknie bokiem, to go nie złapiemy.

Poza tym nie oczekujmy za dużo. Dajmy dziecku czas i cierpliwość. Nauka jazdy na nartach to poświęcenie czasu.

Jak nauczyć dziecko jeździć na nartach. Czego maluchy nie lubią na stoku?

Niektórzy uczą jazdy między swoimi nogami.

– Można, ale to wyrabia w dziecku nawyk, że coś jest po jego bokach, że zawsze może czegoś się złapać. To czasem źle wpływa na ich sylwetkę zjazdową. Nierzadko widać, że jadą uwieszone na rodzicach, nie uczą się same kontrolować nart.

Kolejnym błędem jest stałe podpieranie dziecka. To doskonale widać, kiedy podjedziemy do niego i dotkniemy np. pleców. Dziecko natychmiast mięknie, nie trzyma równowagi. To można robić od czasu do czasu, ale nie stale.

Poza tym nigdy nie siadamy ze zmęczonym dzieckiem za górkami na stoku, na zakrętach. To idealna sytuacja, by ktoś na nas najechał! Lepiej odejść na bok trasy.

A jeżdżenie z dzieckiem na szelkach do nauki jazdy na nartach?

– To nie zawsze się sprawdza, bo daje dziecku poczucie, że ktoś trzyma jest stale od tyłu. Jak takiego malucha puścimy wreszcie wolno, to gna na złamanie karku, bo przecież coś go w końcu zatrzyma. A tu już nie ma trzymającej linki.

Dając dziecku rady, bądźmy konstruktywni. Mówienie: „Ty ciągle się wywracasz”, nie pomoże mu przestać się wywracać. Trzeba dziecku podpowiedzieć, co ma robić, żeby się wywracać mniej. Powiedzmy dziecku coś, co pomoże mu pokonać problem, bo samo mówienie, że ma problem...

Czasem wystarczy, że jesteśmy przy dziecku. To mu daje poczucie bezpieczeństwa. Skupmy się na nim. Asekurujmy. Mówimy dziecku: „Pilnuję ciebie i robię wszystko, żeby nic się nie stało. Jestem tu”.

I na koniec – nigdy nie puszczajmy już jeżdżącego dziecka na czarne trasy. Pokonanie takiej trasy nie jest wyznacznikiem tego, że ono już dobrze jeździ na nartach. Oznacza tylko tyle, że ma instynkt samozachowawczy i przeżyło.

Naprawdę zdarza się, że rodzice biorą za punkt honoru, żeby ich dziecko taką trasę pokonało. Przepraszam, ale to głupota.

Na narty. Jak dbać o sprzęt, by nie zawiódł na stoku

Czy rodzice powinni obserwować lekcje?

– Kiedyś byłem bardziej rygorystyczny pod tym względem i odsyłałem rodziców dalej, bo jak dziecko widziało mamę, natychmiast przestawało pracować, a często zaczynało ją wołać, bywało, że płakało. Jak rodzice znikali, wracał dobry nastrój i zabawa.

Teraz trochę zmiękłem, ale to też zależy do dziecka i reakcji rodziców. Niektórzy są zbyt... krytyczni wobec swojego malucha. Nadmiernie przeżywają lekcje, komentują lub biegną na każde potknięcie.

Niektórzy używają do nauki jazdy specjalnych sylikonowych taśm czy makaronów. To przydatne?

– Pomaga element zabawy. Do nauki jazdy wykorzystujemy też makarony, takie jak do pływania, kółka. To fajny pomysł.

Uczymy jeździć z kijkami czy bez?

– Pewnie mnie koledzy za to napadną, ale uważam, że na początku lepiej bez. Kijki przeszkadzają. Jak już dziecko się nauczy kontrolować jazdę, kijki są super, bo m.in. dobrze wpływają na sylwetkę. Jednak na początku dla dzieci to mordęga. Uważam, że w pierwszym okresie nauki ręce powinny być wolne.

Kijki wprowadzamy do nauki najczęściej pod koniec pierwszego tygodnia.

Jak długo może wytrzymać na stoku małe dziecko?

– Pięcio-, sześciolatek może spędzać jednego dnia na stoku cztery godziny. Dwie godziny jazdy, potem godzina przerwy, np. na coś do jedzenia, i kolejne dwie godziny jazdy. Idealną porą jest rozpoczęcie jazdy o godz. 10. Po dwóch godzinach przerwa i potem kolejna lekcja od godziny 13 do 15.

Młodsze dzieci jeżdżą w systemie 45 minut, 15-20 minut przerwy i kolejne 45 minut lekcji. Maluchy szybciej się męczą i tracą koncentrację, ale też szybko się regenerują.

Pamiętajmy, by zabrać ze sobą wodę. Dziecko musi uzupełniać płyny. I coś słodkiego, np. kawałek czekolady, banan, biszkopty na szybkie podreperowanie energii.

Można jeździć z dzieckiem dzień w dzień, ale trzeba się liczyć z tym, że zazwyczaj między trzecim a czwartym dniem przychodzi kryzys.

To naturalne. Można wtedy trochę odpuścić, zaplanować na ten dzień jakąś wycieczkę czy inne atrakcje.

Dziecko, które już jeździło w poprzednim sezonie, może mieć głód nart i od początku zacząć jazdę zbyt ostro. Pierwszego dnia jest najwięcej wypadków. I ostatniego, kiedy jeździmy na dobicie, bo za chwilę trzeba wyjeżdżać.

Pierwszy dzień poświęćmy na rozjeżdżenie się. Nawet jeśli maluch pamięta, że w poprzednim sezonie szło mu dobrze, to minął rok – potrzebuje czasu, by ciało przypomniało sobie technikę. Lekkie cofnięcie umiejętności jest zupełnie normalne. Rodzice często się denerwują, że dziecko zachowuje się, jakby wszystko zapomniało. Dajmy mu czas.

Wielki, mały świat: Narciarski savoir-vivre

Jak długo korzystać z usług instruktora?

– Najlepiej cały tydzień, a nawet dwa tygodnie, jeśli mamy tyle urlopu. I nie mówię tego, ponieważ sam uczę jazdy. Po tygodniu najczęściej dziecko już samo jeździ, ale warto jeszcze popracować nad techniką i wyrabianiem dobrych nawyków. Jednak bywa, że i tydzień to za mało i jesteśmy dopiero na etapie opanowania jazdy pługiem. To kwestia bardzo indywidualna.

To nie jest tani sport. Godzina lekcji kosztuje zazwyczaj około 70 zł, więc rodzice dają dzieci do szkółki na dzień, dwa i odpuszczają. W mojej ocenie lepiej zainwestować w dobry tydzień-dwa, niż co roku zaczynać od nowa.

Pamiętajmy, że częścią nauki jazdy na nartach jest także umiejętność korzystania z wyciągów. Rodzice często traktują wyciąg krzesełkowy jak kanapę, która po nas zajechała. Tymczasem wyciągi są dostosowane do dorosłych, nie do dzieci. Są dla nich za wysokie – trzeba je podsadzić, a dzieci siedzą w nich jak na zjeżdżalni, czyli półleżąc. Bardzo łatwo się z takiej „kanapy” zsunąć. Dziecko trzeba dobrze posadzić prosto i głębiej.

Do wsiadania na wyciąg trzeba się przygotować. Nie możemy mieć wtedy zaplątanych wokół nóg kijków itd.

Czasem obsługa wyciągu pomaga wsiąść. Wtedy dziecko powinno być od strony takiej osoby, żeby mieć zabezpieczenie z dwóch stron.

W przypadku wyciągów orczykowych czy talerzykowych rodzice często biorą malucha między nogi. Lepiej posadzić go na jednej nodze. Udo daje mu lepsze oparcie i w razie gdyby dziecku odjechały narty lub gdyby nam się wyślizgnęło, nie ucieka nam dołem do tyłu, ale blokuje się na nodze.

Warto uczyć malucha jak najszybciej, by sam korzystał z wyciągu, ale musimy go przygotować na to, co może się wydarzyć. Trzeba spokojnie wytłumaczyć, że jak odjadą mu narty czy poplączą się nogi, jak upadnie, ma przede wszystkim puścić talerzyk, zsunąć się na bok i czekać na nas.

* Błażej Dawidson – instruktor w szkole Fabryka Narciarzy

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.