Wędrując po otulonym w biały płaszcz terenie, można udać się… dokądkolwiek. To bowiem, co wiosną, latem i jesienią jest niedostępne (bo porośnięte przez chaszcze, bo kosodrzewina, bo gałęzie i wykroty, bo głębokie błoto…), zimą okazuje się dogodnym szlakiem wędrówki. Świat przykryty śniegiem – niby ten sam, a jednak inny. Z zupełnie nowymi możliwościami. Każdy kierunek wydaje się dobry do dalszej drogi. A brak jakichkolwiek ścieżek nie stanowi problemu (w końcu – gdy ich nie ma, to sami je wytyczymy). Szkoda więc zimowego czasu na zastanawianie się. Trzeba przygotować sprzęt i (licząc na śnieg) wyruszyć w drogę. Zachłysnąć się widokami. Zasłuchać w ciszy zimowego pejzażu. Zasmakować zmęczenia i radości z dotarcia na szczyt – tak jak podczas każdej wędrówki. W zimie ma ona jednak to szczególne, dodatkowe „coś”. Trudno powiedzieć, co. Ale jest to na pewno coś pięknego.

Pozostało 90% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.